Od premiery pierwszego Switcha w 2017 roku mój gamingowy świat stał się cudownie prosty. Kupuję grę, wkładam mały kartridż, słyszę charakterystyczne „pstryk” i po prostu gram. Nie interesują mnie sterowniki karty graficznej, aktualizacje bibliotek DirectX, shadery, kompatybilność anty-cheatów czy launchery działające w tle. To jest ten luksus, który od lat daje nam „Big N” – luksus świętego spokoju i przewidywalności.
Kiedy jednak na rynku pojawił się Lenovo Legion Go S, a w sieci zaczęły krążyć opinie, że to „prawdziwy zabójca Switcha”, ciekawość wzięła górę nad przyzwyczajeniami. Nie jest to bowiem typowy, windowsowy handheld, który kojarzymy z memami o błędach systemowych i baterii trzymającej 40 minut. To wersja napędzana przez SteamOS (system znany ze Steam Decka), która obiecuje konsolowe doświadczenie na potężnych, pecetowych podzespołach.
Postanowiłem sprawdzić to na własnej skórze. Czy zatwardziały fan Mariana odnajdzie się w świecie Gabe’a Newella? Czy ten sprzęt to faktyczna alternatywa dla Switcha 2, czy tylko droga, ciężka zabawka dla tych, którzy lubią grzebać w ustawieniach zamiast grać? Zapraszam na recenzję pisaną z perspektywy kanapowego leniwca, który po raz pierwszy od lat wychodzi ze strefy komfortu Nintendo.

Rozdział 1: Cena, Gabaryty i Pierwsze Zderzenie z Rzeczywistością
Zacznijmy od tego, co najbardziej boli – portfela. Nintendo Switch 2 wyceniono na start na 2000 zł. Z kolei za Lenovo Legion Go S musimy zapłacić około 2600 zł (ceny sugerowane, pomijając chwilowe promocje). Różnica 600 zł to równowartość dwóch nowych gier AAA na premierę lub solidnego zapasu indyków. Czy warto dopłacić? Na papierze dostajemy potężniejszy sprzęt, ale w rękach czuć zupełnie co innego.
Wyjmując Legion Go S z pudełka, pierwsze co uderza, to jego masa.
-
Legion Go S: 298,5 x 127,5 mm i aż 740 g wagi.
-
Switch 2: 272 x 114 mm i tylko 535 g wagi.
Różnica ponad 200 gramów to przepaść. To tak, jakbyście do Switcha 2 przykleili smartfona. Switch 2, choć urósł względem „jedynki”, nadal jest smukły (zaledwie 14 mm grubości). Legion to „cegła” (prawie 23 mm grubości). Po godzinie w Cyberpunka na Legionie nadgarstki proszą o przerwę, a łokcie instynktownie szukają oparcia o stół lub uda. To sprzęt „kanapowo-stolikowy”, a nie do końca „autobusowy”.
Rozdział 2: Ergonomia i Porty.
Muszę oddać Lenovo wielki plus za wbudowanie gripów dla lepszego trzymania sprzętu. Są bardzo dobrze wyprofilowane, co uważam za ogromny plus. Na NS2 nie da się grać bez dodatkowych rozwiązań dodających ten „ficzer” tj. Skull&Co Neo Grip, czy bliźniacze akcesorium od innego producenta. Konsola idealnie wypełnia dłonie, palce naturalnie trafiają na triggery, a urządzenie nie wyślizguje się z rąk.
Jednak ergonomię zabija jeden, irytujący detal, który pokazuje, że projektanci Lenovo chyba nie grają w łóżku i umiejscowienie portów USB-C.
W Legion Go S mamy dwa porty USB4, ale oba znajdują się na górze urządzenia. Kto wpadł na ten pomysł?
Gdy gramy i ładujemy konsolę jednocześnie (co przy jej baterii zdarza się nagminnie), sztywny kabel sterczy z góry i opada prosto na nasze dłonie, plącząc się między palcam. To niesamowicie frustrujące i wybija z immersji.
Nintendo rozwiązało to lepiej: w Switchu 2 mamy jeden port na górze i jeden na dole. Kabel wpięty od dołu naturalnie opada między rękami, ląduje na brzuchu lub kolanach i nie przeszkadza w rozgrywce. Mała rzecz, a robi kolosalną różnicę w komforcie codziennego użytkowania.
Warto też wspomnieć, że w przeciwieństwie do pierwszego Legiona Go, tutaj kontrolery są na stałe. Nie ma opcji „Tabletop mode” (brak nóżki!), nie ma opcji odczepienia padów, by zagrać ze znajomym w pociągu. To stricte handheld. Solidny, sztywny, ale pozbawiony tej magii transformacji, którą ma Switch.

Rozdział 3: Ekran, Dźwięk i Bajery. Obraz żyleta, audio… pod kocem?
Obie konsole wyposażono w ekrany dotykowe. W Switchu 2 mamy 7,9-calowy panel LCD o rozdzielczości 1080p, z obsługą HDR10 i VRR do 120Hz.
Legion Go S kontratakuje ekranem o proporcjach 8 cali, który wydaje się nieco jaśniejszy i żywszy. Kolory w grach dosłownie wylewają się z wyświetlacza, chociaż oczywiście nie jest to jakość znana z ekranów OLED> Proporcje 16:10 (1200p) świetnie sprawdzają się nie tylko w nowych grach, ale też w emulacji starszych tytułów (mniejsze czarne pasy w grach 4:3).
Niestety, czar pryska, gdy włączymy dźwięk. Głośniki w Legion Go S to rozczarowanie. Dźwięk jest cichy, płaski i sprawia wrażenie stłumionego, jakby dochodził spod grubego koca lub z wnętrza studni. W bezpośrednim starciu ze Switchem 2, który gra czysto, przestrzennie i donośnie, Legion wypada blado – to poziom budżetowych tabletów sprzed lat. Bez dobrych słuchawek się nie obejdzie, bo wiatraki (o których później) skutecznie zagłuszają dialogi w grach.
Lenovo ma jednak coś, czego Switch nie ma – podświetlenie RGB wokół analogów. Możemy je konfigurować, ale… nie prosto z pudełka. Na SteamOS (Linux) zmiana kolorów wymaga doinstalowania wtyczek (np. przez Decky Loader), co dla laika jest czarną magią. Nintendo stawia na minimalizm – żadnych diod, tylko czysta rozgrywka.

Rozdział 4: Sterowanie. Hall Effect miażdży, układ przycisków irytuje
Jako gracz, który przeżył plagę „Joy-Con Drift”, jestem wyczulony na jakość analogów. I tu Legion Go S nokautuje Nintendo. Zastosowano tu drążki z efektem Halla (magnetyczne), oznaczone podświetlanymi pierścieniami. Są niemal niezniszczalne, precyzyjne i nigdy nie będą dryfować. Do tego dochodzą triggery, które posiadają fizyczne przełączniki zakresu pracy – możemy zablokować ich skok, co przydaje się w strzelankach.
Jednak dla fana Nintendo układ przycisków to mały szok poznawczy. Oprócz standardowych gałek i przycisków, mamy tu istną konstelację klawiszy funkcyjnych:
-
Klawisz Steam (na dole po lewej): Działa jak przycisk „Home”, błyskawicznie wyrzucając nas do menu głównego systemu.
-
Klawisz szybkiego dostępu (na dole po prawej): Wywołuje nakładkę z ustawieniami wydajności i baterii.
-
Przycisk Widoku i Menu (u góry): Odpowiedniki Select i Start umieszczono wysoko, przy krawędziach ekranu.
Dla kogoś przyzwyczajonego do prostoty Switcha, gdzie „Home” jest po prawej, a przycisk zrzutu ekranu po lewej, ten układ wymaga przyzwyczajenia. Często zamiast wejść w ustawienia gry, przypadkowo wywoływałem menu systemowe.
Legion ma jednak asy w rękawie, których Switch 2 nie posiada:
-
Dodatkowe łopatki (Y1 i Y2): Na pleckach urządzenia znajdują się dwa programowalne przyciski, idealnie leżące pod palcami serdecznymi. Możemy przypisać pod nie np. skok lub bieganie, dzięki czemu nie musimy odrywać kciuków od analogów. To funkcja znana z drogich padów „Pro”, tutaj dostępna w standardzie.
-
Podświetlany przycisk zasilania: Na górnej belce, obok przycisków głośności, znajduje się włącznik ze zintegrowaną kontrolką (logo Legion), która kolorem informuje nas o stanie urządzenia (np. ładowaniu czy uśpieniu).
-
Gniazdo Combo Audio: Na szczęście Lenovo nie zapomniało o klasycznym wejściu Jack 3.5mm na górze obudowy, więc podłączenie ulubionych przewodowych słuchawek nie stanowi problemu.
Niestety, ergonomię psuje nieco Touchpad umieszczony pod prawym analogiem. Jest mały, kwadratowy i w zasadzie zbędny przy tak dobrym ekranie dotykowym, a często zdarza się go musnąć przypadkiem. O syndromie „odwrotnego ABXY” (układ Xbox vs Nintendo) nawet nie wspominam – to ból, z którym trzeba się po prostu pogodzić.
Rozdział 5: System i Pamięć. Szybkość vs Pojemność
Legion Go S w testowanej wersji startuje z dyskiem 512 GB. Switch 2 oferuje na start 256 GB pamięci wbudowanej. W obu przypadkach pamięć rozszerzymy kartami, ale tu pojawia się ciekawy niuans technologiczny.
-
Legion Go S: Obsługuje standardowe karty microSD. Są tanie, ale wolne. Nowoczesne gry AAA ważące po 100 GB wczytują się z nich wieki.
-
Switch 2: Nintendo poszło z duchem czasu i zaimplementowało obsługę kart Micro SD Express. Są one drogie, ale oferują transfery zbliżone do dysków SSD. To rozwiązanie przyszłościowe, które sprawia, że gry z karty działają tak samo szybko jak z pamięci wewnętrznej.
Co do systemu – SteamOS (Linux) na Legionie to złoto dla gracza. Jest przejrzysty, szybki i wyciska z podzespołów więcej niż ociężały Windows. Wielkim atutem systemu jest też ekosystem „zielonych znaczków”. SteamOS na Legionie korzysta z tej samej bazy co Steam Deck. Wchodząc do biblioteki, od razu widzimy sekcję „Zgodność ze Steam Deck”. Co to oznacza dla posiadacza Legiona? Że te gry są sprawdzone, mają czytelne czcionki, obsługują pada i nie wymagają grzebania w ustawieniach. To najbliższe doświadczenie „Nintendo Seal of Quality”, jakie znajdziecie na PC. Widzisz zielony znaczek? Pobierasz i grasz, mając pewność, że wszystko zadziała jak na konsoli.


To tutaj objawia się największa przepaść między tymi światami. Dla użytkownika Switcha, który w ustawieniach może zmienić jasność ekranu i motyw z białego na czarny, wejście w menu Legiona to jak przesiadka z roweru do kokpitu samolotu. Pod dedykowanym przyciskiem szybkiego dostępu (na dole po prawej) kryje się prawdziwe centrum sterowania wszechświatem.
-
Wydajność w locie: Możemy zmieniać TDP (moc procesora), żeby oszczędzać baterię w indykach lub wycisnąć poty w grach AAA.
-
Ekran: Suwaki do zmiany odświeżania ekranu (np. zablokowanie na 40Hz) i limitu klatek.
-
Sterowanie: Pełne mapowanie przycisków, w tym konfiguracja tylnych łopatek (Y1, Y2), o których Switch może tylko pomarzyć.
-
Bajery: Pełna kontrola nad oświetleniem RGB analogów i trybami chłodzenia.
Legion Go S oferuje ogrom opcji, co jest mieczem obosiecznym. Dla gadżeciarza to raj – pełna kontrola nad sprzętem. Dla „niedzielnego gracza”, który chce po prostu włączyć Mario Kart, ta ilość suwaków i wykresów może być przytłaczająca. Nintendo decyduje za Ciebie, Lenovo oddaje stery w Twoje ręce – ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Jednak w bezpośrednim starciu Switch 2 wygrywa prędkością działania. Nintendo włącza się błyskawicznie. Wybudzanie z uśpienia to ułamek sekundy – klikasz i grasz. Legion potrzebuje chwili na „zimny rozruch”, a powrót z uśpienia, choć szybszy niż na Windowsie, wciąż nie jest tak natychmiastowy jak na konsoli Nintendo.
Największym argumentem zwolenników PC handheldów jest „Wolność”. Nie jesteś skazany na drogi eShop! Postanowiłem to sprawdzić na przykładzie Assassin’s Creed Shadows na platformie Ubisoft Connect. Na Switchu włożyłbym kartridż, lub odpalił cyfrowe wydanie. Tutaj zaczęła się droga przez mękę, która idealnie pokazuje, dlaczego PC handheldy to wciąż „sprzęt dla dłubaczy”.
-
Akt 1: Linuxowe Podziemie. Żeby w ogóle zacząć, musiałem wyjść z wygodnego SteamOS do „Trybu Pulpitu”. Tam, używając ekranu dotykowego (bo touchpad jest tragiczny), pobrałem instalator
.exeze strony Ubisoftu (wcześniej instalując przeglądarkę Firefox). Następnie musiałem odpalić tutorial na Youtubie (15 minut!), który miał mnie pokierować jak zainstalować launcher. Odpadłem gdzieś przy 10 minucie, ponieważ to co było na moim ekranie różniło się od tego co widziałem na wyświetlaczu telefonu. Jednak ku mojemu zdziwieniu UbisoftLauncherInstalation.exe pojawił się w menu SteamOS w zakładce „gier poza steamem”… -
Akt 2: Złudna Radość. Instalacja ruszyła. Przeklikałem się przez okienka jak na Windowsie 98, zalogowałem się (walka z nie wyskakującą klawiaturą ekranową i przepisaniem jej włączenie na przycisk w ustawieniach to osobna historia) i pobrałem 140 GB gry. Odpaliłem. Działa! Gra wyglądała świetnie, zrobiłem kilka screenów, byłem z siebie dumny. „Okiełznałem bestię!” – pomyślałem.
-
Akt 3: Gdzie jest moja gra?! Po godzinie wyłączyłem konsolę. Wieczorem chciałem wrócić do Japonii. Wchodzę w bibliotekę Steam, klikam „Graj” i… odpala mi się instalator Ubisoft Connect. Gra ani zainstalowany instalator nie ukazały się w zakładce, w której widnieje …instalator.exe.
Wpadłem w szał. Gra przecież jest na dysku – zajmuje miejsce! Okazało się, że Steam na Linuxie tworzy dla każdej gry osobny, wirtualny dysk (tzw. prefix) z losowym numerem w nazwie. Moja gra była zainstalowana w czeluściach folderów systemowych, do których normalny użytkownik nie zagląda. Zamiast grać, spędziłem 40 minut na Reddicie, szukając folderu compatdata, próbując podlinkować plik .exe z zainstalowaną grą do Steama.
To jest ten moment, w którym Nintendowiec rzuca sprzętem. Na komputerze z Windowsem masz ikonę na pulpicie. Tutaj? Musisz bawić się w hakera, żeby po prostu włączyć grę, którą legalnie kupiłeś i zainstalowałeś. Jeśli nie trzymasz się gier ze Steama – Legion Go S bywa niesamowicie wrogi.
Rozdział 6: Bateria i Zasilanie. Prawdziwy test mobilności
Zanim przejdziemy do baterii, musimy wyjaśnić sobie jedną rzecz. Legion Go S to mały potwór. Napędza go procesor AMD Ryzen Z1 Extreme, który w świecie mobilnym jest odpowiednikiem samochodu wyścigowego. W surowych cyferkach (teraflopach) Legion zjada Switcha 2 na śniadanie.
Jednak w praktyce… przepaść nie jest tak ogromna, jak mogłoby się wydawać. Dlaczego? Przez magiczne słowo: Optymalizacja. Switch 2 korzysta z zamkniętej architektury i technologii NVIDIA (DLSS), co pozwala grom wyglądać obłędnie przy znacznie mniejszym zużyciu prądu. Legion musi „siłowo” przepychać piksele. Owszem, w Legionie zobaczymy lepsze cienie, zasięg rysowania czy tekstury w ultra wysokiej rozdzielczości, ale Switch 2 dzielnie dotrzymuje kroku, oferując obraz, który na 8-calowym ekranie często wygląda równie dobrze, a działa stabilniej. To nie jest walka nokautująca – to raczej starcie brutalnej siły (Legion) ze sprytem i technologią (Switch).

Teraz o nieszczęsnej baterii. Przetestowałem Legiona w trzech scenariuszach: AAA (Cyberpunk 2077, Assassin’s Creed Shadows) oraz Indie (Into the Breach). Wyniki są bezlitosne, bo fizyki nie oszukasz – Legion ma baterię o pojemności 55.5 Wh. To niewiele, zwłaszcza gdy konkurencja (np. ROG Ally X) oferuje ogniwa 80 Wh.
-
Cyberpunk 2077: Na profilu graficznym „Steam Deck” (średnie detale), Legion Go S wytrzymał niecałe 1.5 godziny. Bateria znikała w oczach. Switch 2 w tej samej grze (oczywiście w gorszej oprawie) pozwala na ponad 2.5 godziny zabawy.
-
Gry Indie: Tutaj różnica jest jeszcze bardziej drastyczna. W Into the Breach Switch 2 zjada Legiona na śniadanie, oferując czas pracy liczony w kilku dłuższych godzinach, podczas gdy Legion wciąż drenuje baterię przez sam system i duży ekran.
Bezpośrednie starcie na ekranie: Grafika kontra Optymalizacja
Żeby nie być gołosłownym, zestawiłem oba sprzęty obok siebie w dwóch potężnych tytułach AAA: Cyberpunk 2077 oraz Assassin’s Creed Shadows. Jak możecie zobaczyć na załączonych zdjęciach porównawczych, przewaga technologiczna Legion Go S jest widoczna gołym okiem. Na Lenovo dostajemy wyższą rozdzielczość, ostrzejsze tekstury, lepsze cieniowanie i detale, które na Switchu 2 musiały pójść pod nóż optymalizatora. Legion potrafi wygenerować obraz, który na 8-calowym ekranie po prostu opada szczękę.
Ale ta wizualna uczta ma swoją mroczną stronę – apetyt na prąd. Architektura x86 (pecetowa) w Legionie jest niesamowicie prądożerna w porównaniu do mobilnych układów ARM ze Switcha. Postanowiłem zrobić mały eksperyment: zjechałem z „suwakami” graficznymi w Legionie do absolutnego minimum. Wyłączyłem, co się dało, psując grafikę do poziomu, w którym gra wyglądała wręcz gorzej niż na Switchu 2.
Efekt? Nawet na tak „ziemniaczanych” ustawieniach, bateria w Legion Go S znikała w zastraszającym tempie, a konsola padła o wiele szybciej niż sprzęt Nintendo. Switch 2 jest skrojony na miarę – deweloperzy wyciskają z niego soki tak, by gra wyglądała dobrze i trzymała sensowny czas na baterii. W Legionie z kolei sam procesor i system operacyjny pożerają tyle energii, że na gry zostają po prostu resztki. Jeśli więc odchodzicie od gniazdka, piękna grafika z Lenovo szybko ustępuje miejsca czarnemu ekranowi z napisem „Low Battery”.
W zestawie dostajemy potężną kostkę 65W. To robi robotę! Podłączając konsolę do prądu podczas grania w wymagające gry AAA, bateria faktycznie się ładuje, a nie tylko „podtrzymuje życie”. Jeśli masz gniazdko w pobliżu – grasz bez stresu.
Obiecałem wrócić do tematu wiatraków i niestety nie mam dobrych wieści. Układ chłodzenia w Legion Go S jest wydajny, ale płacimy za to wysoką cenę w decybelach.
Podczas grania w indyki, czy przeskakując po systemie jest cicho. Ale gdy odpalimy wymagający tytuł konsola zamienia się w małą suszarkę. To nie jest tylko szum powietrza – to wysoki, świszczący dźwięk wchodzący na wysokie obroty, który potrafi przebić się przez (i tak słabe) głośniki.
Switch 2 przyzwyczaił nas do dyskrecji. Nawet gdy jego wentylator pracuje na 100%, jest to „szum tła”. Legion Go S pod obciążeniem dominuje w pomieszczeniu. Jeśli planujecie grać w łóżku obok śpiącej osoby – przygotujcie się na szturchanie łokciem i prośby o wyłączenie tego „odkurzacza”.
Podsumowanie
Lenovo Legion Go S (SteamOS) to sprzęt pełen sprzeczności.
Z jednej strony deklasuje Nintendo technologią: analogi z efektem Halla, adaptacyjne triggery, RGB, szybka ładowarka 65W w zestawie i potężna wydajność, która pozwala ograć Cyberpunka w detalach, o jakich Switch może tylko pomarzyć.
Z drugiej strony – przegrywa ergonomią i mobilnością. Jest ciężki, głośny, ma fatalne głośniki, a kable sterczące z góry obudowy to designerski koszmar.
Dla kogoś, kto wychował się na konsolach Nintendo, ten sprzęt bywa frustrujący. Wymaga uwagi, konfiguracji i cierpliwości. Ale w zamian daje dostęp do tanich gier na Steamie i tytułów, których na Switchu nigdy nie zobaczymy. Nie można zapomnieć, że Legion Go S może być świetną maszyną dla ogrywania retro gier.
Czy zamieniłbym Switcha 2 na Legiona? Nie. Wygoda, czas pracy na baterii, kultura pracy i magia gier ekskluzywnych Nintendo wygrywają w codziennym użytkowaniu.
Czy chciałbym mieć Legiona jako drugą konsolę do „zadań specjalnych”? Zdecydowanie tak. To idealne uzupełnienie dla gracza, który kocha handheldy, i chce pograć w gierki niedostępne na systemie Nintendo.
MOJA OCENA: 7.5/10
Autor recenzji na co dzień korzysta z Nintendo Switch 2. Testowany egzemplarz Legion Go S był wypożyczony do testów.
