Hero RecenzjeRecenzja
Hero RecenzjeArtykuł

Port rekina – recenzja gry Maneater

Nietrudno o panikę, gdy zobaczy się w porcie rekina. Ba,…

7 czerwca 2021

Nietrudno o panikę, gdy zobaczy się w porcie rekina. Ba, wszak dziw może ogarnąć tych, co spostrzegli drapieżnika w przybrzeżnych wodach, gdyż stworzenie to ma nieco mniej krwiożerczą naturę, niż głosi to popularne dzieło Spielberga. Podobne zaskoczenie ogarnęło mnie podczas premiery Maneater na Switchu. Czy gra borykająca się z licznymi technicznymi problemami na pozostałych platformach ma prawo w ogóle działać na konsolce Nintendo? Czy może zwyczajnie zabłądziła w nurcie premier i straszy swą brzydotą nieświadomych graczy?

 

 

 

Rekin, jaki jest, każdy widzi

 

Maneater to… ciekawa gra. Nie jest to kolejny symulator zwierzęcia, który ma na celu przybliżyć szerszemu gronu sekrety z życia tytułowych stworzeń. Gdyby porównać tę grę do pewnego gatunku filmowego, a miarą byłby stopień autentyczności, to bliżej by jej było do paradokumentu niż popularnonaukowego programu spod znaku Discovery. I porównanie to nie jest tu wcale przytoczone przypadkiem, gdyż pierwsze minuty gry witają nas fragmentem pseudoprogramu, traktującego o poławiaczach rekinów.

 

Na dzień dobry zetkniemy się z wytykaniem kliszy gatunkowych i drwiną z pseudorealistycznego, telewizyjnego formatu. Gwiazdą programu jest Scaly Petebezwzględny łowca, który stosunkowo szybko nadeptuje na płetwę protagoniście, stając się tym samym jego głównym nemezis. Droga zemsty niestety usłana jest licznymi przeszkodami, a pokonanie ich będzie wymagało od tytułowego Ludożercy odbycia surowej lekcji życia…

 

 

Życia na kilku etapach. Żywot naszego rekinka przyjdzie nam obserwować z perspektywy kilku stadiów jego rozwoju. Zdobywając kolejne poziomy doświadczenia, protagonista będzie rósł w oczach, przybierając na masie i nabywając nowych zdolności, pozwalających mu pokazać, kto rządzi w tych wodach. Podczas zabawy towarzyszyć nam będzie nieustannie komentarz narratora, przywodzący na myśl programy przyrodnicze. Nadaje on komicznego akcentu, rzucając sporadycznie zabawnymi, momentami suchymi i żartobliwymi podsumowaniami akcji na ekranie.

 

 

Na morza dnie

 

Teren, na którym rekinek będzie siał postrach, należy do całkiem dużych. Pozwolono graczowi na swobodną eksplorację od samego początku gry, lecz dostęp do pewnych obszarów uzyskać można dopiero po przekroczeniu odpowiedniego wieku Ludożercy. Elementem uławiającym poruszanie jest zdecydowanie mapa i kompas, które narzucają na ekran odpowiednie znaczniki z dystansem do oznaczonego celu.

 

 

Ze względu na to, że mamy do czynienia z grą o rekinie, rzeczą, której nie można było wykonać na odwal się, była mechanika poruszania się w wodzie; rzecz wyjątkowo trudna. Autorzy – Tripwire Interactive – odwalili kawał dobrej roboty przy opracowywaniu systemu pływania. Pokonywanie kolejnych dystansów pod wodą jest wyjątkowo przyjemne. Wystarczy wcisnąć ZL, a rekin popłynie przed siebie. Wychylając prawy analog – obrócimy kamerę, a wciskając Y – zanurzymy się pod wodę. Proste i satysfakcjonujące. Wszystko spoko; do czasu, aż nie przyjdzie nam stanąć do walki z innym wodnym drapieżnikiem.

 

Podwodne pojedynki są bardzo chaotyczne, mimo że opanowanie podstaw walki nie jest wymagające. Rekin, jak to rekin, może gryźć, strzelić „plaskacza” płetwą lub rozszarpać, gdy jakiś oszołomiony oponent wpadnie mu prosto w szczękę. Ataki, nawet proste i ukryte pod dwoma przyciskami, przegrywają niestety z kamerą, która zachowuje się tak, jakby cierpiała na galeofobię (lęk przed rekinami). Winnym jest tu głównie brak możliwości zablokowania widoku na przeciwniku. Szarżujące (nie wiem, czy można wykonywać ten manewr pod wodą) na nas ryby często znikają z pola widzenia, przez co dodatkowym utrudnieniem w walce jest konieczność ponownego odnalezienia oponenta. Z czasem przyzwyczaiłem się do tego dzikiego i chaotycznego pojedynkowania się, lecz nie ukrywam, że wolałem walczyć na powierzchni.

 

 

Rybki z ferajny

 

Tak, tak, moi drodzy – na powierzchni. Taki trudny żywot wiodą rekiny, co ostrzą swe zęby na ludzi, a homo sapiens nie są skorzy wejść do wody. Wtedy trzeba samodzielnie wyskoczyć na brzeg i wziąć sprawę w swoje… płetwy.

 

 

No, nie ukrywam, że walka poza wodą ogranicza się wyłącznie do wciskania ZR, odpowiedzialnego za „skakanie” i gryzienie, co całkowicie spłyca rozgrywkę, ale nie odbiera jej satysfakcji. Pożeranie ludzi na powierzchni początkowo jest w miarę przyjemną i odstresowującą czynnością (wciskanie ZR), jednak przyczynia się do zyskania popularności wśród lokalnych łowców. Niczym w GTA, każdy atak na człowieka skutkuje wzrostem wskaźnika zagrożenia, który po przekroczeniu krytycznej wartości przyciągnie na polowanie aktualnego lidera łowców rekinów. Walka z nim – podobnie jak z resztą ludzi – nie należy do wymagających i ogranicza się do celnego wyskoczenia z wody oraz chwycenia chojraka swymi krwiożerczymi szczękami.

 

 

Falki z olejem

 

Do gry szybko wkrada się niestety rutyna. Większość oferowanych aktywności w grze sprowadza się do zjedzenia konkretnego gatunku ryby, pokonania drapieżnika i schrupania odpowiedniej ilości ludzi. Autorzy próbowali nieco urozmaicić rozgrywkę za sprawą drobnych ulepszeń i rozwoju naszego rekina, lecz oferowane zmiany nie wnoszą zbyt wiele do rozgrywki.

 

W dosyć mało przystępny sposób został przedstawiony główny wątek fabularny. Podróżujemy w nim od lokacji do lokacji, odkrywamy grotę na nowym terenie, otrzymujemy szereg zadań do wykonania, których większą część przedstawiłem we wcześniejszym akapicie, awansujemy w rozwoju i… powtarzamy ten cykl. Mimo że nowe wody różnią się nieco w topografii, tak niestety zamieszkiwane gatunki ryb w większości są takie same. W pewnym momencie zacząłem współczuć temu biednemu rekinowi. Ilości makreli i sumów, jakie zjadł podczas rozgrywki, były wprost oszałamiające.

 

 

Ze zjedzonych ryb pozyskujemy substancje, które wykorzystać można przy wspomnianych wcześniej ulepszeniach. Niestety nie wnoszą one zbyt wiele do zabawy, przez co głównym przeciwnikiem, z jakim przyjdzie nam się zmierzyć, będzie właśnie rutyna. Nie jest to więc gra na długie wieczory. Dlatego najwięcej czasu spędziłem z Maneaterem na krótkich sesjach w trybie przenośnym.

 

Złota rybka

 

Właśnie dotarliśmy do dania głównego naszej smakowitej recenzji. Czas sprawdzić, jak wygląda i działa Maneater na Switchu. Tak jak wspomniałem – większość czasu z grą spędziłem w trybie przenośnym – i przyznam, że superpłynnie i stabilnie może nie jest, ale też tragedii nie ma. Gra aspiruje do utrzymywania trzydziestu klatek na sekundę i zdarzają się momenty, gdy uzyskuje taki wynik. Przez większość czasu jednak spotkamy się z klatkażem na poziomie 20-29 z dużymi spadkami w dynamicznych momentach. Mam tu na myśli nagłe przyjazdy dużych grup łowców rekinów lub wyjścia na powierzchnie w teren zabudowany.

 

Sytuacje te uwidaczniają graficzne kompromisy. Modele postaci – nawet podczas przerywników – pozbawione są detali i zwyczajnie w świecie… są brzydkie. Nie pokuszę się tu o subtelne porównanie, bo lepiej sami spójrzcie na poniższy zrzut i udajcie się czym prędzej do apteczki, by gazą i plastrem zatamować krwotok z oczu.

 

 

Tak jak spowijający wodę błękit maskuje niedoskonałości dosyć krótkim dystansem rysowania obiektów, tak i niestety na powierzchni nasze oko zostaje skazane na obserwowanie festiwalu brzydoty. Kiepskiej jakości tekstury pokrywające ściany budynków, ludziki sklejone z pikseli widocznych gołym okiem czy jednolity piasek, mimo że odbierają przyjemność z oglądania, to właściwie pozwalają Maneaterowi ruszyć na Switchu. Pojawia się więc pytanie:

 

Po co?

 

Mimo że gra powstała na silniku Unreal Engine 4, to niestety trudno dostrzec w niej jakiekolwiek ślady nowoczesnej technologii. Maneater niestety nie jest produkcją, stworzoną pod wszystkie systemy. Mając z tyłu głowy sytuację z Cyberpunk 2077 i towarzyszące grze premierowe problemy techniczne, spójrzcie na ten zrzut ekranu i oceńcie, czy jest to produkcja zasługująca na wydanie 160 zł (cena z eShopu).

 

 

Moim zdaniem – nie. Dlatego, że nie jest to gra, która projektowana byłaby z myślą o mobilnym graniu. Nie jest to mistrzowska konwersja pokroju Wiedźmina 3 ani produkcja, która porwie serca growych ichtiologów. Jest to zwyczajnie w świecie średni port, który nawiedził wygłodniały rekin i sieje w nim spustoszenie. Gierka do Game Passa? Być może, dlatego też w dzień Switchowej premiery Maneater wylądował również w usłudze Micorsoftu. Jestem pewien, że jest to najwłaściwsze miejsce dla Ludożercy. Takie akwarium w ogrodzie zoologicznym. Kupisz bilet, zobaczysz i powiesz „aha”, po czym przejdziesz do następnego stanowiska.

Cena w eShopie: 160

 

Podziękowania dla Mark Allen PR za dostarczenie gry do recenzji.

 


Podsumowanie

Zalety

  • + przyjemnie popływać rekinem…
  • + … pozjadać makrele i sumy…
  • + … czasami chapnąć tablicę rejestracyjną…
  • + … i śledzić ewolucyjny rozwój naszego rekina

Wady

  • - graficznie nie powala…
  • - …, bo grę wykastrowano z wielu detali…
  • - …a mimo to cierpi na problemy z płynnością
  • - szybko wkrada się rutyna…
  • - …potęgowana przez wtórne zadania wątku fabularnego

5

Wyświetleń: 980

Redaktor

Mikołaj "SynKury" Stryczyński

Legenda głosi, że wykluł się z jaja i od tego czasu pałęta się po świecie, ucząc się języka ludzi. Ze względu na dosyć ubogi system porozumiewania się homo sapiens, preferuje synergiczne doznania komunikacyjne, płynące z gier wideo. Poza tym studiuje, pisze scenariusze, kocha filmy i inne czynności będące czystą synekurą.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *