Fenomen 2022 roku w końcu trafia na konsolę Nintendo. Elden Ring, nagrodzony tytułem Gry Roku podczas The Game Awards, doczekał się wydania Tarnished Edition na Nintendo Switch 2. Nie jest to moje pierwsze spotkanie z tym tytułem, ponieważ wcześniej przemierzałem Ziemie Pomiędzy na innej platformie. Tym razem najbardziej interesowało mnie więc to, jak tak ogromna gra poradzi sobie na przenośnej konsoli Nintendo. Zwłaszcza że wcześniejsza wersja prezentowana na targach miała problemy z płynnością, a premierę ostatecznie przesunięto. Czy dodatkowy czas wystarczył, aby odpowiednio dopracować port? Czas ponownie zostać Zmatowieńcem i się o tym przekonać.

Pierwszy krok z wielu milionów
Fabuła Elden Ringa jest szeroka, ale gra zdecydowanie nie zamierza podawać jej na tacy. Wcielamy się w Zmatowieńca, który przybywa do Ziem Pomiędzy z jednym “skromnym” celem – zostać Eldeńskim Władcą. Bułka z masłem, prawda? Problem w tym, że Eldeński Krąg został rozbity, jego fragmenty trafiły w ręce półbogów, a cały świat zdążył pogrążyć się w chaosie. Pozostaje więc zakasać rękawy i spróbować zrobić z tym porządek. Po drodze spotykamy dziesiątki postaci, poznajemy ich historie i podejmujemy decyzje mogące wpłynąć na zakończenie przygody. Trzeba tylko najpierw zrozumieć, co właściwie wszyscy do nas mówią. I tutaj zaczyna się prawdziwa walka – nie z bossem, lecz z własną pamięcią.
Elden Ring nie oferuje klasycznego dziennika zadań, który grzecznie przypominałby, co mamy zrobić. Trzeba słuchać napotkanych postaci, czytać opisy przedmiotów i samodzielnie łączyć rozsiane po świecie informacje. Po kilkunastu godzinach łatwo przypomnieć sobie o tajemniczej kobiecie spotkanej trzy wieczory wcześniej i zadać najważniejsze pytanie: „Czego ona właściwie ode mnie chciała?”. Prywatne notatki przestają wtedy wyglądać jak przesada, a zaczynają przypominać całkiem rozsądny plan działania. Początkowo może to przytłaczać, ale odkrywanie kolejnych elementów tej układanki daje sporo satysfakcji. Trzeba tylko zaakceptować, że nie wszystko zrozumiemy od razu. Ziemie Pomiędzy wymagają cierpliwości – albo bardzo dobrej pamięci.

Pierwsze chwile pokazują również, że nikt nie zamierza prowadzić nas za rękę. Po krótkim wprowadzeniu otwierają się przed nami Ziemie Pomiędzy i możemy ruszyć praktycznie tam, gdzie poniosą nas nogi. Widzisz zamek na horyzoncie? Możesz tam pójść. Tajemnicze ruiny? Proszę bardzo. Wielki przeciwnik na koniu, którego rozsądek podpowiada ominąć? Oczywiście pierwszą reakcją będzie próba pokonania go. Gra sugeruje kierunek dalszej podróży, ale równie chętnie pozwala kompletnie zignorować swoje wskazówki. W Ziemiach Pomiędzy ciekawość jest pierwszym krokiem do przygody – i bardzo często ostatnim przed śmiercią.
Świat, który każe zejść z głównej drogi
Elden Ring skrywa mnóstwo tajemnic, sekretów, broni, przedmiotów oraz zadań pobocznych. Niektóre historie potrafią ciągnąć się przez sporą część przygody i zdecydowanie nie sprowadzają się do schematu „idź z punktu A do punktu B”. Czasami trzeba samemu połączyć fakty, znaleźć odpowiednią postać albo wrócić do miejsca odwiedzonego wiele godzin wcześniej. Problem w tym, że gra nie zawsze jasno komunikuje, czego właściwie od nas oczekuje. Po swoim pierwszym podejściu sprawdziłem więc, ile rzeczy udało mi się pominąć. Uwierzcie mi – naprawdę starałem się lizać każdą ścianę. Mimo to lista przeoczonych sekretów była zaskakująco długa. Momentami czułem się jak w zatłoczonej galerii handlowej – wszędzie można wejść, wszystko kusi, tylko kompletnie nie wiadomo, od czego zacząć.

Co ciekawe, to początkowe przytłoczenie szybko przerodziło się u mnie w jeszcze większą chęć eksploracji. Nie lubię uczucia, że właśnie minąłem niepozorną jaskinię, w której mógł czekać legendarny miecz, fantastyczny pancerz albo kolejny grzyb. Oczywiście najczęściej był to grzyb. Mimo wszystko przez długie godziny zaglądałem w każdy podejrzany zakamarek i systematycznie powiększałem swój bezdenny plecak z wyposażeniem. Coś interesującego niemal bez przerwy majaczy na horyzoncie. Jedna niewinna wycieczka potrafi przerodzić się w kilka kolejnych odkryć, a pierwotny cel szybko schodzi na dalszy plan. „Sprawdzę tylko, co jest za tym wzgórzem” to jedno z największych kłamstw, jakie można sobie powiedzieć podczas grania w Elden Ringa.
Przy tak rozbudowanym świecie szybko zaprzyjaźnimy się również z mapą. Nie zawsze jest idealna, szczególnie gdy trafiamy do bardziej złożonych lokacji pełnych budynków i kilku poziomów. Mimo to daje dobry punkt odniesienia i pomaga zaplanować dalszą podróż. Możemy również umieszczać na niej własne znaczniki, co zdecydowanie polecam robić od samego początku. Warto oznaczać interesujące miejsca, silnych przeciwników albo lokacje, do których chcemy później wrócić. Dzięki temu nie trzeba zaprzątać sobie głowy pytaniem: „Gdzie ja właściwie miałem iść?”. Z czasem mapa zaczyna przypominać plan wycieczki w Mapach Google – tutaj przystanek, tam kolejny, a po drodze jeszcze pięć miejsc, których wcześniej w ogóle nie planowaliśmy odwiedzić. Tyle że zamiast kawiarni i zabytków czekają na nas smoki, katakumby i bardzo duża szansa na śmierć.

Eksploracja pozwala również gromadzić runy, czyli podstawową walutę potrzebną między innymi do rozwoju postaci, zakupów i ulepszania wyposażenia. Zdobywamy je przede wszystkim za pokonywanie przeciwników, a silniejsi wrogowie zazwyczaj zostawiają ich odpowiednio więcej. Jest jednak mały haczyk, bo przecież Elden Ring nie pozwoli nam po prostu spokojnie oszczędzać na przyszłość. Po śmierci wszystkie niespożytkowane runy zostają w miejscu naszego zgonu. Możemy je odzyskać, o ile uda nam się bezpiecznie tam wrócić. Druga śmierć przed ich podniesieniem sprawia jednak, że zgromadzony majątek przepada bezpowrotnie. Nagle powrót po kilkadziesiąt tysięcy run staje się ważniejszy niż ratowanie całych Ziem Pomiędzy. Wtedy człowiek nie jest już Zmatowieńcem – jest klientem banku biegnącym ratować wszystkie swoje oszczędności.
Śmierć jako część zabawy
Czas przejść do sedna – jak trudny właściwie jest Elden Ring? Odpowiedź nie jest taka oczywista, bo wiele zależy od tego, jak podejdziemy do rozgrywki. Moja przygoda zaczęła się od dziesiątek śmierci, a ostateczny licznik spokojnie osiągnął czterocyfrową wartość. Sam jednak trochę się o to prosiłem, ponieważ postanowiłem ograniczyć korzystanie z przywołańców podczas walk z bossami. W pojedynkę niektóre starcia naprawdę potrafią dać w kość, a kolejne próby zamieniają się w naukę schematów ataków przeciwnika. Kiedy zrobić unik? Kiedy zaatakować? A kiedy schować dumę do kieszeni i po prostu uciekać? Każda kolejna porażka daje odrobinę wiedzy, aż w końcu przychodzi próba, podczas której wszystko zaczyna się zgadzać. Niejednokrotnie odkładałem konsolę po kolejnej porażce i zastanawiałem się: „Co robię źle?”. Odpowiedź najczęściej brzmiała: prawie wszystko.

Do pokonywania coraz potężniejszych przeciwników potrzeba jednak czegoś więcej niż cierpliwości. Ogromne znaczenie mają rozwój postaci, odpowiedni ekwipunek oraz rozsądne rozdawanie punktów statystyk. Początkujący szybko mogą się przekonać, że większy pasek zdrowia bywa lepszą inwestycją niż kilka dodatkowych punktów obrażeń. Martwy Zmatowieniec ma przecież dość ograniczone możliwości ofensywne. Elden Ring daje przy tym ogromną swobodę w wyborze stylu walki. Możemy korzystać z pazurów, mieczy, włóczni, ogromnych toporów i wielu innych rodzajów uzbrojenia. Do tego dochodzą czary oraz inkantacje, więc nic nie stoi na przeszkodzie, aby część problemów rozwiązywać z bezpieczniejszej odległości. Odpowiednio rozwinięta postać i dobrze dobrane wyposażenie potrafią znacząco zmienić poziom trudności. Czasami najlepszą strategią na bossa nie jest więc setna próba, lecz powrót później z większym mieczem.
Gra oferuje również dodatkową pomoc w postaci przywoływanych duchów, a w określonych sytuacjach także innych sprzymierzeńców. Duch może nie tylko zadawać obrażenia, lecz przede wszystkim odciągnąć uwagę przeciwnika. Te kilka sekund wystarcza czasem, żeby się uleczyć, złapać oddech albo bezczelnie zaatakować bossa od tyłu. Nie oznacza to jednak, że możemy korzystać z takiej pomocy zawsze i wszędzie. Przywoływanie duchów jest dostępne tylko w określonych obszarach. Dzięki tym rozwiązaniom Elden Ring pozwala jednak w pewnym stopniu samodzielnie regulować poziom wyzwania. Można walczyć samotnie albo skorzystać z narzędzi, które przygotowali twórcy. Ja wybrałem pierwszą opcję i wielokrotnie miałem mnóstwo czasu, żeby przemyśleć tę decyzję podczas oglądania ekranu śmierci.

W całym tym umieraniu pomagają miejsca łaski, pełniące rolę punktów odpoczynku i szybkiej podróży. Możemy przy nich uzupełnić zdrowie, punkty skupienia oraz zapasy butelek, a także rozwijać postać. Jest oczywiście haczyk, bo przecież jesteśmy w Elden Ringu. Odpoczynek powoduje odrodzenie większości pokonanych wcześniej przeciwników. Droga, którą przed chwilą mozolnie oczyściliśmy, ponownie zapełnia się więc mieszkańcami niezadowolonymi z naszej obecności. Na szczęście poznane miejsca łaski pozwalają również szybko podróżować po świecie, co znacznie ogranicza konieczność powtarzania długich tras. Śmierć nadal boli, ale zazwyczaj nie oznacza utraty kilkudziesięciu minut samego przemieszczania się. Elden Ring karze za błędy, lecz jednocześnie daje narzędzia potrzebne do tego, żeby następnym razem popełnić zupełnie nowe.
„Kieszonkowy” Eldeński Krąg
Pora odpowiedzieć na najważniejsze pytanie tej recenzji – jak Elden Ring rzeczywiście sprawdza się na Nintendo Switch 2? Zacznijmy od tego, że gra celuje w 30 klatek na sekundę. Nie jest to dla mnie wielkim zaskoczeniem, biorąc pod uwagę rozmiar świata i poziom oprawy graficznej. Znacznie bardziej obawiałem się jakości samego obrazu. Spodziewałem się rozmazanych krajobrazów i problemów z dostrzeżeniem przeciwnika stojącego kilka metrów dalej. Tymczasem spotkało mnie naprawdę pozytywne zaskoczenie. Obraz jest czytelny, a Ziemie Pomiędzy nadal potrafią wyglądać przepięknie. Nieraz zatrzymywałem się na pobliskim wzgórzu, żeby popatrzeć na krajobraz i przez chwilę posłuchać spokojnej muzyki w tle. Sielanka trwa jednak do momentu, aż coś wielkiego postanowi nas zabić.
Oczywiście przeniesienie tak ogromnej gry na Switcha 2 wymagało kompromisów. Jednym z bardziej zauważalnych jest sposób wyświetlania części odległych elementów otoczenia. Trawa czy drobniejsze obiekty pojawiają się dopiero wtedy, gdy się do nich zbliżymy. Nie wygląda to szczególnie elegancko, gdy akurat zwrócimy na to uwagę, ale podczas normalnej eksploracji szybko przestałem się tym przejmować. Ważniejsze jest dla mnie to, że świat zachował swój charakter i nadal robi świetne pierwsze wrażenie. Nie miałem poczucia, że oglądam mocno okrojoną wersję Ziem Pomiędzy.

Nie taki płynny ten Krąg
Gdyby na tym kończyły się kompromisy, Elden Ring mógłby być jednym z moich największych pozytywnych zaskoczeń na Switchu 2. Niestety gorzej wypada stabilność działania. Podczas spokojnej eksploracji oraz prostszych starć nie miałem większych powodów do narzekania. Problemy stają się bardziej odczuwalne, gdy na ekranie zaczyna się prawdziwe widowisko – kurz unosi się z ziemi, przeciwnicy atakują, a dookoła latają pociski i efekty specjalne. W takich sytuacjach spadki płynności mogą przeszkodzić w odpowiednim wyczuciu momentu na unik. A jak już ustaliliśmy wcześniej, Elden Ring raczej nie rozdaje nagród za spóźnione przewroty. Po doświadczeniach z mocniejszym sprzętem różnica była dla mnie zauważalna i momentami zwyczajnie przeszkadzała. Co ciekawe, podczas własnej rozgrywki nie odczułem ogromnej różnicy między trybem przenośnym a graniem na telewizorze. W obu przypadkach największym przeciwnikiem nadal pozostawał boss – konsola tylko czasami postanawiała dołączyć do jego drużyny.
Czasy ładowania również dają o sobie znać, szczególnie że przy moim talencie do umierania oglądałem je wyjątkowo często. Nie siedziałem ze stoperem w ręce, więc nie będę rzucał konkretnymi liczbami. Powiem tylko, że podczas niektórych ekranów ładowania spokojnie zdążyłem przeczytać trzy lub cztery wyświetlane porady. Nie jest to poziom, przez który chciałem odłożyć konsolę, ale trudno też nazwać wczytywanie błyskawicznym. Najbardziej daje się we znaki podczas wielokrotnego powtarzania trudniejszego starcia. Boss zabija, ekran ładowania, kolejna próba i ponownie „NIE ŻYJESZ”. Przynajmniej po kilkudziesięciu podejściach człowiek zna już porady z ekranów ładowania na pamięć.

Osobne słowa uznania należą się udźwiękowieniu, które nadal robi świetne wrażenie. Muzyka podczas najważniejszych starć nadaje im odpowiednią skalę i skutecznie zachęca do podjęcia jeszcze jednej próby. Do tego dochodzą odgłosy uderzeń, zaklęć oraz różnorodnego uzbrojenia. Całość sprawia, że nawet po kolejnej porażce trudno powiedzieć sobie: „Dobra, wystarczy na dzisiaj”. Zamiast tego poprawiamy ekwipunek, wracamy do przeciwnika i pięć minut później ponownie zastanawiamy się nad swoimi życiowymi wyborami. Pod względem oprawy Elden Ring nadal zachwyca. Szkoda tylko, że Switch 2 nie zawsze nadąża za tym widowiskiem.
I właśnie dlatego mam z tą wersją największy problem. Z jednej strony dostajemy znakomitą produkcję FromSoftware, którą możemy zabrać ze sobą praktycznie wszędzie. Sam fakt przemierzania Ziem Pomiędzy na urządzeniu przenośnym robi wrażenie. Po kilku problematycznych sytuacjach sam nabrałem jednak ochoty, żeby ponownie uruchomić Elden Ringa na mocniejszym sprzęcie. Nie oznacza to, że wersja na Switcha 2 jest niegrywalna. Po prostu tym razem najtrudniejszym przeciwnikiem Zmatowieńca nie zawsze okazuje się boss.

Tarnished Edition? A co to?
Tarnished Edition to nie tylko podstawowy Elden Ring przeniesiony na Switcha 2. W pakiecie znajdziemy również rozszerzenie Shadow of the Erdtree, cztery nowe zestawy pancerza, trzy warianty wyglądu Torrenta oraz dwie klasy startowe – Rycerza Idusu i Ciężkozbrojnego rycerza. Szczególnie polubiłem się z Rycerzem Idusu, który szybko stał się moim wyborem na kolejną podróż przez Ziemie Pomiędzy. Same dodatki kosmetyczne nie wywracają oczywiście gry do góry nogami, ale miło zobaczyć kilka nowości przygotowanych z myślą o tym wydaniu. Najważniejszym elementem całego pakietu pozostaje jednak Shadow of the Erdtree. To ogromne rozszerzenie zabiera nas do Krainy Cienia, gdzie podążamy śladami Miquelli i poznajemy kolejną część historii tego świata. Do Krainy Cienia nie dostaniemy się jednak od razu – najpierw musimy pokonać Radahna, Gwiezdną Plagę, oraz Mohga, Pana Krwi, więc nowego Zmatowieńca czeka wcześniej całkiem długa wycieczka. Jeżeli podstawowy Elden Ring wydawał się komuś za krótki, to cóż… chyba graliśmy w dwie różne gry.
Shadow of the Erdtree potrafi też solidnie dać w kość, jakby podstawowa wersja uznała, że była dla nas zbyt łaskawa. W dodatku pojawia się osobny system wzmacniania postaci oparty na fragmentach Ostrodrzewa. Znajdujemy je podczas eksploracji Krainy Cienia, a następnie wykorzystujemy przy miejscach łaski do zwiększania specjalnego błogosławieństwa. W praktyce zadajemy dzięki niemu większe obrażenia, a sami przyjmujemy ich mniej. Co istotne, bonus działa wyłącznie na terenie dodatku, więc po powrocie do Ziem Pomiędzy nasza dodatkowa potęga zostaje za drzwiami. Fragmenty szybko stają się więc niezwykle cenne, szczególnie podczas starć z najpotężniejszymi przeciwnikami. Można próbować radzić sobie bez odpowiedniego poziomu błogosławieństwa, ale jest to trochę jak wejście na ring i dobrowolne związanie sobie jednej ręki. Da się? Pewnie. Tylko po co sobie to robić?

Sam spędziłem sporo czasu na poszukiwaniu kolejnych fragmentów, ponieważ każdy następny poziom błogosławieństwa ułatwiał mi dalszą przeprawę. Nie oznacza to oczywiście, że nagle bossowie zaczynali sami składać broń i życzyć miłego dnia. Nadal trzeba nauczyć się ich ataków i znaleźć odpowiedni moment na kontrę. System daje jednak dodatkową motywację do eksplorowania Krainy Cienia, bo zejście z głównej ścieżki może przełożyć się bezpośrednio na nasze szanse podczas kolejnego trudnego starcia. W moim przypadku rekompensowało to również pewne braki w umiejętnościach. Nie będę udawał bohatera – jeśli gra daje mi dodatkową przewagę, z przyjemnością ją przyjmę.
Sama Kraina Cienia nie jest też krótkim dodatkiem, który można odhaczyć podczas jednego wolnego wieczoru. To kolejny rozbudowany obszar pełen nowych przeciwników, bossów, sekretów i wyposażenia. Szczególnie zainteresowały mnie nowe rodzaje broni, które ponownie zachęcają do eksperymentowania ze stylem walki. Problem jest tylko jeden – możliwości jest tyle, że człowiek zaczyna patrzeć podejrzliwie na swoją dotychczasową broń. „Może jednak spróbuję czegoś innego?” to bardzo niebezpieczne pytanie w grze, w której ulepszanie całego arsenału wymaga sporych nakładów. Shadow of the Erdtree nie sprawia więc wrażenia drobnego dodatku, lecz pełnoprawnego rozwinięcia podstawowej przygody. Jakby wcześniej brakowało mi powodów do spędzenia kolejnych kilkudziesięciu godzin z Elden Ringiem.

Czy warto wkroczyć w świat Elden Ringa na Switchu 2?
Elden Ring to znakomita produkcja i po ponownym przemierzeniu Ziem Pomiędzy nadal nie mam co do tego większych wątpliwości. Przed najwyższą oceną powstrzymują mnie przede wszystkim problemy z wydajnością wersji na Nintendo Switch 2. Do tego dochodzi kamera, która podczas walki z przeciwnikiem wielkości kilkupiętrowego bloku czasami staje się groźniejsza od samego potwora. Pomijając problemy techniczne, trudno jednak narzekać na brak rzeczy do zrobienia i swobody, jaką dostaje gracz. Elden Ring pozwala przeżyć tę przygodę na własnych zasadach – niezależnie od tego, czy korzystamy ze wszystkich dostępnych ułatwień, czy z uporem próbujemy udowodnić bossom, że poradzimy sobie sami. Zawartości jest tutaj tyle, że znalezienie kolejnego powodu do powrotu raczej nie będzie problemem. Gorzej z wolnym czasem.
Ziemie Pomiędzy są miejscem, w którym można przepaść na dziesiątki, a nawet setki godzin. Czas podczas zabawy potrafi znikać w zastraszającym tempie. Człowiek siada tylko na chwilę, a godzinę później podejmuje trzydziestą drugą próbę pokonania bossa i nadal nie zobaczył jego drugiej fazy. Tak, opisuję własne doświadczenia. Jest w tym wszystkim przedziwne połączenie cierpienia, frustracji i ogromnej satysfakcji, kiedy przeciwnik, który przez ostatnią godzinę wycierał nami podłogę, w końcu pada, trudno powstrzymać uśmiech. Do tego momentu trzeba jednak dotrzeć, a Elden Ring wymaga cierpliwości, zaangażowania i pogodzenia się z porażkami. Nie od razu Rzym zbudowano – a Eldeńskim Władcą też nie zostaje się po pierwszej próbie.
Czy zatem warto wkroczyć do Ziem Pomiędzy właśnie na Nintendo Switch 2? Moim zdaniem tak, ale pod jednym warunkiem – trzeba zaakceptować techniczne kompromisy tej wersji. Możliwość grania przenośnie jest jej największym atutem, ale jeśli zależy nam przede wszystkim na stabilności działania, mocniejszy sprzęt będzie lepszym wyborem. Switch 2 nadal pozwala jednak przeżyć tę przygodę od początku do końca i właśnie możliwość zabrania jej ze sobą stanowi największą siłę tego wydania. Sam pozostaję gdzieś pomiędzy zachwytem nad grą a narzekaniem na jej port. Ziemie Pomiędzy zdecydowanie warto odwiedzić – pytanie tylko, którym środkiem transportu.
Cena w eShopie: 339,00 zł
Podziękowania dla Cenega za dostarczenie gry do recenzji.
Redaktor
Damian "Dadaista" Filipkiewicz
Z zamiłowaniem śledzę wszystkie informacje i pogrywam różne produkcje na Nintendo Switch, PC oraz PlayStation. Nie mam ulubionego gatunku gier, a przez te lata przewinęły się dziesiątki, z którymi świetnie się bawiłem. Zręcznościówki, strzelanki, karcianki, strategie, RPG'i, bijatyki, horrory nie są mi straszne. Na co dzień pracuję jako programista. Lubię kawę z mlekiem, a moim spirit animal jest Gengar.