RecenzjeRecenzja
RecenzjeArtykuł

Bo czasem dobrze być złym – recenzja Carrion

Horror to gatunek filmowy, który kocham całym sercem mimo bolesnej…

2 września 2020

Horror to gatunek filmowy, który kocham całym sercem mimo bolesnej świadomości wszelkich jego wad. Najważniejszym chyba jego minusem jest sztampowość – ile to razy mamy do czynienia z grupką nastolatków odwiedzających chatkę w lesie/opuszczony szpital psychiatryczny/katakumby? Z “growym” horrorem też nie jest wcale lepiej, bo poza kilkoma chlubnymi wyjątkami sprowadzają się one głównie do strzelania do potworów lub, w najlepszym razie, do uciekania przed nimi. Jednak Carrion warszawskiego Phobia Game Studio postanowił postawić horrorowe “klisze” na głowie i zaserwować nam danie, które mimo padliny w nazwie jest całkiem smaczne.

 

Pełzająca śmierć

 

Czym więc właściwie jest Carrion? Jak grę opisują sami jej twórcy, jest to “odwrócony horror”. Zamiast wcielić się w bohatera próbującego zwalczyć nadprzyrodzone zagrożenie czy też kryć się przed nim po kątach, mamy szansę sami stać się potworem. Jako tytułowa “padlina” będziemy pełzać przez przewody wentylacyjne, wyrywać biednym naukowcom ręce i inne części ciała oraz siać generalny postrach. Jest brutalnie, jest krwawo, jest strasznie. I o to właśnie chodzi w horrorze.

 

 

Śmiertelny arsenał

 

Zanim jednak staniemy się niepokonaną maszyną do zabijania, nasze początki są raczej skromne. Udaje się nam wydostać z izolatki w stacji badawczej Relith Science jako mała, przemykająca w cieniu kupka mięsa, macek i zębów, której wystarczy kilka kulek z pistoletu, żeby dokonać swego marnego żywota. Jesteśmy osłabieni po tym, jak naukowcy badający potwora wydzielili z niego DNA i badają je w różnych miejscach kompleksu badawczego. Gra skonstruowana jest w dość podobny sposób jak popularne Metroidvanie –  choć brakuje tu pewnych znanych z tego gatunku elementów, jak np. mapy. Jeśli chcemy uciec z placówki, będziemy musieli znaleźć pojemniki z naszym materiałem genetycznym, co umożliwi nam przemianę w ogromnego potwora, ale też odzyskanie utraconych umiejętności. A jest co odzyskiwać, bo nasza “padlinka” stopniowo zdobywa coraz szerszy asortyment zabójczych zdolności – po pewnym czasie do naszej dyspozycji będą niewidzialność, rzucanie przypominających Spidermana pajęczyn, które rozbijają przeciwników o ściany, kolczasty pancerz, harpuny, na które można nabijać nieszczęsnych naukowców… Moja ulubiona jest jednak chyba kontrola umysłu, która pozwala nam przejąć władzę nad jednym z pracowników Relith.

 

 

Walka o przetrwanie…

 

Bardzo dobrze, że mamy do swojej dyspozycji taki arsenał, bo nasz potworek mimo przerażającego wyglądu potrafi być dość kruchy. Na początku gry kilku żołnierzy z pistoletami może bardzo szybko zamienić go w prawdziwą padlinę, a dalej sprawy komplikują się jeszcze bardziej – zdesperowani zarządcy stacji badawczej rzucają w naszą stronę żołdaków uzbrojonych w miotacze ognia i tarcze, drony czy nawet mechy – dlatego też nie obejdzie się bez dobrej znajomości naszych umiejętności. Walka jest dla mnie zarówno największą zaletą, jak i wadą Carrion. Jest ona niezwykle brutalna; co chwilę rozrywamy tu przeciwników na strzępy lub miażdżymy ich naszymi potężnymi szczękami, co daje sporo satysfakcji. Niestety nasze potyczki z ludzkością zwykle są dosyć proste, a nawet jeśli przegramy, to nigdy nie tracimy więcej niż minutę lub dwie rozgrywki. Trochę szkoda, bo nieco bardziej wyśrubowany poziom trudności mógłby podnieść adrenalinę i zaakcentować horrorowe zacięcie tytułu od warszawiaków.

 

 

…przez niezbyt wygodne sterowanie

 

Jednocześnie jednak prawie każda potyczka to jeden wielki chaos. To głównie zasługa systemu sterowania, który, choć nieźle wygląda na papierze, niezbyt dobrze sprawdza się przy szybkich starciach. Lewą gałką sterujemy ciałem potwora, a prawą jego macką, pozwalającą na chwytanie przeciwników i np. rzucanie nimi o sufit. Niemal w każdej walce jednak miałem problemy z trafieniem mackami w odpowiednie miejsce i złapanie wrogów w moje szpony. Jest to o tyle frustrujące, że jak na pozaziemskiego potwora, Carrion bardzo szybko traci życie pod ostrzałem – liczy się każda sekunda. Również przemieszczanie się po tunelach i kanałach placówki Relith Science bywa czasem utrudnione – wszystko działa świetnie, póki potwór jest “kompaktowy”, ale kiedy urośnie do sporych rozmiarów, zdarza mu się nie trafić w odpowiednie rozwidlenie lub rozciągnąć się na zbyt dużą długość, utrudniając nawigację.

 

 

Sprytna bestia

 

Oprócz walk i eksploracji Carrion oferuje nam też coś, czego w sumie w grze o rozrywaniu ciał na strzępy się nie spodziewałem – zagadki logiczne. Na swojej drodze, podobnie jak w Metroidvaniach, napotkamy początkowo sporo blokujących dalszy postęp elementów. Jednak po zdobyciu wspomnianych wyżej umiejętności możemy je wykorzystać także do odblokowania nowych dróg eksploracji. Przykładowo, jedna z sekwencji DNA, które możemy dołączyć do naszego stwora, pozwala mu zmieniać się w wodzie w rój obślizgłych robali, które przepłyną przez nawet najmniejszy otwór. Nie da się tego zrobić w sposób bezmyślny – wiele miejsc placówki badawczej to prawdziwe zagadki, które wymagają kombinacji wielu metod, żeby przedostać się dalej. Czasem będziemy musieli też “zrzucić masę” – im większy potwór, tym potężniejsze umiejętności są dla niego dostępne, ale zastępują one te wcześniejsze. Dlatego nieraz trzeba zostawić część “mięsa” w specjalnym kokonie w jednym z wielu miejsc zalanych wodą, co pozwala nam użyć innych skilli. Ten proces akurat bywa nieco irytujący i chyba służy głównie przedłużeniu rozgrywki. Może to i dobrze, bo nawet z tym zabiegiem gra zajmie wytrawnemu graczowi nie więcej niż 4 czy 5 godzin.

 

 

Zabójcze piękno

 

Mówiąc o Carrion, nie wypada też nie wspomnieć o grafice. Muszę przyznać, że dla mnie -konesera pixelartu – to prawdziwa gratka. Statyczne screenshoty kompletnie tego nie oddają, ale gra w akcji wygląda po prostu świetnie. Największe wrażenie robi nasze monstrum – to, jak pełza przez korytarze, wyciąga macki po ludzi i rozpruwa ich swoimi szczękami potrafi naprawdę sprawić, że gracz czuje dreszcze na plecach. Potwór jednocześnie porusza się niezwykle płynnie i kompletnie nierealistycznie, potęgując poczucie, że sterujemy czymś nadprzyrodzonym. Do tego dochodzi brutalność potyczek – rzucenie naukowcem o ścianę, utopienie go w wodzie czy rozerwanie na dwie połowy jest przedstawione w całkiem sporym detalu jak na grafikę pixelart. Tła i postacie przeciwników też są wykonane starannie, choć tu nie ma aż takiego efektu “wow”, ale całość sprawia wrażenie naprawdę dopracowanej.

 

 

Potworne zauroczenie

 

Kończąc Carrion, czułem swoisty niedosyt. Są tu wszystkie elementy, które mogłyby z tej gry zrobić prawdziwy hit – unikalny pomysł, ładna grafika, nienajgorsze wykonanie. Mimo wszystko jednak pozostaje wrażenie, że gra mogłaby być czymś dużo lepszym. Gdyby tylko nieco ją wydłużyć, dopracować sterowanie i system walki, zadbać o ciekawsze zagadki, mógłbym polecić ją z czystym sercem każdemu, ale w tej chwili jest to raczej tytuł dla fanatyków horrorów i unikalnych produkcji. Z niecierpliwością będę jednak czekał na potencjalny sequel – jeśli twórcy zaadresują kilka wad z pierwszej częśc,i może to być istna perełka.

Podziękowania dla Devolver Digital za dostarczenie gry do recenzji.

Cena w eShopie: 80,00 zł

 


Podsumowanie

Zalety

  • + postawienie horrorowych konwencji na głowie
  • + brutalna grafika w stylu neo-retro

Wady

  • - bardzo krótka
  • - chaotyczne walki
  • - niski poziom trudności
  • - sterowanie bywa trudniejsze niż powinno

6.5

Wyświetleń: 598

Redaktor

Zimny

Fan gier indie, strategii, RPG, Nintendo i wszystkiego co ma związek z retro gamingiem. Swego czasu współtworzyłem jedną z największych polskich stron o jRPG. Z wykształcenia jestem anglistą, a w “prawdziwym życiu” pracuję nad materiałami do nauki języka angielskiego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *