RecenzjeRecenzja
RecenzjeArtykuł

Agent anomalii w akcji – recenzja gry Digimon Story: Time Stranger (Nintendo Switch 2)

Konkurencja wśród gier opartych na łapaniu i pomaganiu w rozwoju…

10 sierpnia 2026

Konkurencja wśród gier opartych na łapaniu i pomaganiu w rozwoju stworzeń z roku na rok robi się coraz większa. Pokémony nie są już jedyną serią, która próbuje przyciągnąć fanów tego typu rozgrywki. Digimon Story: Time Stranger również rzuca rękawicę gigantowi Nintendo, choć podąża przy tym własną drogą. Mroczniejsza historia i bardziej rozbudowane mechaniki wyraźnie odróżniają tę produkcję od przygód kieszonkowych potworów. Nie oznacza to jednak, że każdy pomysł sprawdza się równie dobrze. Czy wyprawa w świat Digimonów faktycznie jest warta naszego czasu? Pora się przekonać!

 

 

Niebezpieczeństwo zagrażające światu

 

Historia rozpoczyna się od wcielenia w agenta organizacji ADAMAS. Jej zadaniem jest badanie tajemniczych anomalii pojawiających się w Tokio, które mają związek z Digimonami. Sytuacja szybko się komplikuje, a nasza postać zostaje przeniesiona o osiem lat w przeszłość. Próbując zrozumieć, co właściwie się wydarzyło i dlaczego, poznajemy kilka kluczowych postaci. Z częścią z nich nawiązujemy bliższe relacje, a szczególnie ważną rolę odgrywa humanoidalny Digimon o imieniu Aegiomon. Wszystko sprowadza się do jednego celu – powstrzymania katastrofy związanej z anomaliami wpływającymi na bieg czasu. Brzmi jak sporo obowiązków jak na jednego agenta, prawda?

Oprócz zwiedzania „prawdziwego świata” trafimy również do Iliadu – krainy tętniącej cyfrowym życiem i zamieszkiwanej przez Digimony. Można ją potraktować jako swego rodzaju alternatywny wymiar, choć rządzi się własnymi prawami. Nie jest tam jednak spokojnie. Tytani dążą do inwazji i zemsty na pozostałych regionach cyfrowego świata, a my szybko zostajemy wciągnięci w sam środek konfliktu. Oczywiście próbujemy pokrzyżować ich plany i jednocześnie zrozumieć, jak wszystko łączy się z wydarzeniami w Tokio. Pod powierzchnią kryje się znacznie więcej tajemnic i zwrotów akcji. Nie będę jednak uchylał rąbka tajemnicy, bo odkrywanie kolejnych elementów tej układanki stanowi ważną część zabawy.

 

 

Sama fabuła potrzebuje sporo czasu, żeby naprawdę się rozkręcić. Pierwsze długie godziny nie wywołały u mnie większego efektu „wow”. Dopiero po około 20 godzinach historia zaczęła angażować mnie znacznie mocniej. Trochę rozczarowało mnie więc tempo opowieści, choć z drugiej strony jest ona prowadzona całkiem przyzwoicie. Gorzej wypadają momenty, w których gra po raz kolejny przypomina nam o nadciągającej zagładzie świata. Podobnie jest z tłumaczeniem dość oczywistych relacji naszej postaci z pozostałymi bohaterami. Digimon Story: Time Stranger czasami zwyczajnie nie wie, kiedy przestać tłumaczyć rzeczy, które gracz już dawno zrozumiał.

Digimon Story: Time Stranger potrafi jednak skutecznie wciągnąć za sprawą licznych scen fabularnych i dialogów. Problem w tym, że ich udźwiękowienie jest bardzo nierówne. Jeszcze jestem w stanie zrozumieć brak głosów w mniej istotnych misjach pobocznych. Trudniej zaakceptować sytuację, w której jedna rozmowa jest w pełni udźwiękowiona, a kilkanaście sekund później kolejna ogranicza się do „gołego” tekstu. Może brzmi to uszczypliwie, ale kompletnie nie podobało mi się takie rozwiązanie. Do tego dochodzą opcje dialogowe, które sprawiają wrażenie pozornego wyboru i ostatecznie niewiele zmieniają. To ja się pytam – po co właściwie dawać mi wybór? Wisienką na torcie pozostaje niemy bohater, co zapewne miało zwiększać poczucie immersji. Rozumiem ten pomysł, ale w moim przypadku efekt jest dokładnie odwrotny – zamiast wczuwać się w protagonistę, jeszcze mocniej odczuwam jego brak charakteru.

 

 

Zdigitalizuj je wszystkie!

 

Przyszedł czas na crème de la crème Digimon Story: Time Stranger, czyli całą mechaniczną otoczkę zabawy. Digimony pozyskujemy poprzez konwersję danych pokonanych przeciwników. Nie ma tutaj klasycznego łapania osłabionego stworzenia. Zamiast tego musimy odpowiednio często mierzyć się z danym Digimonem, aby zwiększać postęp jego konwersji. Po osiągnięciu 100% możemy już stworzyć własnego osobnika. Warto jednak uzbroić się w cierpliwość i dobić do 200%, ponieważ otrzymamy wtedy Digimona z lepszymi statystykami bazowymi. W zależności od konkretnego stworzenia może to oznaczać trochę grindu. Krótko mówiąc – chcesz lepszego Digimona, musisz sobie na niego zapracować.

Na tym kombinowanie dopiero się zaczyna. Poszczególne Digimony mają własne typy, a także mocne i słabe strony. Do tego dochodzą zależności między atrybutami stworzeń oraz żywiołami wykorzystywanych umiejętności. Kombinacji jest sporo, dlatego stworzenie dobrze zbalansowanej drużyny ma ogromne znaczenie podczas trudniejszych starć. Szczególnie spodobało mi się to, że gra zachęca do regularnego zmieniania jej składu pod konkretnego przeciwnika. Odpowiednie wykorzystanie odporności może uchronić nas przed otrzymaniem nawet poczwórnych obrażeń. Z kolei źle przygotowany zespół potrafi szybko dostać po głowie. Przy bossach odpowiednia kompozycja drużyny potrafi więc zrobić ogromną różnicę.

 

 

 

Doktorat z Digimonów

 

W trakcie zabawy możemy również wpływać na osobowość Digimonów, która przekłada się na rozwój ich statystyk. Dochodzą do tego więź oraz talent, dające kolejne możliwości min-maxowania naszych podopiecznych. Jeśli ktoś lubi wyciskać ze swojej drużyny ostatnie punkty statystyk, zdecydowanie będzie miał tutaj co robić. Osiągnięcie wymarzonego rezultatu oznacza jednak sporo czasu spędzonego w menu i planowania kolejnych ruchów. Na wyższych poziomach trudności znajomość tych systemów staje się szczególnie istotna. Nie wystarczy więc wybrać kilku ulubionych Digimonów i bez zastanowienia ruszyć nimi do walki. Gra wyraźnie nagradza tych, którzy chcą zagłębić się w jej mechaniczne bebechy.

Po osiągnięciu odpowiednich wymagań możemy przeprowadzić digiewolucję. Nie jesteśmy jednak skazani na podążanie wyłącznie w jednym kierunku. Dostępna jest również de-digiewolucja, dzięki której możemy cofnąć rozwój stworzenia i dalej pracować nad jego statystykami. Znaczenie ma przy tym między innymi poziom więzi, pozwalający zachować część wcześniejszego rozwoju. Możliwości jest tak wiele, że sam potrafiłem zgubić się w tym, co właściwie chciałem osiągnąć. Zacząłem nawet prowadzić własne notatki, żeby łatwiej planować rozwój poszczególnych Digimonów. Nie pomaga również interfejs, ponieważ potrzebne informacje nie zawsze znajdują się w jednym miejscu. Nieraz przeskakiwałem między ekranami menu tylko po to, żeby sprawdzić działanie konkretnej osobowości. Hodowanie idealnego Digimona potrafi więc przypominać mały projekt badawczy.

Co ważne, sami decydujemy, kiedy chcemy przeprowadzić digiewolucję. Nasze stworzenia mają jednak maksymalny możliwy poziom, którego nie można całkowicie ignorować. Limit możemy zwiększać między innymi poprzez de-digiewolucję oraz rozwijanie talentu. Równolegle zdobywamy umiejętności agenta, zapewniające kolejne korzyści dla naszej drużyny. Możemy w ten sposób poprawiać statystyki, obniżać wymagania digiewolucji czy przyspieszać zdobywanie doświadczenia. Rozwój ten jest dodatkowo powiązany z osobowościami, więc rozsądnie jest wcześniej obrać konkretny kierunek. Na początku liczba dostępnych możliwości potrafiła mnie przytłoczyć i wraz z postępami wcale nie miałem poczucia, że decyzji robi się mniej. Każdy kolejny Digimon oznaczał następne pytanie: w którą stronę właściwie chcę go rozwijać? I przyznam, że nieraz był to naprawdę twardy orzech do zgryzienia.

 

 

Digimony do boju!

 

Nie obędzie się oczywiście bez walk, które rozgrywane są w systemie turowym. Nasza drużyna składa się z trzech aktywnych Digimonów oraz kolejnych trzech znajdujących się w rezerwie. Możemy je swobodnie wymieniać podczas swojej tury i dostosowywać skład do aktualnej sytuacji. W trakcie fabuły dołączają do nas również gościnne Digimony, zapewniające dodatkowe wsparcie w potyczkach. Niestety starcia ze zwykłymi przeciwnikami szybko zaczynają nużyć. W większości przypadków nie widziałem większego sensu w ręcznym wydawaniu poleceń i po prostu korzystałem z automatycznej walki. Szczególnie daje się to we znaki podczas grindu związanego z rozwijaniem drużyny lub konwertowaniem kolejnych Digimonów. Całe szczęście, że twórcy pozwalają pięciokrotnie przyspieszyć przebieg potyczek, bo bez tego można byłoby zwyczajnie zasnąć na krześle.

Walka z bossami to natomiast zupełnie inna bajka. Przeciwnicy ci mają własny pasek zdrowia, specjalne umiejętności oraz konkretne odporności i słabości. Właśnie podczas tych starć bawiłem się zdecydowanie najlepiej. Po przegranej trzeba ruszyć makówką, przeanalizować błędy i odpowiednio przebudować drużynę. Warto przy tym zapisywać, na co konkretny boss jest odporny lub szczególnie wrażliwy. Niestety gra nie zachowuje odkrytych przez nas informacji, więc po raz kolejny przydaje się osobisty notatnik. Sama trudność wynika przede wszystkim z konieczności opracowania odpowiedniej strategii i kontrowania specjalnych umiejętności przeciwnika. Grind oraz dobre przygotowanie idą tutaj w parze, ponieważ pozwalają ograniczyć negatywne efekty nakładane przez wroga. W razie porażki możemy na szczęście wrócić do momentu sprzed starcia, przebudować drużynę i spróbować ponownie.

To właśnie starcia z bossami uratowały walkę przed totalną anihilacją. Za każdym razem czekałem na kolejną większą potyczkę, ponieważ zmuszała mnie do faktycznego wykorzystania możliwości mojej drużyny. Zwykli przeciwnicy stawali się przy nich jedynie wypełniaczem pomiędzy ważniejszymi wydarzeniami. Tym bardziej szkoda, że podstawowe starcia nie wymagają podobnego zaangażowania. System ma przecież wystarczająco dużo głębi, żeby regularnie wystawiać naszą wiedzę na próbę. Zamiast tego przez sporą część czasu wystarczy włączyć automatyczną walkę i obserwować jej rezultat. Bossowie pokazują więc najlepszą stronę systemu, którego potencjał w zwykłych potyczkach pozostaje w dużej mierze niewykorzystany.

 

 

Cyfrowy świat w 60 klatkach

 

Muszę przyznać, że świat zbudowany w Digimon Story: Time Stranger prezentuje się naprawdę dobrze. Lokacje są bogate w detale i podczas eksploracji zdecydowanie jest na czym zawiesić oko. Efekty wizualne również potrafią cieszyć, a modele postaci są wyraźne i dobrze komponują się z otoczeniem. Nie wszystko trzyma jednak równie wysoki poziom. Tekstury niektórych elementów tła wyraźnie odstają jakością od reszty oprawy. Nie psuje to ogólnego wrażenia, ale takie niedociągnięcia potrafią rzucić się w oczy. Mimo wszystko pod względem wizualnym cyfrowe światy mają swój charakter i przyjemnie się je przemierza.

Na Nintendo Switch 2 otrzymujemy do wyboru dwa tryby działania gry. Pierwszy stawia na wyższą jakość obrazu i rozdzielczość kosztem płynności, ograniczając rozgrywkę do 30 klatek na sekundę. Niestety szybko przekonałem się, że nie jest to opcja dla mnie. Zdecydowanie bardziej przypadł mi do gustu tryb wydajności oferujący 60 klatek na sekundę kosztem części wizualnych korzyści. Różnicę odczuwałem zarówno podczas przemierzania lokacji, jak i prowadzenia potyczek. Sporadyczne spadki płynności zauważyłem właściwie tylko w większych lokacjach, ale nie wpływały one negatywnie na mój odbiór rozgrywki. Na plus wypadają również krótkie czasy ładowania, przez które rzadko musiałem czekać na powrót do zabawy. W moim przypadku wybór między ładniejszym obrazem a większą płynnością był więc wyjątkowo prosty – biorę 60 klatek.

 

 

Nie samą fabułą agent żyje

 

Oprócz głównej historii Digimon Story: Time Stranger oferuje również sporo aktywności pobocznych. Wykonujemy dodatkowe misje, które pomagają zwiększać poziom naszego agenta. Ma to spore znaczenie, ponieważ jego rozwój jest powiązany z możliwościami ewolucji Digimonów. Same zadania zazwyczaj nie należą jednak do szczególnie skomplikowanych. Większość można wykonać stosunkowo szybko, o ile wiemy, gdzie i czego należy szukać. Osobiście nie przywiązałem się do żadnego z pobocznych wątków na tyle, żeby koniecznie zobaczyć wszystkie. Jeśli nagroda za wykonanie zadania mnie nie interesowała, zazwyczaj po prostu ruszałem dalej. W moim przypadku aktywności poboczne były więc bardziej dodatkiem wspomagającym rozwój, niż powodem do dokładnego czyszczenia mapy.

Opcjonalną aktywnością jest również prowadzenie tak zwanej Digi-farmy. Możemy pozostawiać tam swoje Digimony i wysyłać je na treningi, aby poprawiać ich statystyki oraz rozwijać więź. Cały proces wymaga trochę czasu, więc nie należy oczekiwać natychmiastowych rezultatów. Farma nabiera jednak większego znaczenia, kiedy zaczynamy poważniej podchodzić do optymalizacji drużyny. Szczególnie dobrze współgra więc z rozbudowanymi mechanikami rozwoju opisanymi wcześniej. Dla osób zainteresowanych min-maxowaniem swoich podopiecznych jest to bardzo przydatne narzędzie. Doktorat z Digimonów przecież sam się nie zrobi.

 

 

Czy te Digimony są warte czasu?

 

Summa summarum Digimon Story: Time Stranger okazało się dla mnie bardzo dobrym jRPG. Fabularnie gra prezentuje się przyzwoicie, choć potrzebuje sporo czasu, żeby naprawdę się rozkręcić. Jej największą siłą pozostają jednak rozbudowane mechaniki. Pozyskiwanie i rozwijanie Digimonów daje ogromne pole do eksperymentowania, a wymagające starcia z bossami potrafią dobrze wykorzystać potencjał tych systemów. To wszystko tworzy bardzo mocny fundament i pokazuje, że Time Stranger nie musi być kolejną wariacją na temat Pokémonów. Digimony z powodzeniem podążają tutaj własną drogą.

Nieco mniej zapadła mi w pamięć oprawa dźwiękowa. Muzyka spełnia swoje zadanie, a do aktorstwa głosowego trudno mieć większe zastrzeżenia. Problem w tym, że po kilkudziesięciu godzinach nie potrafię wskazać utworu, który szczególnie utkwił mi w głowie. Samo udźwiękowienie dialogów również pozostaje nierówne, o czym wspominałem wcześniej. Raz otrzymujemy pełne aktorstwo głosowe, żeby chwilę później zostać wyłącznie z tekstem. Nie nazwałbym więc oprawy dźwiękowej słabą – po prostu na tle znacznie ciekawszych mechanik trudno uznać ją za jeden z powodów, dla których zapamiętam tę przygodę.

Z Digimon Story: Time Stranger spokojnie można spędzić kilkadziesiąt godzin, szczególnie jeśli wciągnie nas budowanie i optymalizowanie własnej drużyny. Nie uważam się za eksperta od tego gatunku, ale nawet z mojej perspektywy potencjał drzemiący w tych wszystkich systemach jest ogromny. Gra ma swoje problemy: powolny początek, monotonny grind czy zwykłe walki, które szybko oddałem w ręce automatu. Mimo to regularnie znajdowałem powody, żeby wracać, rozwijać kolejne Digimony i sprawdzać nowe pomysły w starciach z bossami. Ostatecznie właśnie to liczy się dla mnie najbardziej. Po kilkudziesięciu godzinach, stercie notatek i niemal doktoracie z Digimonów liczy się przecież jedno – dobra zabawa.

 

Cena w eShopie: 299.00 zł

Podziękowania dla Cenega za dostarczenie gry do recenzji.

 


Podsumowanie

Zalety

  • + bardzo rozbudowany system rozwoju Digimonów
  • + świetne walki z bossami wymagające przygotowania i odpowiedniej strategii
  • + typy, odporności i słabości mają realne znaczenie podczas trudniejszych starć
  • + przyjemna i bogata wizualnie oprawa świata
  • + tryb 60 FPS na Nintendo Switch 2
  • + krótkie czasy ładowania
  • + dużo zawartości dla osób lubiących rozwijać i kolekcjonować Digimony

Wady

  • - fabuła potrzebuje około 20 godzin, żeby naprawdę nabrać tempa
  • - monotonne zwykłe walki i grind zachęcają do częstego korzystania z automatu
  • - nierówne udźwiękowienie dialogów, niemy protagonista i pozorne wybory
  • - rozbudowane mechaniki potrafią przytłoczyć, a interfejs nie zawsze pomaga w ich zrozumieniu
  • - brak polskiej wersji językowej

8.5

Wyświetleń: 614

Redaktor

Damian "Dadaista" Filipkiewicz

Z zamiłowaniem śledzę wszystkie informacje i pogrywam różne produkcje na Nintendo Switch, PC oraz PlayStation. Nie mam ulubionego gatunku gier, a przez te lata przewinęły się dziesiątki, z którymi świetnie się bawiłem. Zręcznościówki, strzelanki, karcianki, strategie, RPG'i, bijatyki, horrory nie są mi straszne. Na co dzień pracuję jako programista. Lubię kawę z mlekiem, a moim spirit animal jest Gengar.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *