Hero RecenzjeRecenzja
Hero RecenzjeArtykuł

Nie ma czasu na wyjaśnienia, wskakuj na chmurkę! – recenzja Dragon Ball Z: Kakarot

Nie będę ukrywał, jestem ogromnym fanem Dragon Ball Z. Wiem…

11 października 2021

Nie będę ukrywał, jestem ogromnym fanem Dragon Ball Z. Wiem o tej serii niemal wszystko. Goku i spółka towarzyszą mi od najmłodszych lat aż po dziś – w formie gadżetów, koszulek, kart i oczywiście gier. Ograłem już większość produkcji z uniwersum Smoczych Kul. W ostatniej dekadzie gry Dragon Balla nie były zbyt interesujące. Tę złą passę przełamała seria FighterZ, która jest świetną bijatyką. Niestety skupia się ona głównie na rozgrywce sieciowej. Fani gry solo nie mieli za bardzo czego szukać w tym tytule. Całkowicie singlowym doświadczeniem miała okazać się kolejna produkcja z tego świata – Dragon Ball Z: Kakarot. Czy gra spełniła oczekiwania tak zatwardziałego fana jak ja?

 

Saiyanie nadciągają!

 

Gra rozpoczyna się krótkim omówieniem wydarzeń poprzedzających serię Z. Zaraz po tym od razu wskakujemy w rolę Son Goku, który wraz ze swoim czteroletnim synem przechadza się po górach Paozu. Na Ziemii od paru lat panuje pokój. Sielankową atmosferę przerywa przybycie pewnego kosmity, który podaje się za brata Goku. Tajemnicza postać przedstawia się jako Raditz oraz twierdzi, że Goku pochodzi z rasy Saiyan, dumnych wojowników, którzy przemierzają wszechświat w celu podbijania coraz to nowszych planet. Wszystko to, żeby sprzedać je później za ogromne sumy. Raditz wyjawia również, że malutki Goku został zesłany na Ziemię właśnie w celu podbicia tej planety. Gdy widzi, że jego brat zaaklimatyzował się w ziemskiej społeczności, jest mocno zawiedziony. Porywa swojego bratanka, a bratu daje jeden dzień na zmianę strony. W przeciwnym razie ma pożegnać się ze swoim synem. Co ciekawe, Raditz zwraca się do Goku jego pierwotnym imieniem – Kakarot. Od tego momentu rozpoczyna się seria wydarzeń, która jest pełna zwrotów akcji oraz jeszcze większej ilości walk.

 

 

Muszę przyznać, że gra dość wiernie przedstawia wydarzenia Dragon Ball Z. Osoby, które nie znają serii, będą mogli przejść grę z pełnym zrozumieniem fabuły, a fani, którzy już ją znają, poczują się jak w domu. Na szczególną uwagę zasługują przerywniki filmowe, które są po prostu fenomenalne! Animacja oraz reżyseria stoją na najwyższym poziomie i oglądając takie widowisko wciąż mam wypieki na twarzy! Jest to zdecydowanie największa zaleta tej produkcji. Zaznaczę tylko, że przejście całej fabuły zajmuje około 40 godzin, co jest świetnym wynikiem, szczególnie jeżeli weźmiemy pod uwagę poprzednie gry z tego uniwersum. Kuć w oczy może cenzura, szczególnie gdy nieco zmienia odbiór historii. Przykładem może być walka z Androidem 19, który rękami potrafił wchłaniać ataki ki. W oryginale Vegeta brutalnie wyrwał mu ręce, żeby już nie mógł pochłaniać energii, dopiero po tym użył pocisku ki do wyeliminowania przeciwnika. W grze ręce androida zostały na miejscu, a i tak został pokonany pociskiem ki – można się tutaj zastanawiać nad logiką całej walki.

 

 

Kakarot kończy się na pokonaniu groźnego Buu, jednak dodatki rozszerzają historię o przybycie Beerusa, Wskrzeszenie Freezy oraz historię przyszłości Trunksa. W grze znajdziemy również masę różnych misji pobocznych, których fabuła niestety sprowadza się do trzech słów – „przynieś, podaj, pozamiataj”. Tylko najbardziej zagorzali fani znajdą w nich pewne smaczki, dla reszty nie będą miały one żadnej wartości. Mimo wszystko gra niesamowicie oddaje klimat Dragon Balla. Ponownie śledząc znane mi wydarzenia, czułem się jak mały berbeć, który ponad 20 lat temu siedział przed telewizorem z wywalonym jęzorem.

Warto tutaj również nadmienić fakt, że gra posiada polskie napisy. Tłumaczenie jest całkiem niezłe, co więcej, tłumacz sugerował się nazwami z oryginalnego tłumaczenia mangi! To naprawdę niezła robota, chociaż są dwie rzeczy, do których mogę się przyczepić. Pierwsza z nich to zmiana imion, np. Ginyu na Mlekora ma więcej sensu w na niemych tomach mangi niż w grze, gdzie słyszymy, że bohaterowie wypowiadają to pierwsze imię. Druga sprawa to tłumaczenie ataków, ot taki „Finish Buster” Trunksa został zmieniony na „Łamacz Wykończeń”. Nie podoba mi się to; zakładam, że wielu fanom, którzy przywykli do oryginalnych nazw ataków, również. Zaznaczę też, że w japońskiej, oryginalnej wersji językowej postacie posługiwały się angielskimi nazwami ataków. Uważam, że tutaj też tak powinno zostać.

 

 

 

Długokrótek w dłoń!

 

Rozgrywka w Dragon Ball Z: Kakarot dzieli się na dwie części. Pierwszą z nich jest oczywiście walka. Ta, jak cała gra, jest bardzo widowiskowa. Na ekranie lata cała pocisków ki, bohaterowie zamiatają sobą podłogę, niszczą góry, wykonują serie uników oraz ciosów. Animacje postaci również oddają klimat walk z Dragon Balla. Pięknie się na to wszystko patrzy!

 

 

Niestety, ale tylko patrzy… Walka jest pozbawiona większej głębi. Zaledwie jeden przycisk odpowiada za wykonywanie ciosów w zwarciu, co więcej, nie możemy wybrać kierunku ataku. Po prostu spamujemy jeden przycisk, aż do wykonania combosa. Jedyne, co w takiej sytuacji możemy wybrać, to sposób, w jaki sekwencja się zakończy – czy atakiem ki, czy odrzuceniem przeciwnika (co przywraca pewną część energii), czy po prostu zwykłym kopem w twarz. Podczas walki będziemy mogli oczywiście wykonywać ikoniczne ataki, takie jak „Kamehameha” czy „Final Flash” – są one bardzo potężne i zabierają wyjątkowo niewiele energii ki. W połączeniu z płytką walką wręcz może to spowodować spamowanie atakami specjalnymi, tylko po to, żeby walka dobiegła już końca. Niestety jest to największy zarzut, jaki mam do Kakarota. Gdyby twórcy poświęcili temu nieco więcej czasu i rozgraniczyli ataki na chociażby „lekki” i „silny” czy dodali możliwość wyboru kierunku, w jaki mają być zadawane ciosy, to odbiór tego systemu byłby zdecydowanie inny.

 

 

Co więcej, gra nie stanowi większego wyzwania, nie trzeba tutaj grindować, żeby pokonać danych bossów. Wystarczy przemykać przez kolejne misje fabularne, ich zakończenie da odpowiednią ilość doświadczenia, aby iść dalej. Jeśli będziemy mieli problem z jakąś walką, to zawsze możemy skorzystać z przedmiotów leczących, których jest aż za dużo.

 

Leć, chmurko!

 

Drugą częścią rozgrywki jest swobodne przemieszczanie się po otwartych hubach, które przypominają „Wild Area” z Pokémon Sword & Shield. Na szczęście otwarte huby w Dragon Ball Z: Kakarot są dużo ładniejsze, jest ich znacznie więcej oraz przemieszczanie się po nich potrafi przynieść masę frajdy. Bieganie oraz latanie jako Goku, Piccolo, Gohan, Trunks czy Vegeta jest naprawdę przyjemne i odprężające. Choć zaznaczam, że jest to opinia fana, który za dzieciaka udawał, że fruwa jak bohaterowie z bajki.

 

 

Podczas swobodnej eksploracji będziemy zbierać różnego koloru kule Z oraz medale D, które są potrzebne do ulepszania ataków naszych bohaterów. Znajdziemy tutaj także całą masę przedmiotów oraz ciekawych miejscówek, które aż kipią klimatem wyciągniętym spod pióra Akiry Toriyamy. Na swojej drodze napotkamy również masę postaci niezależnych. Niestety większość z nich to pusty wypełniacz świata, który niewiele ma do powiedzenia. W grze znajdziemy też kilka aktywności pobocznych, takich jak gotowanie, wyścigi autami czy łowienie rybek. Każda z tych mechanik jest na swój sposób przyjemna, jednak po dłuższym czasie zaczyna nużyć.

Dragon Ball Z: Kakarot na Switchu działa naprawdę bardzo dobrze! Przez większość czasu mamy do czynienia z płynną rozgrywką, która tylko okazjonalnie gubi kilka klatek. Dodatkowo gra prezentuje się wyśmienicie jak na możliwości Switcha. Port niewiele różni się od wersji na mocniejsze, stacjonarne konsole. Największą różnicą są gorszej jakości tekstury podłoża, które faktycznie potrafią być nieco rozmazane.

 

 

No i gdzie to RPG?

 

Teraz chciałbym zająć się dość kontrowersyjną kwestią związaną z tą grą. Od pierwszych zapowiedzi twórcy powtarzali, że jest to gra RPG. Po spędzeniu z Kakarotem dziesiątek godzin uważam, że jest to bardziej gra przygodowa z elementami RPG. Tak, zdobywamy tutaj kolejne poziomy, tak, jest „drzewko rozwoju”, są też misje poboczne, ale to byłoby na tyle z elementów RPG. Nie możemy tutaj rozdawać statystyk tak, żeby np. nasza postać zadawała większe obrażenia atakami Ki w zamian za mniejsze obrażenia atakami wręcz. Wszystko jest z góry ustalone. Fabuła jest liniowa, a wybór bohatera jest niemalże niemożliwy. Od czasu do czasu będziemy mogli skonstruować swoją drużynę, ale jest to możliwe tylko w określonym czasie fabuły. Co więcej, niektóre postacie zostały zdegradowane tylko do „supportu” – walczą obok nas, jednak nigdy nie są oddane w nasze ręce. Mają nawet swoje drzewka rozwoju, swoje animacje i swoją rolę podczas historii, ale nie możemy nimi grać i koniec kropka! I tak podczas sagi dziejącej się na planecie Namek będziemy grali głównie Gohanem, twórcy nie oddali w nasze ręce Kuririna, choć ten odegrał tam równie ważną rolę co syn Goku.

 

 

Ciekawy za to jest system społeczności, gdzie zbieramy „przyjaciół”, którzy będą podnosić nasze statystyki zależnie od tego, w jakiej społeczności ich umieścimy. Ot, Dr. Briefs jest świetnym naukowcem, więc najlepiej go umieścić w społeczności technicznej. Kotek Karin zna się na bogach, więc umieśćmy go w społeczności boskiej, żeby najlepiej wykorzystać jego atuty. Dochodzą do tego połączenia między postaciami w danej społeczności. Jeśli np. umieścimy Piccolo obok jego ucznia Gohana, to oboje dostaną dodatkowe punkty, które będą podnosić nasze atrybuty.

 

„Ostateczny Błysk”

 

Dragon Ball Z: Kakarot to bardzo sympatyczna gra, która świetnie oddaje ducha całego uniwersum. Tytuł jest bardzo widowiskowy, z ładną grafiką i jeszcze lepszymi przerywnikami filmowymi. Znajdziemy tutaj masę różnych mechanik, które niestety są bardzo płytkie i nie przykuwają naszej uwagi na dłużej. Całościowo jednak Kakarot wychodzi z placu boju z podniesioną głową, bo oferuje świetną przygodę i masę godzin rozgrywki, która dzięki genialnemu klimatowi potrafi wciągnąć niczym Mafuba.

Cena w eShopie: 249 zł

Podziękowania dla Cenega za dostarczenie gry do recenzji.

 

 

 


Podsumowanie

Zalety

  • + grafika
  • + genialny klimat
  • + fenomenalne przerywniki filmowe
  • + przyjemne fruwanie po świecie
  • + system społeczności

Wady

  • - płytki system walki
  • - płytkie elementy RPG
  • - niektóre postacie nie są grywalne, choć mogłyby być

8

Wyświetleń: 1140

Redaktor

Michał "Ruqer" Mrugała

Naczelny Newsman portalu NintendoSwitch.pl. Głowa pełna świetnych pomysłów i ciętych żartów. Swojego Switcha uwielbia, a wszelkie nowinki na temat konsoli chłonie z prędkością światła, aby podzielić się nimi ze światem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *