RecenzjeRecenzja
RecenzjeArtykuł

Morskie opowieści – recenzja Return of the Obra Dinn

Mój redakcyjny kolega, Donat, nazwał kiedyś żartobliwie twórcę Return of…

4 listopada 2019

Mój redakcyjny kolega, Donat, nazwał kiedyś żartobliwie twórcę Return of the Obra Dinn – Lucasa Pope’a – “Hideo Kojimą gier indie”. I coś w tym jest. Po tych panach można spodziewać się zawsze tylko jednego – że nas zaskoczą. Return of the Obra Dinn doskonale wpasowuje się w ten schemat.

 

Śmierć na pełnym morzu

 

 

Return of the Obra Dinn jest chyba pierwszą grą na świecie, w której mamy szansę wcielić się w detektywa ubezpieczeniowego. Jest rok 1802, a tytułowy statek, który wyruszył niedawno z Londynu pełen załogi i ładunków, zostaje znaleziony pusty – bez jakichkolwiek śladów życia. Jego właściciel, Kompania Wschodnioindyjska, wysyła nas, aby zbadać całą sytuację, odkryć los marynarzy i pasażerów oraz dowiedzieć się, co stało się z przewożonymi towarami. Szczęśliwie w tym niełatwym zadaniu pomogą nam dwa przedmioty: dziennik zawierający kluczowe informacje o statku, który posłuży nam do dokumentowania naszych odkryć oraz zegarek o iście magicznych właściwościach, pozwalających nam zobaczyć ostatnie sekundy przed śmiercią każdej osoby na pokładzie. Ale nawet pomoc nadprzyrodzonych mocy nie sprawi, że odkrycie całej prawdy o klątwie, która spotkała Obra Dinn, będzie łatwym zadaniem. Choć mógłbym napisać pewnie więcej na temat wydarzeń na statku, lepiej do gry podejść “w ciemno” i samemu złożyć do kupy ponurą tajemnicę rozgrywających się tam wydarzeń.

 

Ponury kronikarz

 

 

Muszę przyznać, że drugiej takiej gry jak Return of the Obra Dinn zwyczajnie nie ma. Aby zobaczyć napisy końcowe, powinniśmy wypełnić wspomniany wyżej dziennik. Każdej z 60 osób na statku musimy przypisać poprawne imię i nazwisko oraz to, co się z nią stało (zwykle to sprowadza się do sposobu jej śmierci). Proste? Tylko pozornie. Aby utrudnić “zgadywanki”, gra potwierdza nazwiska i losy nieszczęśników „trójkami” – dopiero, gdy uda nam się poprawnie dopasować trio pasażerów, gra potwierdzi nam, że to faktycznie odpowiedni trop.

 

 

Pomoże nam w tym trudnym zadaniu głównie zegarek i szczegóły przedstawiające ich ostatnie momenty życia. Czasem dostaniemy rozwiązanie praktycznie na tacy, gdy ktoś z załogi zwraca się do kompana bezpośrednio po imieniu, ale takich sytuacji jest niezwykle mało. W dziewięciu przypadkach na dziesięć trzeba będzie naprawdę nieźle wytężyć głowę. Wskazówką może być wszystko – ubiór, to, z kim dana postać przebywa w niektórych scenkach, charakterystyczne przedmioty, lokalizacja, czy nawet sposób, w jaki ktoś przemieszczał się po statku. Nieocenioną pomocą jest też dziennik, który opisuje różne role na statku lub pozwala sprawdzić, do kogo należy dana kabina. W ostateczności zawsze można się uciec się do metody eliminacji, po tym jak już zidentyfikujemy część osób w załodze.

 

Intelektualna uczta

 

 

Choć bardzo lubię wszelkie łamigłówki, a na escape roomach zjadłem zęby, muszę przyznać, że odkrycie tożsamości wielu osób na pokładzie było dość trudne. Łatwo się tu zablokować i przez godzinę nie odkryć żadnego nazwiska. Jednocześnie, jak już nam się to uda, czujemy się jak bez mała geniusze. Właśnie to uczucie dzikiej satysfakcji, wynikające z zauważenia jakiegoś drobnego szczegółu lub połączenia pozornie niepasujących do siebie części układanki sprawia, że ten tytuł jest tak doskonały.

 

 

Jest to jednocześnie chyba też największa wada tej gry. Zagadki są na tyle skomplikowane, że osoba, która nie jest fanem gatunku może się wcale tak dobrze tu nie bawić. Obra Dinn wymaga skupienia i działania umysłu na bardzo wysokich obrotach, a bezmyślne klikanie na przedmioty nic nam tu nie da. To tytuł skierowany do wyraźnie zdefiniowanego grona odbiorców i warto być tego świadomym przed zakupem tytułu.

 

Piękno w dwóch kolorach

 

 

Mówiąc o Return of the Obra Dinn, nie sposób nie wspomnieć o oprawie graficznej, bo znów jest ona totalnie unikalna. Lucas Pope wzorował się na starych tytułach z komputerów firmy Apple, które oferowały grafikę tylko w dwóch kolorach. Brzmi to oczywiście jak szaleństwo w erze HDR i 4k, ale jakimś cudem grafika jest naprawdę bardzo ładna. Nieraz zdarzyło mi się zatrzymać na chwilę, żeby podziwiać pokład statku czy jakąś szczególnie brutalną scenę śmierci. Jakimś cudem ten dziwny wybór sprawia, że gra odstaje od swoich konkurentów, próbujących oszołomić nas efektowną oprawą wizualną i pozwala bardziej skupić się na tym, co najważniejsze – doskonałej rozgrywce. Choć jest to raczej oczywiste, gra nie ma żadnych problemów z działaniem na Switchu – wszystko chodzi tu płynnie i nie napotkałem żadnych spadków klatek.

 

Wszyscy na pokład!

 

 

Lucas Pope po raz kolejny udowodnił, że nie ma sobie równych, jeśli chodzi o gry dziwne i nowatorskie. Choć wysoki poziom trudności dał mi nieco popalić, poczucie satysfakcji, jakie zagwarantowało mi rozwikłanie całej zagadki, jest chyba największe, jakie czułem w jakiejkolwiek grze logicznej. Jeśli macie ochotę na grę, która przetestuje wasze szare komórki, to nie ma chyba obecnie lepszego tytułu na Switchu w tej kategorii. Żałuję jedynie, że nie mogę do tej gry podejść ponownie, z czystym umysłem.

 


Podsumowanie

Zalety

  • + absolutna unikalność tytułu
  • + wymagające zagadki
  • + ciekawa intryga do odkrycia
  • + interesujące podejście do grafiki

Wady

  • - wysoki poziom trudności sprawi, że spodoba się raczej tylko pasjonatom łamigłówek

8.5

Wyświetleń: 467

Redaktor

Zimny

Fan gier indie, strategii, RPG, Nintendo i wszystkiego co ma związek z retro gamingiem. Swego czasu współtworzyłem jedną z największych polskich stron o jRPG. Z wykształcenia jestem anglistą, a w “prawdziwym życiu” pracuję nad materiałami do nauki języka angielskiego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *