RecenzjeRecenzja
RecenzjeArtykuł

Przychodzi Cthulhu do lekarza – The Infectious Madness of Doctor Dekker – Recenzja

Gry typu FMV (Full Motion Video) przeżyły swoje 5 minut…

5 listopada 2018

Gry typu FMV (Full Motion Video) przeżyły swoje 5 minut chwały na ekranach komputerów i konsol na początku lat 90 by, dość zasłużenie, odejść do lamusa. Pomysł by grafikę komputerową zastąpić digitalizowanymi aktorami był wtedy upatrywany jako krok w kierunku realistycznego przedstawienia świata gier. Perełki takie jak wspaniały horror na 7 płytach CD Phantasmagoria (pierwsza gra do której skomponowano orkiestrową ścieżkę dźwiękową) czy niesławny Night Trap (wymieniany obok Mortal Kombat na przesłuchaniu w Kongresie USA jako narzędzie demoralizacji młodzieży) pozostają pomnikami wymarłego gatunku. Czy jednak naprawdę odeszły?

 

„Nie ma umarłego, który mógłby spoczywać wiekami…”

 

Pierwsze podrygi odradzającego się gatunku pojawiły się na telefonach i tabletach. Her Story – opowieść, w której jako detektyw przeglądamy nagrania przesłuchania podejrzanej o zabójstwo kobiety, zebrała doskonałe oceny (91 na Metacritic). Ośmieleni tym twórcy zaczęli, niczym w Parku Jurajskim, pracować nad przywróceniem „interaktywnych filmów” do życia. Na Switchu dostaliśmy już film sensacyjny zależny od decyzji gracza Late Shift, horror The Bunker oraz właśnie The Infectious Madness of Doctor Dekker. Wkrótce pojawi się następna gra twórców Doktora: The Shapeshifting Detective czy reedycja wspomnianego już Night Trap.

Pytaniem podstawowym jest, czy w czasach niemal hiperrealistycznej grafiki 3D ma sens tworzenie gier w oparciu o pocięte fragmenty nagranych filmów. Nie ma jednej odpowiedzi, bo to nie jest takie proste pytanie. Możemy za to zastanowić się jak to się sprawdza w przypadku Zaraźliwego Szaleństwa Doktora Dekkera?

 

 

„…nawet śmierć może umrzeć wraz z dziwnymi eonami”

 

W grze wcielamy się w psychiatrę, który „odziedziczył” pacjentów po zamordowanym koledze, tytułowym Doktorze Dekkerze. Na ekranie oglądamy sesje terapeutyczne szóstki jego pacjentów starając się zrozumieć kto i dlaczego zamordował lekarza. A może to nie jeden z pacjentów, ale jego asystentka…? Możemy wybierać z kim chcemy porozmawiać najpierw oraz wybierać jakie pytania i w jakiej kolejności chcemy zadać. Najlepiej jeżeli do Switcha przypniemy klawiaturę USB i będziemy grać na telewizorze. Wtedy doznania są najpełniejsze, bo zadajemy pytania naturalnym językiem i możemy drążyć opowieść w dowolnym, wybranym przez nas, kierunku. Możemy także pisać pytania na ekranowej klawiaturce w trybie handheld, co jednak jest mocno męczące. Najłatwiej jednak wybierać je kontrolerem z listy pytań gotowych. Jest to z pewnością wersja najwygodniejsza, jednak odbiera nieco głębi naszemu dochodzeniu.

Możliwość wcielenia się w psychiatrę i do tego detektywa, którego głosu nigdy nie usłyszymy, ale w imieniu którego możemy zadawać pytania, jest bardzo atrakcyjna i satysfakcjonująca. Rozmowami przebijamy się przez labirynt „zeznań” naszych pacjentów i powoli odkrywamy, że Doktor Dekker nieprzypadkowo dobierał swoich pacjentów, a i nie zawsze postępował wobec nich etycznie. Okaże się także, że za wszystkim czai się także cień Przedwiecznych. Tak, ta gra to jednocześnie hołd dla twórczości ojca współczesnego horroru, Samotnika z Providence – Howarda Philipsa Lovecrafta.

 

Ph’nglui mglw’nafh Cthulhu R’lyeh wgah’nagl fhtagn

 

Wpływy Lovecrafta przenikają współczesną popkulturę na wiele sposobów. Powstało na podstawie jego twórczości wiele gier, filmów, piosenek… Tylko czy kryminalna opowieść dotycząca morderstwa Doktora Dekkera naprawdę wymagała zamieszania w to sił paranormalnych? Może jednak uczciwy, podbity analizą psychologiczną, kryminał byłby równie, jeśli nie bardziej, atrakcyjny. Nie zrozumcie mnie źle, jestem fanem Lovecrafta, ale gdy do takiej fabuły wtrącamy ewentualność, że może pacjenci wcale nie są szaleni, a naprawdę posiadają zdolności paranormalne, otwieramy drzwi zbyt szeroko. W pewnej chwili przestajemy dedukować i kombinować by poskładać w całość wątki, ponieważ możliwe jest wszystko, a jedynie obserwujemy dokąd nas opowieść zaprowadzi.

The Infectious Madness of Doctor Dekker, jest ciekawą grą ciekawym filmem interaktywnym. Zwłaszcza na konsolach, gdzie najwygodniej jest korzystać z gotowych pytań. Bazuje silnie na aktorstwie i kreacjom trudno odmówić charakteru. Jedne postacie budzą naszą sympatię inne odpychają, jest nawet wątek flirtu z pacjentką… Uczciwe, może nie oskarowe – czuć w tym lekki camp – aktorstwo i ciekawa realizacja – kamera niekiedy serwuje nam zbliżenia na twarz pacjenta rzadko też możemy przeglądać akta lub inne dokumenty, buduje rzetelnie świat… filmu.

 

 

Podsumowanie

 

Podstawą by cieszyć się czasem spędzonym z Doktorem Dekkerem jest pogodzenie się z tym, że to nie do końca gra. Poza wskazaniem na końcu mordercy (tu brawa dla twórców, bo każdorazowo gra losuje kto tym razem okaże się winny), mamy nieliczne punkty gdzie rozwój fabuły tak naprawdę od nas zależy. Zwłaszcza gdy gramy kontrolerem wybierając gotowe pytania z listy. Osobiście czasu poświęconego na przygodę z pacjentami Dekkera (ponad 7 godzin) nie żałuję. Jednak kupiłem grę w promocji. Gdybym zapłacił pełną cenę czułbym się mocno rozczarowany.

P.S. Nagłówki pochodzą z księgi Necronomicon autorstwa Abdula z Hazredu – kreacji H.P.Lovecrafta

 

The Infectious Madness of Doctor Dekker Recenzja

 

 


Podsumowanie

Grywalność 7
Grafika/Muzyka 9
Historia 8
Powtórka 8

Zalety

  • + Możliwość prowadzenia w pierwszej osobie sesji terapeutycznych
  • + Dobrze zbudowane, ciekawe, postacie pacjentów – bardzo przyzwoite aktorstwo
  • + Morderca jest losowany za każdym rozpoczęciem gry

Wady

  • - Brak polskiej wersji językowej uniemożliwi zabawę wielu polskim graczom
  • - Chyba nieco niepotrzebne wątki paranormalne
  • - Kameralna forma – wszystko w jednym gabinecie – może bardziej niecierpliwych graczy nużyć
  • - Zbyt mały wpływ decyzji na rozwój fabuły

8

Wyświetleń: 115

Redaktor

ULC