Przez moje ręce przewinęły się dziesiątki kontrolerów. Z reguły schemat jest ten sam: wyciągam z pudełka kolejny, perfekcyjnie wygładzony plastikowy pad, sprawdzam początkowo wszystkie funkcje kontrolera po czym rzucam go w wir intensywnej rozgrywki. Wszystko po to, żeby upewnić się, jak sprawdza się w akcji, zanim w ogóle pomyślę o pisaniu tekstu. Ale gdy kurier przyniósł mi paczkę z PB Tails Metal CRUSH Defender TMR, poczułem, że trzymam w rękach coś z zupełnie innej bajki. To sprzęt tak absurdalnie ciężki, surowy i industrialny, że początkowo aż trudno uwierzyć, że służy do grania. Musiałem odłożyć na bok moją recenzencką checklistę wymagań i po prostu dać się porwać temu niesamowitemu klimatowi. Zabrałem go na długie testy w środowisku Switcha 2. Przed Wami recenzja kontrolera, który udowadnia, że w projektowaniu akcesoriów dla graczy wciąż jest miejsce na totalne szaleństwo.

Design prosto z Borderlands, czyli tona żelastwa w dłoniach
Zacznijmy od tego, co bezlitośnie uderza w oczy od pierwszych sekund po otwarciu pudełka. Ten pad to wizualny majstersztyk, a co najważniejsze: każdy egzemplarz jest absolutnie jedyny w swoim rodzaju. Obudowa została w całości wykonana z zimnego stopu cynku w kolorze żółtym, a wszystkie znajdujące się na niej „uszkodzenia” tj. mikroskopijne wgniecenia, głębokie rysy, deformacje i rdzawe plamy są wykonywane całkowicie ręcznie. Dzięki takiemu rzemieślniczemu podejściu macie 100% pewności, że nikt na świecie nie ma identycznego pada. Daje to niesamowity, brudny vibe rodem z serii Fallout, Metro czy Borderlands. Zamiast lśniącego plastiku, dostajecie artefakt z historią.
Sama bryła kontrolera (pomijając układ przycisków znany z Xboksa) skrywa w sobie jeszcze jedną niespodziankę. Jej kształt był inspirowany… klasycznym samochodem Porsche 550 Spyder. Gładkie, metalowe krzywizny i charakterystyczne, idealnie okrągłe wcięcia na analogi przypominające reflektory auta tworzą spójną, choć ekscentryczną całość. Przedni panel to tzw. MagCase. Działa tak, że trzyma się na silnych magnesach, co ma kluczowe znaczenie przy szybkiej personalizacji, o czym za chwilę.

Trzeba jednak przygotować się na potężny szok fizyczny, bo pad jest absurdalnie ciężki. Waży niemal 355 gramów (jeszcze więcej z metalowymi analogami!), co w zestawieniu chociażby z oryginalnym Pro Controllerem robi gigantyczną różnicę. Z jednej strony potęguje to wrażenie obcowania ze sprzętem wyjątkowym, z drugiej po kilku godzinach grania Wasze nadgarstki mogą wołać o litość. Metalowa obudowa ma jednak genialny wpływ na immersję. Silniki wibracyjne dają głębokie, rezonujące i potężne wibracje. Kiedy gracie w platformówki pokroju Mario Wonder, każdy skok i uderzenie nabiera fizycznego ciężaru. Podobnie sytuacja wygląda w przypadku wyścigówek, bo odpalając GRID Autosport, każda nierówność toru, ryk silnika i tarcie opon o asfalt przenoszą się na dłonie z niesamowitą, wręcz namacalną mocą.
Na wielkie brawa zasługuje też ergonomia plecków. W wielu padach tekstura dla palców kończy się gdzieś w połowie rączek. Tutaj mamy głębokie żłobienia, które ciągną się po samiusieńkie triggery, co zapewnia zaskakująco pewny i naturalny chwyt, niwelując uczucie zmęczenia.
Co znajdziemy w zestawie?
Skoro płacimy za sprzęt klasy wyższej, warto sprawdzić, co producent dorzuca do kartonu. A jest tego całkiem sporo i na szczęście nie ma tu mowy o bieda-zestawach. Poza samym kontrolerem, w pudełku znajdziemy świetnej jakości, dedykowane twarde etui, które idealnie sprawdza się w podróży, chroniąc nasz metalowy sprzęt. Ponadto dostajemy odbiornik bezprzewodowy (dongle) USB-A 2.4 GHz do gry na PC/konsola z najniższymi opóźnieniami, solidny kabel USB-C do USB-A służący do ładowania i przewodowego grania, instrukcję obsługi orazm co jest tutaj największym bajerem dodatkowy komplet w pełni metalowych nakładek na analogi. Zestaw jest kompletny i od razu gotowy do akcji.
TMR i dwa oblicza analogów (Czarne vs Metalowe)
Sercem układu sterowania są analogi oparte na technologii TMR (Tunneling Magnetoresistance) dostarczanej przez firmę K-Silver. Choć technologia ta wywoływała opad szczęki głównie na przełomie 2024/2025 roku, dziś jest już niezwykle pożądanym standardem w kontrolerach z wyższej półki. Co różni ją od zwykłego Hall Effect? TMR potrafi zarejestrować nawet 10-krotnie więcej pozycji na osi! Oznacza to całkowitą odporność na dryfowanie, gigantyczną rozdzielczość odczytu i szybkość odpytywania dobijającą na PC do 1000 Hz. Gałki są niesamowicie precyzyjne, co wybitnie czuć podczas powolnego, filmowego obracania kamery, chociażby w grach narracyjnych czy przy nagrywaniu materiałów wideo.

W kwestii samych grzybków producent poszedł po rozum do głowy. Pad przychodzi do nas z fabrycznie zamontowanymi, standardowymi czarnymi analogami, które są bardzo wygodne i zapewniają świetny grip podczas normalnego, intensywnego grania. Jednak w dołączonym do zestawu twardym etui znajdziemy opcjonalne, w pełni metalowe, kopułowe grzybki.
Ich wymiana jest mega prosta i zajmuje dosłownie 20 sekund roboty. Ściągamy frontowy panel trzymający się na magnesach, wyciągamy czarne analogi, wciskamy metalowe i gotowe. Trzeba jednak wiedzieć jedno: z metalowymi grzybkami kontroler staje się jeszcze cięższy, a one same są okrutnie śliskie. Gdy kciuki zaczynały się pocić podczas wymiany ognia w Cyberpunku, zjeżdżały z metalu błyskawicznie. O ile wizualnie metalowe analogi robią piorunujące wrażenie na fotkach czy na półce kolekcjonera, tak do hardkorowego łupania zdecydowanie polecam zostać przy domyślnych, czarnych drążkach.
Przyciski: Metaliczna radość i… piszczące triggery
Przyciski funkcyjne (ABXY) to mały majstersztyk. Są one w całości metalowe, a symbole nie zostały na nich nadrukowane, lecz wygrawerowane. Wciska się je rewelacyjnie, dają wyrazisty, mechaniczny klik przypominający klasycznego DualShocka 4 przelanego w metal. Trzeba jednak przyznać, że ze względu na swoją wagę, nie są one tak responsywne jak mikrostyki w padach stricte e-sportowych. Przyciski w PB Tails dają uczucie obcowania z ciężką maszynerią.

Triggery (LT/RT) działają liniowo i również pozostają przyjemnie chłodne w dotyku. Klikają z ogromnym autorytetem, jednak cierpią na pewną irytującą przypadłość. Przy bardzo gwałtownym puszczaniu spustu uwalnia się specyficzny, sprężynujący, „piszczący” dźwięk. W sprzęcie z tej półki cenowej taki detal potrafi zirytować gracza.

Łączność: Switch, PC i przełącznik S/X
Na dolnej krawędzi (między bumperami) ukryto mały, ale fizyczny suwak trybów „S” oraz „X”. Skupmy się na parowaniu z konsolą Nintendo Switch / Switch 2.
Aby połączyć się z naszą hybrydową konsolą, przełączamy suwak w pozycję „S”. Mamy dwie opcje. Pierwsza to klasyczny Bluetooth: wchodzimy w menu kontrolerów na Switchu, przytrzymujemy przycisk parowania na padzie przez 3 sekundy (dioda zacznie szybko migać na czerwono) i po chwili sprzęt wibruje, będąc gotowym do gry. Druga opcja to dołączony do zestawu świetny dongle USB na pasmo 2.4 GHz, który zapewnia najniższe możliwe opóźnienia, idealne do szybkich gier akcji.
Skoro omówiliśmy Switcha, czas na komputery PC. Tutaj kontroler błyszczy swoją elastycznością. Jeśli wolicie klasyczne połączenie przewodowe (plug & play), wystarczy wpiąć kabel. System sam rozpozna sprzęt w zależności od tego, jak ustawicie suwak. Jeżeli na „X” będzie widziany jako pad od Xboksa, a na „S” jako Pro Controller.
Z kolei granie bezprzewodowe po Bluetooth z Windowsem to czysta przyjemność. Upewniamy się, że mamy włączony Bluetooth w komputerze, przesuwamy suwak na pozycję „X” i trzymamy przycisk parowania przez 3 sekundy (tylna dioda zacznie szybko migać na zielono). W systemie klikamy „Dodaj urządzenie” i wybieramy z listy „XBOX Wireless Controller”. Pad lekko zawibruje i gotowe. Co ciekawe, na PC możemy go sparować również z suwakiem na „S” (dioda też miga na zielono). Wtedy Windows rozpozna go po prostu jako „Pro Controller”. Szybko, intuicyjnie i bez konieczności zabawy z zewnętrznymi programami.

I tutaj pojawia się mały, logistyczny zgrzyt: szkoda, że producent nie dorzucił do pudełka prostego adaptera z USB-A na USB-C. Bez niego „gwizdek” wepniecie tylko do stacji dokującej. Grając w trybie przenośnym (tabletop) lub z laptopem posiadającym tylko wejścia USB-C, jesteście skazani na łączność Bluetooth. Przełączenie suwaka na pozycję „X” dedykowane jest z kolei środowisku Xbox/PC (jako protokół XINPUT).

Konfiguracja lat 90. i sprzętowe braki
Przy tak kosmicznie zaawansowanym wnętrzu aż dziw bierze, że PB Tails nie pokusiło się o stworzenie żadnej, najprostszej dedykowanej aplikacji towarzyszącej (ani na PC, ani na smartfony). Wszelka konfiguracja odbywa się staroszkolnie, z poziomu pada. Chcecie zmienić kolor podświetlenia RGB na dolnym pasku? Musicie przytrzymać przycisk „T” i wychylać odpowiednio lewy analog, aż traficie w swój ulubiony odcień. Należy też bardzo uważać na wspomniany przycisk „T” (Turbo), który znajduje się on na froncie w takim miejscu, że w ferworze walki nierzadko wciśniemy go przypadkiem, aktywując karabin maszynowy z pojedynczego przycisku.

Ustalmy to też bardzo jasno: ten pad to standardowa bryła bez absolutnie żadnych dodatkowych przycisków na pleckach (łopatek), co dzisiaj jest standardem i w tej cenie ich brak mocno uwiera. Dodatkowo użytkownicy Switcha 2 odczują bolesne braki typowo „Nintendowych” funkcji:
-
Brak czytnika NFC: Pożegnajcie się ze skanowaniem figurek amiibo.
-
Brak wybudzania konsoli: By odpalić Nintendo Switch 2, musicie leniwie podnieść się z kanapy i wcisnąć przycisk zasilania na samej konsoli (co akurat jest standardem u 95% padów firm trzecich). Warto zaznaczyć, że pad wybudza pierwszego Switcha bez problemy. Otrzymałem informację, że producent pracuje nad dodaniem tej funkcji także dla NS2.
-
Brak gniazda słuchawkowego: Nie wepniecie swoich ulubionych słuchawek na kablu Jack 3.5 mm.
- Brak przycisku „C”: Nie uświadczycie dedykowanego guzika do nowej obsługi Switch 2 GameChat.
Mieszane uczucia budzi też bateria o pojemności 860 mAh. Producent deklaruje, że po pełnym naładowaniu pozwala ona na około 10 godzin bezprzewodowej zabawy. Na tle oryginalnego Switch Pro Controllera (bijącego rekordy powyżej 40 godzin), Metal CRUSH wypada tutaj co najwyżej przeciętnie.

Przeglądając zagraniczne recenzje czy wątki na Reddicie z okolic premiery, można było natknąć się na narzekania dotyczące kalibracji martwych stref czy specyficznego zachowania triggerów. Tutaj jednak ogromny plus dla PB Tails. Producent posłuchał graczy, wziął się ostro do roboty i wyeliminował te niedogodności kolejnymi łatkami oprogramowania. Egzemplarz, który otrzymałem do testów, był już zaktualizowany i nie napotkałem w nim na żaden z wymienianych wcześniej problemów sprzętowych. Kupując pada teraz, najpewniej wyciągniecie z pudełka w pełni zoptymalizowany sprzęt. Jeśli jednak zdecydujecie się na zakup z drugiej ręki lub traficie na jakiegoś „leżaka magazynowego”, miejcie to na uwadze: przed rozpoczęciem gry koniecznie podłączcie go kablem do PC i zaktualizujcie firmware ze strony producenta.
Porozmawiajmy o cenie, czyli czy warto?
Zostawiłem tę kwestię na koniec, bo jest ona absolutnie kluczowa do ostatecznej oceny. Zacznijmy od dostępności, która jest mocno ograniczona. Na ten moment kontrolera próżno szukać w polskich elektromarketach czy rodzimych sklepach internetowych. Zakupu dokonamy tak naprawdę wyłącznie przez oficjalną stronę producenta. PB Tails Metal CRUSH Defender TMR został tam wyceniony na 109,99 dolarów, do czego doliczyć trzeba około 10 dolarów za wysyłkę. Całość zamyka się w kwocie 120 dolarów, co po przeliczeniu daje nam ostateczną cenę w okolicach 435 złotych.

Bądźmy szczerzy, to nie jest mało. Za taką kwotę bez problemu kupicie świetne, naszpikowane łopatkami, e-sportowymi funkcjami i mikrostykami konstrukcje od PowerA, 8BitDo czy samego Nintendo. Ale czy ten pad jest przez to źle wyceniony? Absolutnie nie.
Musicie pamiętać, za co tu płacicie. Nie płacicie za masowo odlewaną, wtryskową bryłę z taniego plastiku, wypluwaną przez maszynę w tysiącach sztuk na godzinę. Płacicie za solidny stop cynku. Płacicie za potężne, rzemieślnicze wykonanie, gdzie, przypominam po raz kolejny, każda rysa, rdza czy wgniecenie na obudowie są nanoszone i przecierane ręcznie przez człowieka. To proces powolny i kosztowny. Płacicie za unikalny artefakt z limitowanym vibe’em, w zestawie z twardym case’em, metalowymi guzikami i precyzyjną, odporną na drift technologią TMR. W dobie plastikowej elektroniki to rzadkość, za którą warto dopłacić.
Werdykt ostateczny
PB Tails Metal CRUSH Defender TMR to sprzęt pełen skrajnych sprzeczności. Jeśli szukacie lekkiego, e-sportowego pada z konfigurowalnymi łopatkami na pleckach, czytnikiem amiibo i baterią na miesiąc grania – uciekajcie od niego, to nie ten adres. Odbijecie się od jego wagi i ograniczeń.
Jeśli jednak kochacie gadżety, fascynuje Was postapokaliptyczny styl i pragniecie trzymać w dłoniach ciężkie, zimne, ręcznie wykończone dzieło sztuki ze świetnymi analogami, które nigdy nie zaczną dryfować – ten kontroler sprawi Wam nieprawdopodobną radość. Eksploracja pustkowi w Falloucie, wczuwanie się w gęsty klimat Metro czy po prostu ogrywanie relaksujących platformówek nabierają z nim zupełnie nowego, „ciężkiego” wymiaru. To genialny, niszowy sprzęt, stworzony dla bardzo konkretnego, świadomego gracza, który szuka czegoś więcej niż tylko narzędzia do wbijania leveli.
Nasza ocena: 7/10
Kontroler możecie zakupić TUTAJ.
Podziękowania dla PT Tails za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego pada Metal Crush Defender TMR.
