Wolfenstein Youngblood Switch
Hero RecenzjeRecenzja
Hero RecenzjeArtykuł

Każde pokolenie ma własny czas – recenzja Wolfenstein: Youngblood

Po całkiem dobrze przyjętym Wolfenstein II: New Colossus, MachineGames postanowiło…

11 sierpnia 2019

Po całkiem dobrze przyjętym Wolfenstein II: New Colossus, MachineGames postanowiło nieco odświeżyć formułę marki. Krok w nowym kierunku był dość ostrożny. Po pierwsze, jest to zaledwie spin-off, a nie główna odsłona serii; po drugie, gra kosztuje zaledwie połowę normalnej ceny gry AAA; a po trzecie, postawili na sieciową grę kooperacyjną. Czy Świeża Krew faktycznie wniosła powiew świeżości do serii? Cóż, nie do końca…

 

Technikalia

 

Zanim jednak zaczniemy opisywać mechaniki, to wypada powiedzieć kilka zdań o warstwie audio-wizualnej. Gra działa w 30 klatkach na sekundę i niestety nie jest to stały klatkarz – Youngblood potrafi ostro chrupnąć. Szczególnie, gdy na ekranie pojawia się dużo wybuchów, bo wtedy konsola nieco się krztusi, a gra jest na granicy grywalności. Rozdzielczość wyświetlanego obrazu w Wolfenstein: Youngblood również nie robi wrażenia, ale jest to już standard w przypadku bardziej wymagających gier. W docku gra oczywiście wykorzystuje dynamiczną rozdzielczość, maksymalnie jest ustawiona na 720p ze spadkami do około 600p. Tryb przenośny oferuje 540p. Czy to wystarczająco? Na małym ekranie Switcha jest naprawdę w porządku. Gorzej, jeżeli gracie stacjonarnie na dużym telewizorze 4k. Wtedy najprawdopodobniej wyjdą wszystkie niedoróbki graficzne. Na małym ekranie konsoli (lub niedużym monitorze) gra prezentuje się znacznie lepiej. Sama oprawa wizualna jest dość nierówna, z jednej strony mamy piękne (jak na standardy Switcha!) lokacje, pełne różnych zniszczalnych obiektów; z drugiej – okropne twarze głównych bohaterek, które wydają się pozbawione rzęs. Dodatkowo niektóre tekstury (nawet w przerywnikach filmowych) przypominają czasy Nintendo 64 lub w najlepszym przypadku GameCube’a. Jedynym problemem podczas gry może okazać się nieco rozmazany obraz, który utrudnia namierzanie oddalonych wrogów, często nie widać ich odpowiednio dobrze i może zdarzyć się, że strzelamy na ślepo.

 

 

Fabuła

 

Tutaj niestety niewiele dobrego można powiedzieć o Youngblood. Blaskowicz, ojciec protagonistek, znika w niewyjaśnionych okolicznościach. Główne bohaterki, Jess i Soph, postanawiają go znaleźć, a pierwszy trop prowadzi do okupowanego Paryża. Dziewczyny szybko pakują manatki i chwilę później są już we Francji, gdzie rozgrywa się cała akcja gry. W sumie to jest większość fabuły, od tego momentu nie uświadczymy praktycznie żadnych przeciwników filmowych, aż do końcówki gry. Jeżeli widzieliście zwiastuny, to znacie jakieś 50% historii i cutscenek.

Wszystko w tym świecie jest nam naprawdę obojętne, nic nie zapada w pamięć i prawie nikomu nie poświęca się odpowiednio dużo czasu. Prawie, ponieważ główne bohaterki są cały czas w centrum uwagi. Szkoda tylko, że ich charaktery są chyba najbardziej irytującą rzeczą w historii gier wideo. Siostry zachowują się, jakby miały 10 lat i uważały, że są „cool”. Przygotujcie swoje uszy na nadużywanie słowa „fuck” oraz „dude”, a oczy przygotujcie na ciągłe zbijanie żółwików. Dziewczyny początkowo nie mają rąk splamionych krwią. Ich główną motywacją jest to, że zabijanie nazistów jest po prostu fajne. Dlatego sprawiają wrażenie pustych dzieciaków, które marzą o byciu policjantem i likwidowaniu złoczyńców, bo przecież to takie ekstra. Problem polega na tym, że w trakcie rozgrywki nie przechodzą one żadnej zmiany, a od początku do końca gry będziemy słuchać ich głupkowatych tekstów. Wszystko wygląda tak, jakby gra była skierowana do 13-letnich chłopców, dla których rzucanie kiepskimi żartami i przekleństwami było czymś super zabawnym. Szkoda tylko, że gra celuje raczej w bardziej dojrzałego odbiorcę, który z zażenowaniem będzie oglądał nieśmieszne wygłupy głównych bohaterek.

 

 

Rozgrywka

 

Największą zaletą Wolfenstein: Youngblood jest oczywiście strzelanie. To jest zrobione bardzo dobrze – jeżeli graliście w poprzednie odsłony, to będziecie czuli się jak w domu. Każdą bronią posługuje się inaczej, mają odmienne właściwości, jednak wszystkie gwarantują masę frajdy! Rozlatujące się ciała oponentów pokazują moc poszczególnych pukawek. Samo chodzenie po mapie i strzelanie jest niesamowicie przyjemne, szczególnie na Switchu, gdzie takich gier po prostu brakuje. Jest jednak pewien problem. Otóż niektórzy wrogowie posiadają zbyt dużo pancerza, co może skutkować wielominutowym okładaniem wroga ołowiem, które niekiedy kończy się brakiem amunicji. Jesteśmy przez to całkowicie uwięzieni między wrogami bez ani jednej broni. Jest to cholernie irytujące, szczególnie w walce z bossami, których pancerz jest tak gruby, że wystrzelenie większości naszego magazynka nie robi na nich większego wrażenia. Dodatkowo w przypadku śmierci nie odzyskujemy naszego arsenału. Przykładowo: przed walką z bossem uzbieraliście pełny ekwipunek, macie wszystko czego potrzeba, więc z dumą wchodzicie na arenę z bossem. Jego pancerz jest tak tęgi, że musicie wystrzelać 90% swoich zapasów. Oczywiście pod koniec walki giniecie, wszystkie fazy walki z bossem przepadają, a wy odradzacie się na arenie z bossem wraz z pozostałymi 10% amunicji. Przez co wygrana z przeciwnikiem jest niemal niemożliwa.

System checkpointów praktycznie nie istnieje. Czyścimy całą lokację z wrogów, zajmuje nam to około 40 minut, na końcu giniemy od przesadzonego przeciwnika i… zaczynamy od początku, oczywiście bez amunicji. Jest to o tyle dziwne, że poziomy są podzielone na sfery lub piętra, więc dodanie punktów kontrolnych powinno być banalnie proste i wręcz naturalne. To tak, jakby w serii Dark Souls było tylko jedno ognisko na miejsce. Jedyną jasną stroną takiego zabiegu jest projekt lokacji. Z punktu A do punktu B można przejść na wiele sposobów, czy zrobimy to wentylacją, balkonami, opuszczonymi mieszkaniami, kanałami czy główną ulicą – wybór należy do nas. Dlatego przechodzenie w kółko tego samego nie musi być aż tak męczące. Widać, że twórcy Dishonored maczali w tym palce.

Oczywiście Youngblood nie oferuje otwartego świata. Większość poziomów to osobne byty, które oddzielone są ekranami ładowania. Jedna z nich służy nam za bazę wypadową, w której będziemy odbierać i oddawać ukończone misje. Pomiędzy miejscówkami poruszamy się za pomocą linii metra.

 

 

Bardziej rozbudowane lokacje pozwoliły twórcom na rozszerzenie systemu skradania, dlatego nasze protagonistki potrafią stawać się niewidzialne na jakiś czas. Dodatkowo, gdy mamy deficyt amunicji, możemy wykończyć wrogów po cichu za pomocą naszego topora. Poza niewidzialnością do cichego zabijania mamy… w sumie, to nic. Dlatego granie cichym zabójcą szybko się nudzi (chociaż czasem to bezpieczniejsza opcja). Możecie powiedzieć: „przecież tak ma być! Wolfenstein to shooter, a nie skradanka!” – oczywiście, macie rację! Tylko wtedy nie rozumiem, po co twórcy projektowaliby tajne przejścia w wentylacji, które są ewidentnie pomocą dla graczy lubiących się skradać. Gdy tylko ktoś nas zauważy, to od razu cała zgraja z rewiru się zbiega i zaczyna do nas strzelać. Po co dodawać takie elementy, skoro nie zostaną odpowiednio dopieszczone?

Innowacją są też misje dodatkowe, w których będziemy zbierać doświadczenie i pieniądze, by móc ulepszyć nasze bronie oraz zdolności (wtedy łatwiej nam będzie pokonać opancerzonych wrogów). Pierwsze zetknięcie z nimi jest całkiem przyjemne, chociaż ich otoczka fabularna to tylko pretekst do zabijania nazistów, przy czym wysyłają nas w nowe, bardzo ciekawe miejsca. Niestety, dobre wrażenie szybko rozbija się o ścianę backtrackingu. Przykładowo: wracam z kanałów do bazy wypadowej, by oddać dopiero co wykonaną misję. Po wykonaniu zadania postanawiam wziąć kolejną; wtedy postać niezależna wysyła mnie dokładnie w to samo miejsce, z którego wróciłem! To bardzo mocno psuje zabawę, szczególnie, że wrogowie szybko się odnawiają, a my czujemy się jak chłopiec, a w zasadzie dziewczynka, na posyłki.

 

 

Gra ma też dobre strony. Największą z nich jest klimat, który wręcz wylewa się z ekranu i głośników. Lokacje są barwne, pokazują różne oblicza okupowanego miasta. Zobaczymy ładne, zadbane kamienice, nazywane nawet „małym Berlinem”; dla kontrastu dostaniemy też tutaj slumsy, które są szare, pełne martwych ciał i śmieci. Wszystko to jest polane nazistowską propagandą. Napisy, plakaty, swastyki, dosłownie wszędzie jest wciśnięty język niemiecki. Na spore uznanie zasługuje też oprawa audio – naziści słuchają oczywiście niemieckich piosenek, w radiu lecą same niemieckie audycje, a z głośników na ulicach są ogłaszane niemieckie komunikaty. Właśnie dlatego zalecam grać w Youngblood na słuchawkach – zyskacie na tym naprawdę sporą dawkę imersji.

Na koniec zostawiłem najlepszą cześć gry. Mowa tutaj o kooperacji – całość gry możemy przejść z kompanem, może to być nasz znajomy lub ktoś nam całkowicie obcy. Twórcy zadbali o to, żebyśmy nie mieli problemu ze znalezieniem drugiego gracza. Osoby z wersją deluxe mogą nawet grać z innymi na jednej kopii gry. Jest to ekstra rozwiązanie, bo wasz kumpel może zagrać z wami całkowicie za darmo. Tego typu rozwiązania powinny pojawiać się częściej w branży gier wideo, dlatego MachineGames zasługuje tutaj na wyrazy uznania.

 

 

 

Podsumowanie

 

Wiele decyzji deweloperów jest nietrafionych, a niektóre – wręcz irytujące. Warstwa fabularna jest szczątkowa, główne bohaterki wkurzające, a wrogowie to istne gąbki na pociski. Było jednak wiele momentów, przy których bawiłem się przednio. Strzelanie przynosiło mi sporo frajdy. Pierwsze kilka godzin gry było świetne, odkrywanie lokacji całkiem fascynujące i wręcz zalatywało serią Dishonored. Szybko jednak okazało się, że zawartości nie jest wystarczająco dużo, a gra, zamiast skończyć się w najlepszym momencie, wymuszała na nas grind. W kooperacji tytuł zyskuje naprawdę sporo. Wciąż mam też na uwadze, że gra kosztuje zaledwie połowę pełnej ceny. Nowego Wolfensteina bardzo ciężko było mi ocenić.

 

 


Podsumowanie

Zalety

  • + Bardzo przyjemna kooperacja
  • + Strzelanie
  • + Projekt lokacji
  • + Klimat
  • + Udźwiękowienie
  • + Cena
  • + Łatwo znaleźć partnera do wspólnej gry

Wady

  • - Zbyt duże pancerze niektórych przeciwników
  • - Niekiedy spore spadki animacji
  • - Zbyt rozmazane oddalone obiekty
  • - Backtracking
  • - Brak punktów kontrolnych
  • - Problemy z amunicją
  • - Wkurzające bohaterki
  • - Szczątkowa fabuła
  • - Brak języka polskiego

6.5

Wyświetleń: 1252

Redaktor

Ruqer

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *