Monster Hunter Stories 2: Wing's of Ruin
RecenzjeRecenzja
RecenzjeArtykuł

Nie taki potwór straszny – recenzja Monster Hunter Stories 2: Wings of Ruin

Monster Hunter Stories 2: Wings of Ruin jest grą szczególną,…

17 lipca 2021

Monster Hunter Stories 2: Wings of Ruin jest grą szczególną, ponieważ nie tak dawno miała miejsce premiera bardzo dobrze przyjętego Rise, w związku z czym wiele osób stara się porównywać ze sobą te dwa tytuły. Z jednej strony porównanie takie nie jest właściwe, bo przecież to są zupełnie różne gry. Z drugiej jednak obydwie produkcje to Monster Huntery, w związku z czym muszą występować między nimi jakieś podobieństwa.

 

 

jRPG w konwencji anime

 

Najnowszy Monster Hunter to spin-off serii. Pierwsza część wyszła na leciwego już, chociaż nadal popularnego 3DSa, później ukazała się również na systemach Android oraz iOS. W przypadku Wings of Ruin mamy jednak nową historię i bohaterów, w związku z czym nie ma konieczności zabierania się za poprzednika, jeśli do tej pory tego nie zrobiliście. Na pewno byłoby łatwiej wczuć się w klimat, a odkrywanie pewnych podobieństw i zbliżonej mechaniki sprawiałoby wiele frajdy, jednakże nie jest to wymóg. Ja w pierwszą odsłonę nie grałem i w niczym mi to nie przeszkodziło. Zwłaszcza, że jest to typowy jRPG i nie mamy tutaj do czynienia z żadnymi innowacyjnymi rozwiązaniami.

 

 

Tajemnica strażnika wyspy

 

Akcja przenosi nas do wioski Mahan, zamieszkałej przez jeźdźców potworów. Bohaterem, którego losami przyjdzie nam kierować, jest młody chłopak (lub dziewczyna, w zależności, na kogo się zdecydujemy na samym początku), który dopiero uczy się swojego fachu. Posiada jednak coś, co wyróżnia go spośród rówieśników – umiejętność korzystania z tzw. Kinship Stone, czyli kamienia, który umożliwia nawiązywanie relacji z potworami. Nasz protagonista na samym początku swojej kariery wchodzi również w posiadanie tajemniczego jaja, które podobno ma skrywać potężną, legendarną bestię, mogącą zniszczyć świat. Młody jeździec wyrusza więc na ryzykowną i pełną niebezpieczeństw wyprawę, podczas której przyjdzie mu odkryć wiele tajemnic, między innymi związanych z jego osławionym dziadkiem oraz potężnym strażnikiem wyspy.

 

 

Jak wspomniałem, na początku rozgrywki mamy do dyspozycji edytor postaci, który pozwala nam nie tylko na wybór płci głównego bohatera, ale także jego innych cech. Jeśli ktoś lubi bawić się w tego typu rzeczy, to z pewnością ucieszy go obecność takiego narzędzia. Ja raczej nie znajduję w tym przyjemności, więc zwykle po prostu ograniczam się do wyboru płci. Edytować można takie elementy jak kształt twarzy, ust, oczu, głos, fryzura, kolor skóry oraz kilka innych.

 

 

Coś dla młodszych i dla starszych

 

Jedną z pierwszych różnic, jaka rzuca się w oczy po odpaleniu gry, jest styl graficzny, zupełnie inny od głównej serii, przywodzący na myśl The Legend of Zelda: Breath of The Wild lub Ni No Kuni. Prosta kreska i żywe kolory są w stanie przyciągnąć zarówno młodszego, jak i starszego gracza i oboje będą bawić się równie dobrze. Nawiązanie do przygód Linka nie jest tutaj przypadkowe, ponieważ rozległe płaszczyzny, jakie przychodzi nam przemierzać w obydwu produkcjach, są do siebie bardzo podobne. Promieniująca zielenią trawa, drzewa, skały i jeziora cieszą oko w trakcie długich wędrówe. A tych będzie tutaj sporo, ponieważ twórcy zadbali o to, aby mapa była na tyle obszerna, by gracz się nie nudził, jednakże nie do tego stopnia, aby zniechęcić.

 

 

Fabularny Monster Hunter?

 

Całość działa płynnie, chociaż miałem wrażenie, że w Rise ta płynność jest nieco większa, pomimo, że obydwa tytuły działały w około 30 klatkach na sekundę. W Wings of Ruin liczba klatek potrafi czasem spadać do 28-29, ale sięga też w nielicznych przypadkach nawet 37. Odnoszę jednak wrażenie, że w przypadku MHR twórcy bardziej postarali się doszlifować szatę graficzną i optymalizację.

 

 

Kolejną różnicą jest wątek fabularny, który w przypadku Monster Hunter Rise wydawał się być wrzucony dla zasady. Jednakże nie on był tam najważniejszy, a pełna akcji rozgrywka, która polegała na polowaniu na potwory. W przypadku Wings of Ruin fabuła jest dużo mocniej zaakcentowana. Oczywiście nie mamy co liczyć na epicką przygodę rodem z Final Fantasy, ale fani jRPG powinni być zadowoleni. Mamy tutaj dosyć częste przerywniki filmowe, zwroty akcji i ciekawie zarysowane postaci, które budzą sympatię. Nie jest to mistrzostwo, ale jest dobrze.

 

 

Poza kontynuowaniem wątku fabularnego będziemy mogli rozwiązywać także liczne zadania poboczne, które można brać albo z tablicy znajdującej się w centrum wioski, albo bezpośrednio od mieszkańców. Nie są one jednak skomplikowane i zwykle sprowadzają się do upolowania konkretnego potwora po uprzednim wyśledzeniu go. Sama mechanika tropienia naszych celów przypomina tę znaną z Wiedźmina 3: Dziki Gon. Po prostu trzeba iść za śladem, jaki uwidacznia się po użyciu specjalnej lampy. W trakcie gry zawsze znajdzie się coś do zrobienia, w związku z czym raczej nie będziemy się nudzić. W przeważającej mierze zadania polegają na ubiciu jakiegoś większego potwora; często po wszystkim wybieramy z gniazda jajo, z którego później wykluje się nasz potworek. W wyborze pomaga nam nasz gadający koci towarzysz, będący kolejnym urozmaiceniem i elementem rozrywkowym, który ze względu na swoje wyostrzone zmysły jest specjalistą w selekcjonowaniu najwyższej jakości jaj.

 

 

Złap je wszystkie!

 

Jeśli już mowa o potworkach (bo tak określane są te bardziej udomowione okazy), to są one również towarzyszami naszej podróży. Dlatego nie musimy przemierzać tego rozległego świata pieszo, ale mamy możliwość dosiąść stwora i przemieszczać się dużo szybciej. Poza tym pełnią one jeszcze jedną ważną funkcję, mianowicie pomagają nam w walce. Tutaj zauważyć można pewne podobieństwo do niektórych tytułów z serii Pokémon, ponieważ nacisk został położony na budowanie więzi z naszym potworkiem, co skutkuje możliwością wykorzystania nowych umiejętności.

 

 

Następna różnica polega na tym, że, jak już kilkukrotnie w tej recenzji wspominałem, Wings of Ruin to typowa gra jRPG z turową walką. Co prawda w Rise również mieliśmy rozwój postaci (a raczej broni i pancerza), ale była to produkcja nastawiona przede wszystkim na akcję i potyczki z potworami w czasie rzeczywistym. W najnowszej produkcji Capcomu mamy już do czynienia z typowym rozwojem postaci, charakterystycznym dla tego gatunku. Dzięki wygranym bitwom zdobywamy doświadczenie oraz nowe poziomy, co w konsekwencji zapewnia nam wyższe statystyki. Z przeciwnikami mierzymy się turowo, jednakże wprowadzony został specjalny system oparty na grze w „Kamień – nożyczki – papier”. Przed atakiem wybieramy jedną z trzech opcji: siła, szybkość oraz technika. Nasze powodzenie zależy od tego, na jaki typ zdecyduje się nasz przeciwnik. Niestety nie wiem, czy jest to nowe rozwiązanie w tej serii i czy zostało ono zastosowane w pierwszej części, jednakże nie spotkałem się jeszcze z podobnym w innych tego rodzaju produkcjach.

 

 

Dynamizm, wybuchy i fajerwerki

 

Walki prezentują się bardzo dynamicznie; mamy różnego rodzaju efekty i rozbłyski, w związku z czym nie jest monotonnie, mimo że po kilkudziesięciu stoczonych potyczkach każde fajerwerki zaczynają nieco nużyć. Dobrym rozwiązaniem jest natomiast to, że w spotkaniach z o wiele słabszymi przeciwnikami mamy możliwość natychmiastowego zakończenia walki. W przypadku bardziej wymagających pozostaje nam jeszcze możliwość przyspieszenia rozgrywki, co obecnie jest już chyba standardem w tego typu produkcjach.

Dodatkowo mamy do dyspozycji ataki specjalne, drużynowe oraz inne. Wszystko to wpływa na urozmaicenie rozgrywki i muszę przyznać, że jest to jakaś odskocznia od standardowego systemu walki, stosowanego zwykle w turowych grach jRPG. Istnieje również możliwość zmiany rodzaju broni, jak przystało na serię Monster Hunter, jednakże w przeciwieństwie do World i Rise mamy do wyboru nie kilkanaście, ale zaledwie kilka typów oręża.

 

 

Pewną wadą, charakterystyczną dla większości produkcji jRPG, jest konieczność grindowania. Zwykle, aby kontynuować główną historię należy zwiększyć swoje statystyki, ponieważ tylko tak będziemy mogli zmierzyć się z jednym z głównych przeciwników. Moim zdaniem trochę sztucznie przedłuża to rozgrywkę, nie wnosząc do niej nic nowego. I tutaj ukłon w stronę produkcji CD Projekt Red, takich jak wspomniany Wiedźmin 3: Dziki Gon oraz Cyberpunk 2077, gdzie zdobywanie doświadczenia uzależnione było wyłącznie od realizacji zadań głównych i pobocznych. W Wings of Ruin mamy możliwość grindu, ale nie jesteśmy do niego zmuszani. Zwykle wystarczy po prostu zrealizowanie kilku zadań pobocznych, abyśmy byli w stanie ruszyć dalej i stanąć oko w oko z mocniejszymi potworami.

 

Zabawa w Boga

 

Pewnym elementem, przy którym warto się jeszcze zatrzymać, jest wspomniana już możliwość wykluwania potworków z jaj. Początkowo polega to po prostu na znalezieniu jaja, a następnie włączeniu naszego nowego pupila do drużyny. Przy poszukiwaniu bardziej rzadkich jaj trzeba się już niestety bardziej namęczyć. Później natomiast mamy możliwość pobawienia się w bioinżyniera genetycznego, ponieważ będziemy mogli ingerować w cechy szczególne naszych potworków poprzez przenoszenie „genów” jednego stwora oraz tworzenie kombinacji. W konsekwencji umożliwia to nadanie naszemu nowemu pupilowi cech, które normalnie nie występują w jego gatunku.

 

 

Wings of Ruin jest spin-offem głównej serii, jednakże w żadnym wypadku nie należy traktować go jako „fabularnego Monster Huntera”. Jest to gra bardzo dobra i wciągająca, mimo że nie ma w niej nic rewolucyjnego. Często po prostu powiela schematy, jednakże jest to podane w takiej formie, że potrafi wciągnąć na długie godziny. Jeśli nie jesteś fanem serii, a mimo to lubisz jRPG, tytuł powinien ci się spodobać.

 

Cena w eShopie: 249,80 zł

Podziękowania dla Conquest za dostarczenie gry do recenzji.

 


Podsumowanie

Zalety

  • + ładna grafika rodem z anime
  • + rozbudowana mechanika walki
  • + możliwość wykluwania potworków i ingerencji w ich cechy
  • + ciekawa fabuła
  • + duże możliwości eksploracji
  • + polskie napisy

Wady

  • - eksploracja bywa czasem monotonna
  • - framerate spada często poniżej 30
  • - w niektórych momentach historia mogłaby być trochę lepsza

8

Wyświetleń: 1260

Redaktor

Paweł Sępioł

Wyznawca Eris z utęsknieniem czekający na powrót Wielkich Przedwiecznych. Na nowo odkrył miłość do Nintendo, chociaż od wielu lat romansuje jeszcze z PlayStation. Fan planszówek, horroru w każdej formie oraz zombie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *