„Wprowadź trochę zabawy do codziennego życia!” – tak brzmi oficjalne hasło reklamowe najnowszego gadżetu od Nintendo, czyli Talking Flower wyjętego prosto z gry Super Mario Bros. Wonder. Według obietnic producenta ten mały kwiatek ma rozjaśnić nasz dzień, rzucać zabawnymi tekstami i dotrzymywać nam towarzystwa. Jak to wygląda w rzeczywistości? Cóż… powiedzmy, że u mnie wylądował w kącie po niespełna tygodniu.
Rozgadany, ale czy potrzebny?
Z założenia gadżet ma być wirtualnym towarzyszem. Kwiatek losowo, co kilkanaście lub kilkadziesiąt minut, rzuca w przestrzeń zdaniami w stylu „I’m here!” czy „What are you doing?”. Na początku może to i wywołuje uśmiech, ale szybko staje się po prostu irytujące. Oprócz tego urządzenie co godzinę informuje nas o aktualnym czasie (np. 10 a.m., 6 p.m.) i – jak twierdzi producent – potrafi skomentować temperaturę otoczenia (niestety nie uświadczyłem tego) czy poinformować o niskim poziomie baterii (wymaga dwóch paluszków AA).
Kwiatek działa w wyznaczonych przez nas ramach czasowych. Ustawiamy mu porę „zaśnięcia” (wtedy grzecznie mówi jakąś kwetsię w stylu „goodnight”) oraz pobudki. I tu pojawia się ogromny zgrzyt.

Budzik, który nie budzi
Ustalenie godziny rozpoczęcia działania ma w teorii pełnić funkcję budzika. Niestety, w moim przypadku ten „ficzer” kompletnie poległ. Ani razu nie udało mu się mnie obudzić, mimo że ustawiłem go 10 minut przed moim standardowym budzikiem w telefonie. Wiem, że funkcja w ogóle działa, tylko dlatego, że pewnego dnia obudziłem się przed czasem i usłyszałem, że kwiatek coś tam cicho pod nosem brzęczy. Jeśli szukacie niezawodnego budzika, omijajcie ten sprzęt szerokim łukiem.
Brak języka polskiego to gwóźdź do trumny
Nintendo oddało do naszej dyspozycji kilkanaście języków. Kwiatek potrafi mówić po angielsku, niemiecku, francusku, hiszpańsku, włosku, holendersku, portugalsku, japońsku, chińsku i koreańsku. (Ciekawostka: czasami gadżet potrafi rzucić tekstem w innym języku niż ten, który mu ustawiliśmy).
Niestety, brakuje tu języka polskiego. Biorąc pod uwagę charakter urządzenia, uważam to za główny gwóźdź do trumny na naszym rynku. Żarty i zaczepki tracą połowę swojego uroku, gdy nie są wypowiadane w naszym ojczystym języku.

Konstrukcja i sterowanie
Pod kątem obsługi jest dość prosto. Na górze znajdziemy jeden główny przycisk:
-
Pojedyncze kliknięcie: kwiatek rzuca losowym tekstem.
-
Kilkukrotne kliknięcie: kwiatek krzyczy „Wonderrr!” i zaczyna grać muzyczka z gry.
-
Dłuższe przytrzymanie: urządzenie przechodzi w tryb ciszy (quiet time), co jest zbawieniem, gdy mamy go serdecznie dość.
Na spodzie ukryto trzy przyciski: jeden do zmiany języka oraz dwa do regulacji głośności. To właśnie one służą również do nieco uciążliwego wprowadzania godziny podczas pierwszej instalacji.

Gada do ściany i psuje seanse
Największym absurdem jest jednak to, że kwiatek jest po prostu… głupi w swojej powtarzalności. Aż prosiłoby się o wbudowanie najprostszego sensora obecności. Sprawdziłem to osobiście – gadżet potrafi radośnie nadawać do pustego pokoju, gdy w ogóle nie ma nas w domu. Co gorsza, kompletnie nie szanuje naszego wolnego czasu. Siedzisz skupiony, oglądasz wciągający serial, a ten nagle z uśmiechem wyskakuje z głośnym „Have you had lunch yet?”. Brakuje tu jakiegoś czujnika dźwięku lub ruchu, który wyłapywałby, że jesteśmy czymś zajęci, i z automatu przełączałby urządzenie w tryb silent. Zamiast tego, w najlepszym momencie filmu musisz wstawać i uciszać go ręcznie.
Werdykt: Gadżet tylko dla najwierniejszych fanów
Ciężko mi ten sprzęt komukolwiek zarekomendować. Ogólnie uważam ten gadżet za kompletnie niepotrzebny. Może służyć jako ozdoba na biurku czy półce w „jaskini gracza”, ale powiedzmy sobie szczerze – wizualnie również nie jest to żadne arcydzieło. U mnie Talking Flower pogadał przez tydzień, po czym miałem go serdecznie dosyć ja, jak i moja partnerka. Zabawka, która miała bawić, okazała się po prostu męcząca.