RecenzjeRecenzja
RecenzjeArtykuł

Whip, kick, BOOM – recenzja Bulletsorm

Pamiętacie jeszcze co robiliście na początku 2011 roku, albo na…

10 września 2019

Pamiętacie jeszcze co robiliście na początku 2011 roku, albo na jaką grę czekaliście pod koniec 2010? Ja, na przykład… nieszczególnie. Ale trzeba przyznać, że twórcy Bulletstorm cyklicznie mi przypominają jeden aspekt – godziny spędzone przy ich grze, poprzedzone miesiącami hype’u. Aby to wam jakoś przybliżyć, macie taki obrazek: mam już setki godzin nabitych na moim X360 grając w Gears of War, kiedy dochodzą mnie słuchy, że teraz twórcy pracują nad czymś nowym, wraz z polskim People Can Fly (którego wtedy kojarzyłem pierwszą odsłoną serii gier Painkiller). Czas mija i pojawia się zwiastun. I to nie byle jaki zwiastun! Nakręcająca muzyka, ilość wulgarnego humoru i absolutnie zbędnej przemocy, którą chyba doścignął wyłącznie film Deadpool lata później, wyjątkowo piękne i kolorowe scenerie, miodny gameplay, wzbudzająca ciekawość mechanika zbierania punktów za finezję w pokonywaniu hord zróżnicowanych wrogów, kopy, strzały, eksplozje, lasso/smycz… Byłem kupiony. Potem gra była kupiona. A potem kupiłem kolejnego pada, bo z dotychczasowego został wiór. A potem, jak w 2017 pojawiła się odnowiona edycja Full Clip – też była kupiona.

 

I wtedy wchodzi ona, cała na Switcha…

 

 

Burn, baby, burn!

 

Po krótkim wstępnie, utrzymanym w dość szybkim tempie, poznajemy motywacje naszego protagonisty, Graysona Hunta, członka grupy specjalnej Dead Echo, do zemsty na swoim byłym pracodawcy, generale Sorrano oraz obalenia jego tyranii. Niestety, używki oraz gniew całkowicie pozbawiają racjonalnego myślenia w kluczowym momencie, a nasza postać doprowadza do katastrofy na nieznanej nam planecie, śmierci większości naszych przyjaciół i rozpoczyna walkę o życie najlepszego przyjaciela, zemstę, odkupienie oraz przetrwanie. Ach, jednocześnie będąc pośrodku wojny plemion zmutowanych mieszkańców planety, oczywiście.

 

 

Mimo pozornego, bardzo banalnego opierania całej akcji wyłącznie na pragnieniu zemsty i krwi, mamy tu bardzo wciągający rozwój głównej postaci, dość interesująco rozwijające się relacje pomiędzy bohaterami oraz kilka zwrotów akcji, których możemy nie przewidzieć dzięki temu, w jakim tempie wszystko się dzieje oraz jakiej wielkości są niektóre rzeczy, które lecą w naszym kierunku.

Warto jak najwcześniej dodać, że „toilet humor” jest nieodłącznym przerywnikiem każdego znaczącego dialogu w grze, więc jeśli wulgaryzmy i brutalność to coś, co odrzuca cię od gier, możesz mieć więcej zastrzeżeń niż ja do stylu, w jakim jest przedstawiana fabuła. Gra ma filtry przekleństw i „flaków”, ale dla mnie obrobione przekleństwa brzmią dość śmiesznie w postawionych sytuacjach, a filtr flaków… Czy jeśli mamy grę, w której są punkty za odstrzelenie komuś torsu strzelbą, to brak widoczności tego nie psuje ciut sedna gry?

 

 

Gra od samego ekranu tytułowego po napisy końcowe absolutnie zachwyca oprawą audiowizualną – lokacje są zróżnicowane, kolorowe i nie sposób oderwać od nich oka. Czy jesteśmy na pustyni, w wieżowcu, w jaskiniach, opuszczonym mieście – nieważne, zawsze jest coś, na czym można zawiesić oko, choćby na widoku z okna lub wodospadzie w oddali. Muzyka bywa filmowa w przerywnikach albo mocniejsza podczas walki, ale zawsze jest dobrze dopasowana do tego, co akurat widzimy.

Bulletstorm został dość ciepło przyjęty zarówno przez krytyków, jak i społeczność graczy, jednak wyniki ze sprzedaży były poniżej oczekiwań twórców, a co za tym idzie – bardzo szybko wyszła na światło dzienne informacja o tym, że nie mamy co liczyć na kontynuacje, co lekko psuje uczucia po zakończeniu pozostawiającym na nie nadzieje. Cała kampania na w trybie normalnym trwa jakieś 7,5 godziny.

 

 

KILL WITH SKILL

 

Nie ukrywajmy – fabuła wciąga i sama w sobie trzyma przy ekranie, ale głównym atrybutem, który podtrzymuje akcję i tempo rozgrywki oraz wybija Bulletstorm od reszty FPSów, jest system nagradzania za bycie niebanalnym w zabijaniu, zwany Superstrzałami (Skillshots). System szalenie prosty i przejrzysty, ale w tej prostocie genialny – walutą w grze, za którą jesteśmy w stanie sobie kupić nowe bronie, amunicję bądź dopalacz do danej pukawki (rodzaj specjalnej amunicji, zmieniającej zachowanie sprzętu i nierzadko moc) są punkty. Punkty zbieramy za zabijanie przeciwników, a im bardziej zróżnicowane i wymyślne nasze podejście do sztuki zabijania będzie, tym bardziej gra doceni nasz trud i przyzna więcej punktów.

 

 

Klasyczny „Headshot”, „Polecony” – czyli zrzucenie przeciwnika z wysokości czy też ‘Akupunktura’ – wrzucenie kogoś na kaktus – da nam więcej punktów, niż klasyczne zastrzelenie na śmierć. Warto dodać, że punktów jest więcej, kiedy zrobimy coś po raz pierwszy, a istnieją superstrzały, które możliwe do wykonania są jedynie na jednej lokacji, jednym typem broni bądź jej dopalaczem – warto zatem kombinować, sprawdzać naszą bazę, a potem dokupywać coraz więcej i więcej zabawek. Aby wrzucanie przeciwników na potencjalne narzędzia zbrodni było łatwiejsze i efektowniejsze, dysponujemy kopniakiem, wślizgiem oraz smyczą, co pozwala nam kolejno odrzucić, przyciągnąć (bądź po wykupieniu dopalacza – podbić do góry) przeciwników i pozostawić ich na kilka sekund w zwolnionym tempie. W skrócie? Jeśli rozrzutność w headshotach zaczyna cię już nudzić i potrzebujesz większego wyzwania – chyba mam coś właśnie dla ciebie!

 

 

I’m not even supposed to be here!

 

No i jest jeszcze on. W tej wersji, patrząc na okładki i ikonkę w eShopie, grający pierwsze skrzypce. Książę gier wideo – Duke Nukem. Nie ukrywam – mimo, że dodatek Duke Nukem Tour jest dostępny na innych platformach, to nigdy nie zostaliśmy sobie formalnie przedstawieni, więc po zainstalowaniu gry to była pierwsza rzecz, którą chciałem zobaczyć. Zacznijmy od tego, czym ten dodatek faktycznie jest, gdyż – jak wspomniałem – nie sposób nie zauważyć znajomej twarzy na wszelkich grafikach promujących grę i pewnie wielu z was to trapi, ile tak naprawdę Księcia w Duke of Switch. A więc śpieszę z odpowiedzią: nie jest to nic innego, jak podmianka dialogów, głosu i tekstur naszego protagonisty, Graysona, na Duke’a Nukem. Tylko tyle. I chciałbym teraz powiedzieć, że jest to specjalny tryb, w którym przechodzimy grę jako Duke, ale ciężko by mi było spojrzeć w lustro po napisaniu takiego zdania. Używając starego, dobrego testu kaczki – jeśli model Duke’a rusza ustami w cutscenkach do linii Graysona, rusza się jak Grayson, wszyscy go traktują jakby był Graysonem, a większość czasu używa tych samych dialogów, co Grayson (mimo że swoim głosem) – to jest Graysonem. Ale, żeby być fair – kiedy nie kopiuje Graysona i nie kopie dup, to nawiązuje do gumy, albo jaj ze stali. Jego ciągłe powtarzanie, że nie powinien tutaj być, poprawianie wszystkich, kiedy mówią do niego per Gray czy też lekko zbłąkane w tonie dopytywanie się ‘Kogo?’, gdy pada tekst, że musimy uratować Ishiego, jest dość zabawne na początku, ale szybko mnie znudziło. I muszę przyznać, że miałem déjà vu do Duke Nukem: Forever – spodziewałem się więcej i mogę winić jedynie siebie. Na szczęście ta zawartość to zaledwie dodatek do całości, która wypada świetnie, a to wszystko trzyma się kupy lepiej, niż wspomniana powyżej ostatnia odsłona serii o naszej maskotce branży.

 

 

Wszystko super, ale co na to Switch?

Gra, moim skromnym zdaniem, wygląda naprawdę świetnie. Zróżnicowane i świetnie dopracowane scenerie – pustynia, wodospad, dolina, opuszczone i lekko zarośnięte miasto, jaskinia, wrak statku kosmicznego, większy wrak większego statku kosmicznego – zawsze były miłe dla mojego oka i wersja na Switcha wygląda niesamowicie. Jest to chyba jeden z ładniejszych portów na tę konsolę, jakie dane mi było zobaczyć. Przez cały czas, gdy Switch piastował rolę w stacji dokującej, gra chodziła w płynnych 30 klatkach i dopiero korzystając z jego przenośnej formy odczułem ich lekki spadek, ale nic na tyle rażącego, bym choćby się zniechęcił, bądź też kwestionował swe umiejętności. Jedynie raz widziałem, że tekstury nie dogoniły reszty podczas cutscenki, kilka razy natrafiłem na bugi, ale pewnie to jest coś, co zostanie poprawione w przyszłości, a i one nie przeszkadzały w rozgrywce.

 

 

Na początku troszkę ciężko mi było w trybie przenośnym obsługiwać kamerę i moja celność drastycznie przyjęła przesiadkę z 49 cali na 5, ale po pół godzinie nie miałem już na co narzekać. O ile moja rekomendacja to stacja dokująca, to kontynuowałem zabawę w łóżku do 2 w nocy, pełny zaangażowania, co jest chyba najlepszą reklamą. A przestałem wyłącznie dlatego, że bateria padała – gra strasznie ją zużywa, więc miejcie ładowarkę pod ręką, jeśli też jesteście często winni własnemu niewyspaniu. Podczas jazdy pociągiem, z powyższego powodu, raczej odpalę coś innego.

Ze śmiesznych mankamentów – i czuję się trochę, jakbym wymieniał problemy pierwszego świata – wibracje potrafią przeszkadzać. W scenach, gdzie dużo się dzieje (tak, jak kiedy uciekamy przed wielkim kołem), słyszę buczenie kontrolera/konsoli, na tyle donośne, że nie da się o tym nie myśleć. Słuchawki pewnie załatwią problem… chyba, że nie chcesz obudzić kogoś w tym samym pokoju – wtedy lepiej wyłączyć wibracje w ustawieniach konsoli.

 

 

Na koniec warto wspomnieć, że Bulletstorm nie korzysta z żyroskopu – czytałem wiele komentarzy niezadowolenia na Reddicie przy każdym porcie na Switch, który tego nie ma, ale dla mnie osobiście nie jest to funkcja potrzebna do szczęścia w tej grze.

Skoro już jesteśmy w temacie braków – wersja na Switcha pozbawiona jest dwóch trybów, które były dostępne w oryginalnej i remasterowanej, a są nimi ‘Echa’ oraz multiplayer . O ile nigdy nie byłem fanem multi (a temu, jak multi wyglądało w Bulletstorm, też się oberwało swego czasu za bycie bardzo okrojonym), to Echa znacząco przedłużały zabawę o kilka godzin, gdy mogliśmy walczyć o 3 gwiazdki na danych poziomach. Dość klasyczny tryb „mając te bronie, zdobądź tyle punktów na tym odcinku” w tej grze był dobrym pomysłem i nie rozumiem, czemu ktoś uznał, że na Switchu się nie przyda.

 

 

Violence that cannot be denied!

 

Nie oszukujmy się – Bulletstorm jest świetny i przez te wszystkie lata się nie postarzał, pozostając szalenie wciągający i grywalny, a tu dostajemy go z jeszcze ładniejszą grafiką. Jeśli po obejrzeniu kilku zwiastunów i przeczytaniu powyższego wydaje ci się, że to jest dla ciebie, to się nie zawiedziesz. Akcja, której tempo przypomina chyba wyłącznie najnowszą odsłonę Doom, przeplata się z bardzo wciągającą fabułą, niebywałymi lokacjami, oryginalnym systemem punktowania, idealnie pasującą muzyką, masą nieodpowiednich żartów i z brutalnością, która jeszcze lata temu za żadne skarby nie trafiłaby na jakąkolwiek konsolę Nintendo. Jeśli miałeś już przyjemność przechodzić oryginał – jedyne, co tu znajdziesz, to nowsze tekstury i Duke Nukem, kosztem braku innych trybów. Wydana 2 lata temu edycja Full Clip ma dodatkowo 60 klatek na sekundę (co jest przyjemne w FPSach), wszystkie tryby oraz Duke’a jako płatne DLC.

 

 

Jeśli jest to jednak twoja pierwsza styczność z Bulletstorm  – zdecydowanie zachęcam do przeżycia tej hardkorowej przygody w poszukiwaniu zemsty i odkupienia w skórze Graysona Hunta, bo grając już n-ty raz, bawiłem się równie dobrze, co lata temu. Port zachwyca graficznie, mechanika się nie starzeje, a i niektóre żarty rozbawiły na nowo. Mimo braku dodatkowych trybów – w kategorii FPS na Switcha w dobrej cenie? Warto.

 

Podziękowania dla Gearbox Software za dostarczenie gry do recenzji.

 


Podsumowanie

Zalety

  • + fabuła i akcja jak w filmie za grube miliony
  • + polska wersja językowa
  • + Superstrzały
  • + śliczna grafika i lokacje
  • + dobra muzyka w każdym momencie
  • + gasi pragnienie wulgarnego humoru
  • + wciąż lepszy Duke Nukem niż Duke Nukem Forever

Wady

  • - brak trybu multiplayer
  • - dodatek Duke Nukem mógł być lepszy
  • - mało!

7.5

Wyświetleń: 600

Redaktor

Patryk "PaGur" Gurgul

PaGur, posiadacz 10 konsol, basista-amator, fan whiskey, muzyki i gier.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *