Hero RecenzjeRecenzja
Hero RecenzjeArtykuł

Kultowy roguelike? – recenzja Cult of the Lamb

Nie ma co owijać w bawełnę: uwielbiam gry, które pozwalają…

8 września 2022

Nie ma co owijać w bawełnę: uwielbiam gry, które pozwalają wcielić się w postacie „złoli”. Od kultowego (choć wiekowego) Dungeon Keeper po wydany w zeszłym roku Carrion, prawie nigdy nie odpuszczam sobie tytułów, które pozwalają stanąć po przysłowiowej „drugiej stronie barykady”. Jak tylko zobaczyłem słodkie zwierzątka odprawiające mroczne rytuały w imieniu zapomnianych bogów, wiedziałem, że Cult of the Lamb musi wpaść w moje recenzenckie ręce. Muszę przyznać, że warto było zaprzedać duszę – najnowszy tytuł ze stajnii Devolver to bardzo kompetentny action RPG roguelike z niesamowitą wręcz ilością charakteru, któremu może go pozazdrościć niejedna produkcja AAA.

 

 

Milczenie owiec

 

 

Cult of the Lamb zaczyna się zgoła nietuzinkowo. Nasz kudłaty bohater (tytułowa owieczka, czyli Lamb) już za chwilę ma być złożony w ofierze na ołtarzu oznaczonym ogromnym pentagramem. Kiedy jednak na jego szyję spada topór, zamiast spodziewanego słodkiego uścisku śmierci staje on przed obliczem prastarego bóstwa (The One Who Waits), które zostało przed wiekami uwięzione przez innych bogów, ponieważ rzekomo było zbyt groźne dla świata. Nasz wybawiciel oferuje nam powrót do świata żywych… Ale jak wiemy, wszystko ma swoją cenę, szczególnie przy dobijaniu interesów z prastarymi demonami. Po odzyskaniu życia mamy poświęcić je na zbudowanie kultu oddanego przywróceniu The One Who Waits do władzy nad całą krainą i wspomóc go w okrutnej i krwawej zemście na jego niczego niespodziewających się rywalach. Jest to oczywiście oferta nie do odrzucenia, więc nasza owieczka czym prędzej na nią przystaje i, po likwidacji swoich niedoszłych katów za pomocą znalezionego przez siebie topora, zabiera się za zrekrutowanie do nowo założonej sekty jak największej liczby słodkich zwierzątek, które mogą modlić się ku czci zapomnianego bóstwa i uwolnić zapomniane poprzez wieki zło. Taką fabułę to rozumiem!

 

Demoniczna Zelda

 

 

Jak wspomniałem wyżej, Cult of the Lamb jest zasadniczo rougelike’owym action RPG, przypominającym nieco dwuwymiarowe wydania Zeldy, Moonlightera czy The Binding of Isaac. Żeby uwolnić strasznego boga, który darował nam życie, będziemy musieli pokonać czterech biskupów Starej Wiary, którzy robią wszystko co w ich mocy, żeby zatrzymać nadejście wielkiego przedwiecznego. Zanim jednak zmierzymy się z nimi bezpośrednio, naszym celem będzie przemierzenie krain, które pełne są nieprzyjaznych nam stworzeń. Gdy tylko wejdziemy do jednej z nich, wylosowana zostanie dla nas broń oraz czar, które pozwolą nam zdziesiątkować wrogich kultystów i niebezpieczną faunę. Bronie i czary są dosyć zróżnicowane i, choć nie ma ich znów aż tak dużo, każda z nich będzie wymuszać konkretny styl rozgrywki – zupełnie inaczej zwalcza się wrogów powolnym, ale potężnym toporem, a inaczej szybkim, ale niezbyt silnym sztyletem. Eksplorując kolejne pokoje, możemy też oczywiście znaleźć przeróżne usprawnienia, które pozwolą nam zwiększyć szanse wygranej, jak przykładowo niesamowicie silne karty tarota, które mogą nasycić nasz oręż trucizną, zwiększyć ilość życia czy prędkość ataku. Należy jednak pamiętać, że jeśli wrogom uda się nas pokonać, wszystkie te usprawnienia tracimy – zabrać ze sobą możemy tylko zdobyte po drodze zasoby i nowych rekrutów do naszego kultu.

 

 

Muszę przyznać, że choć ta część rozgrywki zupełnie nie jest odkrywcza (nie zobaczyłem tu niczego, co nie byłoby już wykorzystane w setkach innych, podobnych gier), została ona stworzona naprawdę kompetentnie. Walki dają dużą dozę frajdy, bronie wymuszają stosowanie różnych strategii, a zbieranie zasobów nigdy nie przestaje się w sumie nudzić. Dodatkowym elementem jest też możliwość wyboru własnej ścieżki poprzez daną krainę – czy wybierzemy trasę obleganą przez więcej przeciwników, ale pewnie też dodatkowe usprawnienia, które pomogą nam w ostatecznym starciu z biskupem? Czy może jednak zahaczymy o bezpieczniejsze okolice, gdzie w spokoju możemy zebrać surowce do budowy usprawnień i wyżywienia naszych kultystów? Niezależnie od naszych wyborów, zawsze za rogiem czai się coś interesującego, bo możemy napotkać też zwierzaczki, które zlecają nam ciekawe zadania poboczne.

 

Buduj dla prastarych bogów!

 

 

Nie samą jednak walką przywódca kultu żyje. Równie dużo czasu w Cult of the Lamb spędzimy, opiekując się swoim złowrogim (choć słodkim!) stadkiem. Musimy tu zadbać przede wszystkim o dwie rzeczy – lojalność zrekrutowanych kultystów i to, żeby mieli czym wypełnić brzuchy po wyczerpującym dniu czczenia prastarych bóstw. Będziemy w tym celu musieli założyć farmę, na której urosną plony, takie jak jagody, dynie czy kalafiory, oraz zapewnić zwierzakom komfortowe miejsca do spania. Dla ich lojalności ważniejsze jednak będzie wykonywanie zadań, które nam zlecają. Niektóre z nich są naprawdę ciekawe – jedną z linii side questów jest eskalująca lista „żartów”, który jeden z kultystów robi drugiemu. Zaczyna się ona od „niewinnych” pranków, jak podanie mu jedzenia, które wywoła u niego wymioty, a kończy się na tym, że żartowniś prosi, żeby… złożyć jego rywala w ofierze. Byłoby to co najmniej niepokojące, ale przez to, że członkami naszego kultu są owieczki, krówki i jeżyki, nabiera to raczej wymiaru humorystycznego.

 

 

Nie są to jednak jedyne rzeczy, którymi będziemy mogli zająć się w siedzibie naszej religii. Przede wszystkim możemy ją rozbudowywać za zasoby zdobyte w trakcie eskapad, dodając po kolei różne budynki i ulepszając je. Docelowo wiele z nich pozwoli nam być też znacznie bardziej efektywnymi w rozprawianiu się z kultystami innych bogów, więc dodawanie kolejnych budowli ma wymiar nie tylko estetyczny, ale też praktyczny. Większość budynków jest również ukryta za dość rozbudowanym drzewem technologii, napędzanym przez modlitwy naszych wyznawców. Mamy ich naprawdę szeroką gamę – od bardzo prozaicznych, jak toalety, które zwiększają higienę i zapobiegają rozprzestrzenianiu się chorób, po dodatkowe ołtarze pozwalające na zbieranie datków od naszych poddanych. Choć w późniejszych etapach rozgrywki ma to może mniejsze znaczenie, wybór odpowiednich polepszeń w pierwszych godzinach gry może faktycznie znacznie ułatwić całe przedsięwzięcie. Budowa bazy sprawia naprawdę sporo frajdy i choć może nie chciało mi się w pełni jej dekorować, poprawianie części funkcjonalnej wciągnęło mnie na długie godziny.

 

Weźmiesz czarną kurę…

 

 

W głównej świątyni mamy możliwość odprawiania różnych rytuałów. Kryją się one oczywiście za własnym drzewem technologii i będą wymagały trudnych decyzji – zawsze do wyboru mamy tylko jeden z dwóch. Czy wybierzemy taki, który pozwoli naszym kultystom pracować przez trzy dni bez wytchnienia, odpoczynku i spania, czy raczej taki, który da im dzień wolny na relaks i podniesie ich zaangażowanie w naszą sprawę? Nie ma tu dobrej odpowiedzi, bo każdy z nich jest na swój sposób przydatny. Najciekawsze chyba są te, które wymagają poświęcenia jednej przysłowiowej „owieczki” z naszego kultu, aby uzyskać niezwykle silne benefity. Szczególnie przydatne do tego celu są stworki, które są w podeszłym wieku – skoro wiemy, że za kilka dni odejdą do krainy wiecznych łowów, mogą w sumie jeszcze po raz ostatni przysłużyć się uwielbianemu przez nich bogu, prawda? Na szczęście istnieje też rytuał pozwalający ożywić zmarłych kultystów – zdarzyło mi się kilkukrotnie poświęcać na ołtarzu pewną małą zebrę, a później ożywiać… Proszę tylko o niedokonywanie analizy psychologicznej na podstawie moich wyborów w grze!

 

I słodko, i strasznie

 

 

To, co jednak sprawia, że Cult of the Lamb jest prawdziwie unikalny, to oczywiście oprawa graficzna. Połączenie dość mrocznej tematyki i cukierkowych postaci gracza i NPC jest dla mnie strzałem w dziesiątkę. Przywodzi ono na myśl chyba najbardziej kreskówkę sprzed kilkunastu lat, Happy Tree Friends, gdzie milusie zwierzątka miały coraz bardziej krwawe i niepokojące przygody (choć Cult of the Lamb nigdy moim zdaniem nie przekracza granic dobrego smaku, co kreskówce się zdarzało). Chyba żadna inna gra nie pozwala zobaczyć, jak humanoidalny, zielony konik zostaje wciągnięty do podziemi przez ogromną mackę, która nagle wychodzi z pentagramu na środku świątyni. Absurdalne zestawienie serwowane przez Cult of the Lamb jest powiewem świeżości w świecie gier, gdzie wszyscy od siebie ściągają i powielają wzorce z dobrze przetartych szlaków.

 

Niestety, mimo pięknej oprawy graficznej Cult of the Lamb nie uniknął czegoś, co chyba zacznę nazywać „klątwą Switcha”. O ile pierwsze godziny rozgrywki trzymają dosyć dobry performance, im dalej w las, tym gorzej. Gra zaczyna naprawdę mocno „chrupać” szczególnie po zrekrutowaniu dużej liczby kultystów i rozbudowaniu pokaźnej bazy. Gdyby było to ograniczone do bazy, nie byłoby to aż takim problemem – nikt tam nas nie „goni”, a precyzyjne wciskanie przycisków nie ma aż tak wielkiego znaczenia. Niestety podobnie dzieje się, kiedy mamy na ekranie zbyt wielu przeciwników, a to już może na poważnie wrzucić kij w szprychy naszej krucjaty. Pozostaje mieć jedynie nadzieję, że twórcy wydadzą łatkę, która temu zaradzi. Póki co zauważyłem, że zrestartowanie gry pomaga nieco z tymi problemami po wielogodzinnych sesjach, więc istnieje też jakieś obejście, choć oczywiście niezbyt optymalne.

 

Warto obudzić przedwiecznych

 

 

Mimo spadków FPSów na pewno warto spędzić z Cult of the Lamb kilka wieczorów na Switchu. Przez cały czas, jaki spędziłem z tym tytułem bawiłem się świetnie, a moja krucjata pełna była ciekawości, jakie jeszcze rytuały czy budynki mogę odblokować. Jak już zaczniemy sesję gry, to z uścisku Cult of the Lamb jest się wyzwolić prawie tak trudno jak z prawdziwej sekty – a czy nie o to właśnie chodzi w elektronicznej rozrywce?


Podsumowanie

Zalety

  • + doskonałe połączenie słodkiej grafiki i makabry
  • + kompetentne sekcje walk i eksploracji
  • + rozbudowa kultu sprawia sporo frajdy
  • + duże zróżnicowanie ulepszeń do odblokowania

Wady

  • - spadki FPS

8

Wyświetleń: 937

Redaktor

Zimny

Fan gier indie, strategii, RPG, Nintendo i wszystkiego co ma związek z retro gamingiem. Swego czasu współtworzyłem jedną z największych polskich stron o jRPG. Z wykształcenia jestem anglistą, a w “prawdziwym życiu” pracuję nad przeróżnymi projektami IT.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *