Hero RecenzjeRecenzja
Hero RecenzjeArtykuł

Wybór niemożliwego – recenzja Bioshock: The Collection

Mam na imię Mikołaj i jestem tu, by zadać wam…

8 czerwca 2020

Mam na imię Mikołaj i jestem tu, by zadać wam pytanie: czy człowiek może oczekiwać wysokiej jakości gier w niskiej cenie? „Nie”, mówi człowiek w Nintendo. „Cena to wyznacznik jakości”. „Nie”, mówi człowiek w Ubisoft. „Cena to wyznacznik skali otwartego świata”. „Nie”, mówi człowiek w Game Freak. „Cena to wyznacznik kompromisu”. Odrzuciłem te odpowiedzi. Zamiast nich wybrałem coś innego. Wybrałem to, co niemożliwe. Wybrałem… recenzję Bioshock: The Collection.

 

 

Duży tatuś – duży problem

 

Recenzowanie zbiorczego wydania Bioshock: The Collection można potraktować jak rzucenie się na głęboką wodę; co w przypadku serii o podwodnym mieście nabiera również dosłownego znaczenia. Mamy tu do czynienia ze swoistym Opus Magnum survival horroru, grą legendą, która podniosła poprzeczkę medium, stając się obiektem dyskusji wśród miłośników wirtualnej rozrywki, ale również laików, nierozróżniających Call of Duty od Fortnite. Dlatego też, gdy trafiła mi się okazja zrecenzować serię, w której zakochałem się trzynaście lat temu, chwilowa radość i podniecenie przerodziły się w lęk przed wielkością zadania, z jakim przyszło mi się zmierzyć.

 

O każdej z części mógłbym pisać godzinami, analizując najdrobniejszy element rozgrywki, opowieści oraz konstrukcji poziomów, ale nie o to chyba chodzi w recenzji portu na przenośną konsolę. Szczególnie, że o tym, jak bardzo dobra jest to seria, dowiedzieć się można było już na przestrzeni ostatnich trzynastu lat. Wydaniu tych gier na Switchu przyświecała jednak idea poszerzenia grona odbiorców o miłośników grania mobilnego oraz tych, którzy dotychczas mieli okazję odwiedzić Rapture i Columbię wyłącznie przy pomocy internetowych „Let’s Play’ów”. Dlatego też zdecydowałem się ocenić, czy podołano temu zadaniu i jakiej jakości port zaserwowano nowym graczom, bo o samą jakość rozgrywki na szczęście martwić się nie trzeba. Jeżeli jesteście w gorącej wodzie kąpani, to pragnę was uprzedzić, że Bioshock: The Collection w wydaniu na Switcha jest wydaniem dobrym, ale nie doskonałym.

 

 

 

Bioshock – woda to płyn

 

Zremasterowana pierwsza część serii Bioshock nie tylko jest doskonałą okazją do rozpoczęcia przygody w 2020 roku, ale również wydaje się smakowitym kąskiem dla fanów. Z myślą o starych wyjadaczach przygotowano szereg dodatków, pokazujących między innymi kulisy powstania serii. Przyjdzie nam odwiedzić muzeum z niewykorzystanymi modelami postaci lub posłuchać wywiadów z twórcami, opowiadającymi nieznane dotychczas historie o procesie twórczym pierwszej i trzeciej części. Jeżeli jesteście fanami materiałów dodatkowych dołączanych do filmowych wydań Blu-ray, to powinniście czuć się usatysfakcjonowani. Filmiki te ukryte są w formie znajdziek, więc dodatkowo powinno to rozbudzić chęć do ponownego odwiedzenia Rapture.

 

 

A naprawdę warto skusić się na powtórną podróż. Pierwszą część Bioshocka przeszedłem pięć razy, jednak nie odbierało mi to chęci do ponownego przeżycia przygody Jacka (główny bohater). Szczególnie, że po latach oglądanie podwodnego Rapture, skąpanego w odrobinę podrasowanym oświetleniu, w dalszym ciągu dostarcza tych samych emocji, przeszytych nutką zagrożenia i niepewności. Przechadzając się ponownie po tych trzynastu latach zniszczonymi uliczkami miasta Andrew Ryana, trudno nie poczuć przyjemnego powiewu nostalgii, która ma w zwyczaju zniekształcać rzeczywisty odbiór gry. Cóż… w przypadku portu pierwszego Bioshocka, gdy odsunie się warstwę sentymentu, trudno poczuć, że gra się faktycznie na Switchu. Tytuł w trybie zadokowanym wyświetlany jest w dynamicznej rozdzielczości 1080p, natomiast w mobilnym – 720p. Na mniejszym ekranie konsoli niższa rozdziałka daje sobie radę, ukrywając odrobinę rozmazane tło oraz widocznie poszarpane krawędzie elementów na pierwszym planie. Odniosłem jednak wrażenie, że wyświetlany obraz jest ciemniejszy niż w poprzednich wydaniach; nie jest to jednak wada, bo mroczniejsza paleta barw wraz z soczystą czernią dodatkowo budują klimat grozy.

 

 

Minimalne niedociągnięcia graficzne w przypadku pierwszego Bioshocka nie psują odbioru gry, gdyż towarzyszyły serii od samego początku. W trakcie jednego z wywiadów (z przytoczonych wcześniej materiałów dodatkowych) autorzy sami przyznali, że początkowo dysponowali wyłącznie kilkoma modelami postaci, co wymusiło na nich pójście na kilka graficznych kompromisów. Dlatego też większość napotkanych bohaterów nosi maski, zasłaniające ich jednakowe, szkaradne twarze. Sztuka ukrywania niedoskonałości graficznych oraz ograniczeń silnika towarzyszyła serii od samego początku.

 

Bioshock 2 – woda w dalszym ciągu jest płynem

 

Pójście na wiele ustępstw było nieuniknione podczas przenoszenia całkiem nieźle wyglądającej, lecz wiekowej już serii na konsolę, bądź co bądź – przenośną. Odpowiedzialne za port Virtuos Games stanęło na wysokości zdania, czego owocem jest nie tylko wyglądający przyzwoicie produkt, ale i co najważniejsze – bardzo dobrze działający. Z tej okazji, że miałem okazję grać w Bioshocka na PlayStation 3, to nie wspominam tego czasu za dobrze; strasznie niestabilny framerate i stosunkowo niska rozdzielczość odbierały znaczną część zabawy. Dlatego też pozytywnie się zaskoczyłem, gdy gra na Switchu, nawet w dynamicznych scenach, utrzymywała częstotliwość wyświetlanego obrazu na poziomie trzydziestu klatek. Fakt, ten sam „remaster” działa na PS4 Pro i Xbox One X w sześćdziesięciu FPSach, ale bądźmy poważni.

 

Uruchamiając Bioshock 2, zauważyć można minimalne odstępstwo od mrocznej, ciemnej palety barw z wyraźną dominacją cieni na rzecz kolorowych akcentów, nadających wyraźnego kontrastu zwiedzanemu miastu. Minimalne wizualne fajerwerki wpłynęły jednak na jakość wyświetlanego obrazu, który w drugiej części jest bardziej ziarnisty. Wydaje mi się, że jest to zasługa dynamicznej rozdzielczości, starającej się za wszelką cenę utrzymać rozgrywkę na zadanym poziomie trzydziestu klatek. Zabieg ten początkowo przeszkadzał mi podczas gry w trybie zadokowanym, jednak po przesiadce na mobilną rozgrywkę mniejszy ekran zdecydowanie rekompensował graficzne kompromisy.

 

 

Zdarzyło mi się natrafić na kilka błędów, które towarzyszyły mi już niestety przez całą grę. Podczas krótkiej scenki śmierci w pierwszej części regularnie zapadałem się pod tekstury; nie był to rażący błąd, ale wybijał z immersji. Najdziwniejszym „problemem” drugiej części jest usunięcie z menu głównego zakładki z opcjami. Oznacza to, że jakichkolwiek zmian możemy dokonać wyłącznie w trakcie rozgrywki. Co ciekawe, w „oryginalnym” wydaniu steamowym menu główne wyposażone było w brakujące „opcje”. Być może to żart ze strony twórców, zgodny z ideologią pierwszego Bioshocka? Jednak grafika i materiały zza kulis to nie wszystkie udogodnienia Bioshock: The Collection.

 

Bioshock: Infinite – powietrze też jest płynem

 

Zgodnie z panującymi trendami, od drugiej części serii spotkać się można z fabularnymi dodatkami, które w domyśle nie mają tylko wydoić z fanów więcej pieniędzy, ale przede wszystkim rozbudować historię świata. Przyznam, że do fanów DLC nie należę i nadrabiam je dopiero podczas zbiorczych wydań „GOTY”. Pod względem dodatkowej rozgrywki najbardziej rozbudowana jest ostatnia część, Bioshock: Infinite. I niestety – obszerna zawartość dodatkowa jest jedyną zaletą najmłodszego z Bioshocków, gdyż pod innymi aspektami wypada nie najlepiej na tle starszych braci.

 

 

W dużej mierze jest to spowodowane odmiennym stylem graficznym, stawiającym na otwarte przestrzenie oraz realistyczne oświetlenie, w jeszcze większym stopniu podsycając kolory barwnym obiektom. Bardziej rozbudowane lokacje oraz jasna paleta barw wystawiają na światło dzienne większość niedociągnięć graficznych, które w poprzednich częściach były bardzo dobrze maskowane cieniem oraz oceanicznymi wodami, rozmywającymi dalsze tło. W trzeciej odsłonie starano się skorzystać z podobnej techniki kryjącej, wykorzystując mgłę i gęste chmury. Ograniczają one znacznie dystans i pole widzenia, jednocześnie utrudniając wykrywanie przeciwników w dynamicznych sekcjach walki. Finalny efekt nie prezentuje się jednak tak dobrze jak w pozostałych odsłonach. Należałoby jeszcze wspomnieć, że HUD w trzeciej części wydaje się odrobinę za mały. Informacje o stanie zdrowia, portfela oraz napisy, prawdopodobnie nie zostały przeskalowane do wyższej rozdzielczości w trybie zadokowanym.

 

 

Bioshock: Infinite odstaje od poprzedników pod względem jakości wizualnej, lecz wady te rekompensuje znacznie bogatszą zawartością. Dwuczęściowy dodatek Burial at Sea rozbudowujący świat Infinite stanowi doskonałe urozmaicenie całego uniwersum, a próby czasowe z likwidacją przeciwników są dobrą odskocznią od fabularnego zawrotu głowy. Dodatkiem fabularnym wzbogacona jest również druga część. Odrobinę odsunięta od świata Minerva’s Den w ogólnym rozrachunku prezentuje się znacznie lepiej od podstawki. Polecam.

 

Bioshock – mechanika płynów

 

Najbardziej zastanawia mnie brak zaimplementowania specjalnych funkcji, dedykowanych Switchowi. Wiele gier pierwszoosobowych oferuje możliwość sterowania kamerą z wykorzystaniem żyroskopu w Joy-Conach lub korzysta w niektórych miejscach z ekranu dotykowego. W przypadku Bioshock: The Collection niestety nie zaimplementowano żadnego z wymienionych udogodnień. A szkoda, bo odnoszę wrażenie, że gdyby w sekcjach „hakerskich” z pierwszej części (łączenie rur) wykorzystać ekran dotykowy, to etapy te jedynie zyskałyby na atrakcyjności. Dodatkowo dziwi brak sterownia ruchowego; szczególnie, że Borderlands Legendary Collection, które również ukazało się ostatnio na Switchu, oferuje tę opcję. Dlaczego? Cóż… odpowiedzią wydają się być chyba pieniądze. A skoro o nich mowa…

 

 

Udzielenie odpowiedzi na pytanie „Czy warto tego Bioshocka kupić?” nie jest jednoznaczne, gdyż uzależnione jest od kilku czynników: ceny oraz zajmowanego miejsca na dysku. Jak w wielu przypadkach można śmiało stwierdzić, że „cena nie gra roli”, gdy mowa o Bioshock: The Collection, naprawdę trudno nie oceniać tego produktu przez pryzmat kwoty, jaką za nią zaśpiewano. 209 zł w eShopie za pakiet trzech części lub 79 zł za każdą kupowaną osobno wydaje się ździebko przesadzone. Jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że w aktualnej promocji ten sam pakiet można kupić na PS4 za 39 zł, to opcja kupienia wersji na Switcha stoi pod znakiem zapytania. Szczególnie, że nie zagramy we wszystkie części bez zaopatrzenia się w dodatkową kartę pamięci. Mimo kartridża w pudełkowym wydaniu gra dociąga dodatkowo 31 GB. 31 GB! Jeżeli więc chcielibyście zagrać we wszystkie części, to do ceny gry należy doliczyć również kartę pamięci.

 

Byłbyś łaskaw zagrać w tę grę?

 

Drogo? Odrobinę. Czy warto? Dla samych gier – zdecydowanie. Bioshock: The Collection oferuje kompletne i przepełnione po brzegi zawartością wydanie tytułów, które mimo trzynastu lat obecności na rynku w dalszym ciągu udowadniają swoją wysoką pozycję lidera wśród survival horrorów. Virtuos Games odwaliło kawał dobrej roboty serwując dopracowaną od strony technicznej produkcję, dając tym samym okazję do zabrania ze sobą Bioshocka w podróż. Odnoszę jednak wrażenie, że mobilność jest jedynym argumentem przemawiającym za zakupem tego wydania. Widmo zapłaty horrendalnej kwoty za pakiet, który na innych platformach bez promocji kosztuje około 110 zł jest odrobine przesadzone. Jeżeli nie grałeś nigdy w Bioshocka lub chciałbyś odświeżyć sobie historię z Rapture i Columbii, to bierz w ciemno wersję na Switcha, jeżeli oczywiście cena dla ciebie nie gra roli i dysponujesz wolnymi 31 GB pamięci na karcie.

 

 

Jak zwykle w przypadku zbiorczego wydania, na końcu podaję oceny składowe każdej części z osobna. Ocena końcowa jest zaokrągloną średnią pomniejszych not.

 

Bioshock Remastered: 9/10

Bioshock 2 Remastered: 7/10

Bioshock Infinite: The Complete Edition: 7/10

 

Cena w eShopie:

  • Bioshock: The Collection: 209 zł
  • Cena jednej części: 79 zł

 

Podziękowania dla Cenega S.A. za dostarczenie gry do recenzji.

 


Podsumowanie

Zalety

  • + bogata zawartość dodatkowa
  • + stabilny framerate
  • + oprawa graficzna
  • + trzy dobre gry w pakiecie

Wady

  • - brak wykorzystania dodatkowych funkcji konsoli
  • - wysoka cena
  • - drobne bugi (brak opcji w menu głównym Bioshock 2)

8

Wyświetleń: 1794

Redaktor

Mikołaj "Syn Kury" Stryczyński

Legenda głosi, że wykluł się z jaja i od tego czasu pałęta się po świecie, ucząc się języka ludzi. Ze względu na dosyć ubogi system porozumiewania się homo sapiens, preferuje synergiczne doznania komunikacyjne, płynące z gier wideo. Poza tym studiuje, pisze scenariusze, kocha filmy i inne czynności będące czystą synekurą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *