Hero RecenzjeRecenzja
Hero RecenzjeArtykuł

Człowiek człowiekowi lisem – recenzja Endling: Extinction is Forever

W ostatnich dniach cały growy świat rozmawia prawie wyłącznie o…

25 lipca 2022

W ostatnich dniach cały growy świat rozmawia prawie wyłącznie o Stray – produkcji z kotem w roli głównej, który przemierza cyberpunkowe ulice ku zachwytom graczy. Ja tymczasem wciągnąłem się w tytuł podobny, bo w nim również kierujemy zwierzakiem, lecz uderzający w zupełnie inne tony. Mowa o Endling: Extinction is Forever hiszpańskiej firmy Herobeat Studios, który wręcz grzechem byłoby przeoczyć.

 

 

Na krawędzi zagłady

 

Dam wam dobrą radę: do Endling trzeba się odpowiednio nastawić. Da się to odczuć już po wejściu do menu głównego, ukazującego bicie czterech małych, lisich serduszek, ale po rozpoczęciu przygody wrażenie to wyłącznie się potęguje. Nie jest to luźna gra na letnie wieczory, przy której będziecie zrywać boki. Ba, śmiem twierdzić, że nie jest to nawet gra, bo niewiele tu miejsca na ingerencję gracza. Z pewnością jednak jest to doświadczenie – i to takie, w które warto się zaangażować, bo na długo skłania do refleksji.

 

 

Produkcja Herobeat Studios nie przebiera w środkach i natychmiast wrzuca nas na głęboką wodę. Wcielamy się w liszkę (żonę lisa), ostatnią ze swojego gatunku, która w popłochu ucieka z pożeranego przez ogień lasu. Gdy zwierzęciu udaje się wygrzebać na pokryte śniegiem pustkowie, znajduje małą norę, w której rodzi czwórkę niedolisków. Nie czas jednak na wiwaty, bo niedługo później jedno z młodych zostaje porwane przez kuśnierza. To właśnie ludzie odpowiedzialni są za zrujnowanie środowiska i spalenie lasu; nie spoczną również, póki nie wytropią pozostałych zwierzaków. To w naszych łapkach leży zapewnienie środków do życia sobie i małym, a także odnalezienie uprowadzonego liska.

 

 

Pod osłoną nocy

 

Rozgrywka w Endling prowadzona jest wyłącznie nocą, gdy liszka i jej młode ruszają na polowanie. Na pierwszy rzut oka produkcja przypominać może zwykłego side-scrollera, jednak ma do zaoferowania nieco więcej. Poruszać możemy się faktycznie wyłącznie w lewo lub w prawo, ale ogromną rolę odgrywa tu perspektywa. Praca kamera zasługuje na duże uznanie – dzięki niej świat przedstawiony zawsze wydaje się być intrygujący i niepokojący, bo nigdy nie mamy pewności, co kryje się za rogiem. Kierunek poruszania się zmienić można w ustalonych przez twórców punktach, wspinając się na półkę skalną lub kopiąc dołek pod ogrodzeniem. Nie spotkałem się z takim rozwiązaniem w żadnej grze, a muszę przyznać, że doskonale poszerza możliwości eksploracji. W wyznaczaniu interesujących nas ścieżek pomoże też mapa, a zorientowanie się w terenie jest kluczowe, bo musimy zapamiętywać lokalizację pożywienia i umieć szybko wrócić do nory w razie niebezpieczeństwa.

 

 

Jednym z istotnych aspektów rozgrywki jest przetrwanie. Podczas nocnych wypraw na ekranie wyświetla się zielony pasek energii. Gdy stanie się pusty, nasze młode nie będą miały siły za nami podążać. Dopiero przyniesienie im jedzenia (a w menu pojawiają się choćby owoce, szczury, króliki czy nawet nietoperze) przed upływem wyznaczonego czasu umożliwi im dalszą podróż. Wraz z postępem w fabule niedoliski zaczną uczyć się przydatnych umiejętności, jak chociażby przeciskania się przez wąskie przejścia, wspinaczki czy polowania, dzięki czemu znalezienie pożywienia w dalszych fazach rozgrywki stanie się łatwiejsze. Nie mogłem oprzeć się jednak wrażeniu, że sam sposób nauki nowych zdolności jest dość naciągany (jest to możliwe wyłącznie w wyznaczonych przez twórców sytuacjach), a one same nie mają większego przełożenia na grę.

 

 

Zastanowił mnie także fakt, że motyw ochrony lisków stanowi bardziej tło fabularne niż dobrze zaimplementowaną mechanikę. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby zostawić je daleko w tyle i zwiedzać okolicę na własną rękę, bo i tak po chwili pojawią się obok nas. Przeciwnicy reagują wyłącznie na obecność gracza, całkowicie ignorując młode, zatem pod tym względem spodziewałem się od Endling nieco więcej realizmu.

 

 

Mimo powyższej uwagi wrogowie w Endling stanowią jednak realne zagrożenie. W lesie napotkać możemy choćby śpiące sowy. Jeżeli przebiegniemy obok nich zamiast się skradać, ze złością zaczną atakować nasze młode. Możemy wówczas spróbować ją odpędzić, jednak moja nieuwaga miała fatalny finał – niedolisek zmarł. Zupełnie nie spodziewałem się, że jest to możliwe, zatem zabolało ze zdwojoną siłą, tym bardziej, że jako jedyny posiadał on pewną umiejętność. Stwarza to dość ciekawy pretekst do ponownego przejścia gry bez utraty żadnego ze zwierzątek – tym bardziej, że tytuł zapewnia zaledwie pięć godziny zabawy.

 

 

Cena przetrwania

 

Zimowy krajobraz pełen jest też innych niebezpieczeństw: nieuważni gracze mogą chociażby wpaść w sidła, przez co znacznie utrudnią sobie ucieczkę przez ludźmi, a wierzcie mi, chcecie mieć do tego jak najwięcej energii. Im dłużej przebywamy poza norą, tym bliżej do poranka, a to oznacza nagromadzenie kuśnierzy. Kiedy któryś z nich nas zauważy, najlepszym jedynym rozwiązaniem jest ucieczka. Można też spróbować zmylić łowców i przyciągnąć ich do konkretnego punktu na mapie, co pozwoli nam na swobodną eksplorację innego rejonu. Jeżeli jednak nie zdołamy ukryć się przed zagrożeniem, koniec będzie wyjątkowo brutalny, a gra nie omieszka nas dobić informacją, że młode nie przetrwają bez matki. Wśród tych wszystkich bezlitosnych morderców da się jednak trafić na życzliwe dusze, co odciąża nieco opowieść i pozwala graczowi na oddech.

 

 

Nie samym przetrwaniem liszka jednak żyje, w końcu musi odnaleźć zaginione młode. Co kilka nocy będziemy mogli wywęszyć obecność utraconego liska, a zapach poprowadzi nas do konkretnych miejsc. Tam naszym oczom ukaże się swego rodzaju wspomnienie, które popchnie fabułę do przodu i nakieruje nas na dalsze poszukiwania. Za każdym razem musimy znaleźć trzy takie wspomnienia, a możliwe jest to tylko w określonych przez twórców momentach. Z tego powodu Endling jawi się jako gra wyjątkowo liniowa, która poza próbą utrzymania wszystkich lisków przy życiu nie zaprasza do ponownej zabawy.

 

 

Rozgrywka dość szybko staje się monotonna, bo poza uczeniem młodych nowych umiejętności, liszka posiada w swoim asortymencie ruchów stały zestaw: skradanie się, węszenie, szczekanie i wchodzenie w interakcję z poszczególnymi obiektami. Endling nadrabia ten fakt kreacją świata przedstawionego, który co noc zmienia się na naszych oczach. Doświadczymy kolejnych pór roku, leśne kryjówki zostaną wycięte w pień, a z czasem okolica zaroi się od kuśnierzy. Wszystko to zachęca do przejścia jeszcze jednej nocy, a że ukończenie ich nie zajmuje dużo czasu i gra zapisuje się wyłącznie w norze, zauważyłem, że trudno było mi się oderwać od gry.

 

 

Piękno w zepsuciu

 

Endling od razu przyciągnął moją uwagę ze względu na styl graficzny. Oprawa wizualna stoi na bardzo wysokim poziomie – projekty i animacje postaci (szczególnie zwierzęcych) oraz sposób prezentacji świata są niezwykle dopracowane. Gra operuje głównie wyrazistymi kolorami oraz kontrastem, co tworzy znakomite rezultaty. Pod względem graficznym Endling bardzo przypomina mi Firewatch. Podobieństwa się tu zresztą nie kończą, bo oba tytuły mają fantastyczne ścieżki dźwiękowe. W produkcji Herobeat Studios usłyszymy przede wszystkim brzmienie skrzypiec i gitary akustycznej, które doskonale wzmacniają ponury i refleksyjny klimat opowieści. To jedna z najładniejszych gier indie na Switchu.

 

 

W Endling można zagrać na PC, Xbox One/Series S & X, PlayStation 4 & 5 oraz, oczywiście, Switchu. Port na konsolę Nintendo nie ma się zresztą czego wstydzić, bo dzielnie utrzymuje 30 FPSów w obu trybach wyświetlania, a jakość obrazu oceniam bardzo wysoko. Przyjemnym dodatkiem jest też polska wersja językowa, choć tekst znajdziemy wyłącznie w formie porad podczas ładowania etapów. Zdążycie je na spokojnie przeczytać nawet i pięć razy z rzędu, bo poziomy wczytują się bardzo długo – ale poza drobnymi błędami wizualnymi i sporadycznymi kłopotami ze sztuczną inteligencją przeciwników to właściwie jedyne zarzuty techniczne, jakie mam do Endling.

 

 

Matczyna miłość

 

Choć Endling: Extinction is Forever jest grą na zaledwie dwa wieczory i mechanikami rozgrywki nie ma zbyt wiele do zaoferowania, to warto dać jej szansę choćby ze względu na fantastyczną oprawę audiowizualną i chwytającą za serce fabułę, która skłania do refleksji nad środowiskiem i ceną, jaką jesteśmy gotowi zapłacić, aby przetrwać w świecie pozbawionym nadziei. Wątpię jednak, że wielu z was będzie gotowych zapłacić tak wysoką cenę za raptem pięć godzin zabawy – wobec tego polecam wszystkim, ale chyba dopiero w trakcie promocji.

Cena w eShopie: 125,00 zł

Podziękowania dla Handy Games za dostarczenie gry do recenzji.

 


Podsumowanie

Zalety

  • + dojrzała i wciągająca opowieść o przetrwaniu i matczynej miłości
  • + znakomita oprawa audiowizualna
  • + kreacja świata przedstawionego tworzy ciężki, intrygujący klimat
  • + praca kamery nadaje rozgrywce głębi
  • + perspektywa utraty młodych jest jak najbardziej realna…

Wady

  • - …ale motyw ich ochrony stanowi bardziej tło fabularne niż mechanikę
  • - bardzo długi czas ładowania etapów na Switchu
  • - naciągane sposoby uczenia lisków nowych umiejętności
  • - krótka i na jeden raz, więc skąd ta cena?

7.5

Wyświetleń: 1160

Redaktor

Kosma Staszewski

„Złapałem je wszystkie” więcej razy, niż wypadałoby się przyznać. Z produktami Nintendo utrzymuję niezdrową relację od wielu lat, lecz na szczęście uczucia wydają się być odwzajemnione. Na stronie możecie przede wszystkim przeczytać moje recenzje gier, choć wieloma czynnościami – jak chociażby korektą tekstów – zajmuję się zakulisowo. Nic nie przebije dla mnie dobrej kawy flat white.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *