Roger Federer, ikona kortów tenisowych, przeszedł na sportową emeryturę w wieku 41 lat. Rafael Nadal ogłosił koniec kariery jako 38-latek, a legendarna Serena Williams walczyła zawodowo do czterdziestki. Nic więc dziwnego, że najbardziej uzdolniony hydraulik świata – Mario – w swoje 40. urodziny wskakuje na kort potrójnym saltem. Tym samym pokazując rywalom, że mimo wieku nie ma sobie równych, a w sportowej karierze dopiero się rozpędza. Mario Tennis Fever to kolejna (po wyścigowym Mario Kart World) wielka produkcja sportowa na wyłączność dla Nintendo Switch 2. Jak 40-letni Mario radzi sobie z rakietą w dłoni? Sprawdźmy!

Czy to wciąż ten sam Mario Tennis?
Seria konsol – Nintendo Switch – może pochwalić się całym wachlarzem sportowych produkcji z udziałem naszego ulubionego bohatera. W świecie tenisa ziemnego ukazały się dotychczas na te konsole dwa tytuły – Mario Tennis Aces (premiera 2018 rok) – który królował na pierwszym Switchu zdobywając w naszej redakcji ocenę 7.0, co koresponduje dziś ze średnią aż 703 głosów użytkowników na MetaCritic; oraz recenzowany dziś Mario Tennis Fever. Czy w ciągu ostatnich ośmiu lat koncepcja Mario Tennis zaskakująco ewoluowała? Otóż…

…nie. To wciąż ten sam Mario Tennis, którego znamy i kochamy. Co dla wielu stanowić będzie jedną z zalet produkcji, dla innych zaś stanie się uzasadnionym powodem do krytyki. Dlaczego opinie wokół zaledwie jednej cechy gry mogą być tak skrajne? Postaram się to poniżej wyjaśnić!
Bezpieczny powrót
Z jednej strony Mario Tennis Fever można uznać za „bezpieczny powrót”. Mechanika, która sprawdziła się w Aces, przerzucona do nowego tytułu sprawi, że każdy fan poprzedniej części poczuje się jak w domu. Zresztą – co tu dużo mówić – mechaniki tenisa nie da się wywrócić do góry nogami, zaskakując graczy wielkimi rewolucjami. Dlatego też Nintendo postanowiło po prostu dopracować fundamenty znanej nam rozgrywki. Ten aspekt osobiście uznaję za zaletę. Wiedząc, czego się spodziewać, wejście w Mario Tenis Fever było proste i intuicyjne. Co więc mogło pójść nie tak?

Zmiany zmianami, ale bez innowacji?
Jeśli powiedziałbym, że wspomniany „bezpieczny powrót” nie charakteryzuje się żadnymi zmianami – byłbym nieuczciwy. Zmiany są, tyle że tytuł wydaje się być znacznie uproszczony w porównaniu do poprzedniej części. Zmieniło się precyzyjne celowanie przy specjalnym uderzeniu, nie ma już możliwości zniszczenia rakiety, a posłanie piłki w aut graniczy z cudem. W ciągu pierwszych pięciu godzin mojej rozgrywki aut zdarzył się raz – i to przeciwnikowi!
W dodatku przeskok poziomu trudności jest mocno wyczuwalny w porównaniu do części poprzedniej. Postaci nieraz wyciągają piłki z niemożliwych kątów, co w Aces bez wykorzystania specjalnych umiejętności byłoby nie do pomyślenia. Rozgrywając debla, gracz może poczuć się czasem jak zbędny dodatek do kortu, bo sterowany przez AI współgracz „czaruje”, sprawnie odpierając ataki obu rywali naraz. Dla weteranów będzie to rozczarowaniem, ale dla niedzielnych graczy stanie się sporą zaletą – niższy próg wejścia pozwala cieszyć tytułem z osobami, które na co dzień z padem w ręku nie obcują.

Potęga Switcha 2?
Kolejnym kluczowym elementem wymagającym szczegółowego przyjrzenia się jest jakość techniczna – w tym grafika oraz płynność. I ta kwestia – niestety na niekorzyść Nintendo – znowu może podzielić graczy. Trzeba przyznać, że postaci i korty w Mario Tennis Fever są wyraźniejsze i mają więcej szczegółów. Trawiasty kort to już nie tylko zielona, płaska tafla, ale pojedyncze, wystające źdźbła trawy! Jednakże rozwój w jednym aspekcie pociągnął za sobą degradację w innym. Pełen roślinności, dziki teren dżungli, znany z poprzednich odsłon, w najnowszej przygodzie Mario został niemal całkowicie ogołocony…

Przyglądając się postaciom z bliska, trudno wyzbyć się wrażenia, że czegoś tu brakuje – jakby jakiejś plastyki czy głębi. Zrozumiałem, skąd to uczucie, dopiero gdy zestawiłem ze sobą bezpośrednie porównania Aces i Fever. Nowszy tytuł charakteryzuje się uboższą grą cienia i światła, co paradoksalnie zmniejsza doznania wizualne, mimo wyższej rozdzielczości.
Nie sposób pominąć animacji. W imię „bezpiecznego powrotu” twórcy po prostu powielili ruchy dla większości postaci z poprzedniej części. Szkoda – niezmienione animacje wejściowe sprawiają wrażenie leniwego podejścia do produkcji na nową generację.
Tyle o wizualiach – a co z płynnością? Tu mam niestety poważne zastrzeżenia. Choć gra przez większość czasu sprawuje się znakomicie, dwukrotnie przytrafiły mi się sekwencje niewyjaśnionych błędów graficznych, które ciągnęły się przez dobrych kilkanaście minut. Od gwiazdek przy rakiecie, które zmieniły się w źle wyglądające, lewitujące sześciany (błędy tekstur), przez zaburzone smugi ciągnące się za piłką, aż po mrugający ekran konsoli. Na nowym sprzęcie takie „atrakcje” po prostu nie powinny mieć miejsca…
A właściwie… to czym jest ten cały Mario Tennis?
Wspomniałem wcześniej o tym, co powtarza się względem Aces lub co nie wychodzi w samym Fever. Przejdźmy jednak do konkretów. Dla niektórych najnowszy Mario Tennis będzie tym pierwszym, z którym się zderzą. Biorąc tę grę na warsztat jako pojedynczy produkt, mimo powyższego narzekania warto podkreślić: to wciąż dobra gra! Choć seria ta nigdy nie świeciła takich triumfów jak inne marki Nintendo, nie można jej odebrać tego, że sprawia masę frajdy i pozwala na rozgrywanie różnorodnych wyzwań – solo oraz z innymi graczami.

Mario Tennis Fever oferuje wachlarz możliwości: od historii dla pojedynczego gracza, przez zawody w singlu i deblu, aż po ciekawie poprowadzone Trial Towers z unikalnymi wyzwaniami na każdy mecz. Mamy też grę swobodną na własnych warunkach oraz tryb Online z rankingami. Do tego dochodzi tryb Mix It Up, który wprowadza unikalne zasady nawiązujące do Super Mario Bros. Wonder.
Sama rozgrywka sztywno trzyma się zasad tenisa. Wykorzystując jedno z sześciu podstawowych uderzeń (topspin, slice, flat, lob, drop shot, star shot), staramy się rozegrać przeciwnika tak, by nie był w stanie przebić piłki na naszą stronę. To my decydujemy o kierunku i sile uderzenia. „Uproszczony” model rozgrywki w Fever, mimo mniejszego wyzwania, sprawia, że wymiany są bardziej satysfakcjonujące i dynamiczne.

W dodatku wybierając spośród 38 postaci, możemy liczyć na spore zróżnicowanie. Zawodników podzielono na 6 typów: siłowy, szybki, techniczny, podstępny, defensywny oraz wszechstronny. Każdy z nich drastycznie zmienia ton rozgrywki. Jak więc widać – rdzeń Mario Tennis to solidny produkt, który zapewnia wiele godzin zabawy, o ile tylko lubimy sportową powtarzalność.

Tryb solo – samouczek?
Jedną z najbardziej rozczarowujących rzeczy w recenzowanym tytule jest tryb dla pojedynczego gracza. Fabuła jest mało angażująca, choć tu nikt chyba nie spodziewał się scenariuszowych fajerwerków. Niemniej martwi fakt, że kampania to właściwie dziwnie skonstruowany samouczek…

Z jednej strony stoimy przed ciekawym wyzwaniem – fabuła wymusza na nas przejście całego procesu przygotowania technicznego, co wiąże się z pomysłowymi minigrami. Z drugiej strony, sekcja ta jest potwornie „przegadana”, co sztucznie wydłuża rozgrywkę. W moim przypadku całość trwała zaledwie 4 godziny, z czego aż 3 spędziłem na samym przygotowaniu do wyruszenia w podróż! Natomiast walki z bossami i samo zakończenie przygody były w moim odczuciu nużące, chaotyczne i sprawiały wrażenie opracowanych „na kolanie”.

Małe, wielkie zmiany…
Choć w powyższym tekście wypunktowałem sporo problemów, Mario Tennis Fever to wciąż przyjemna gra. Dodatek specjalnych rakiet, które zmieniają pole gry w tor przeszkód pełen tornad, ognia, błota czy lodu, jest namiastką wyzwania, którego osobiście potrzebowałbym w tej produkcji znacznie więcej.

Czy 40-letni Mario z klasą wskoczył na korty nowej generacji? I tak, i nie. Mario Tennis Fever to tytuł, który potrafi sprawić masę frajdy w gronie znajomych, a nowe mechaniki rakiet i dynamiczne wymiany dają sporo satysfakcji. Jednak techniczne niedociągnięcia, leniwe animacje i kampania, która kończy się, zanim na dobre się zacznie, pozostawiają spory niedosyt.
Cena w eShopie: 297,80 zł
Podziękowania dla ConQuest Entertainment za dostarczenie gry do recenzji.