SprzętRecenzja
SprzętArtykuł

Testujemy AYANEO 3 – Potężny sprzęt, który daje nieskończoną wolność i… zabiera mnóstwo nerwów

Pamiętacie nasze spotkanie z Lenovo Legion Go na łamach Nintendowca?…

5 kwietnia 2026

Pamiętacie nasze spotkanie z Lenovo Legion Go na łamach Nintendowca? Zderzenie zatwardziałego fana Nintendo (przyzwyczajonego do tego, że sprzęt z wielkim „N” na obudowie po prostu wyciąga się z pudełka i włącza grę) z surowym, pecetowym środowiskiem na małym ekranie wywołało wtedy sporo emocji i ciekawych wniosków. Dzisiaj, po raz kolejny, wychodzimy ze swojej „bezpiecznej strefy” prosto w objęcia Windowsa. Na redakcyjny warsztat wjeżdża absolutna nowość od chińskiego producenta, który na rynku przenośnych pecetów zjadł już zęby – przed Wami potężne AYANEO 3.

 

 

Model, który trafił w moje ręce na dwutygodniowe testy, to wariant AYANEO 3 OLED Ryzen 7 32GB/1TB 144Hz w mrocznej i eleganckiej wersji kolorystycznej „Starry Black”. Co więcej, otrzymałem go w zestawie z czymś, co jest absolutnym „game changerem” i głównym koniem pociągowym marketingu tej konsoli – innowacyjnym systemem wymiennych modułów sterujących, znanym jako „Magic Modules”. Z tym sprzętem spędziłem równe czternaście dni, grając w łóżku, na kanapie, sprawdzając go w podróży i próbując zrozumieć filozofię, jaka przyświecała jego twórcom. Powiem Wam na wstępie jedno: to fascynujący, pękający w szwach od najnowszej technologii kawałek sprzętu, który potrafi w sobie bez pamięci rozkochać, by dosłownie za kilkanaście minut doprowadzić gracza do absolutnej szewskiej pasji.

Zapnijcie pasy, bo przed nami długa podróż przez gąszcz specyfikacji, genialnych pomysłów i kompletnie niezrozumiałych błędów projektowych.

 

Klęska urodzaju, czyli 12 twarzy jednej konsoli

Zanim przejdziemy do tego, jak sprzęt leży w dłoniach, musimy pomówić o polityce wydawniczej AYANEO, która dla przeciętnego konsolowca jest czymś absolutnie nie do pojęcia. Kiedy Nintendo wydaje nową konsolę, mamy zazwyczaj jeden wariant. Czasem, po latach, pojawia się wersja OLED lub Lite. AYANEO z kolei wzięło sobie do serca hasło „dla każdego coś miłego” do tego stopnia, że wypuściło „Trójkę” w bagatela… dwunastu różnych konfiguracjach sprzętowych.

 

 

Zrozumienie tej drabinki to jak czytanie skomplikowanego drzewka umiejętności w grze RPG. Całą linię AYANEO 3 trzeba najpierw podzielić ze względu na serce układu. Mamy tu model z procesorem AMD Ryzen 7 8840U (który napędza nasz recenzowany egzemplarz) oraz znacznie potężniejszy i nowszy wariant wyposażony w układ AMD Ryzen AI 9 HX 370. Na tym jednak wybór się nie kończy. Każda z tych dwóch głównych linii procesorowych dostępna jest w wydaniu z ekranem LCD (który, co ciekawe, obsługuje technologię VRR, czyli zmienną częstotliwość odświeżania) oraz z przepięknym ekranem OLED.

Mało? No to jedziemy dalej. W zależności od tego, jaki procesor i ekran wybierzecie, dochodzą do tego potrójne warianty pamięciowe. Możecie kupić podstawową wersję z 16 GB RAM i dyskiem 512 GB, mocniejszy „środek” z 32 GB RAM i dyskiem 1 TB (właśnie ten testujemy), aż po absolutnie kosmiczne, topowe wydanie z 64 GB RAM LPDDR5X (taktowanej na 7500MT/s) i potężnym dyskiem NVMe PCIe Gen. 4.0 o pojemności 4 TB. To jest prawdziwy koszmar decyzyjny dla kogoś, kto po prostu chce kupić konsolę do grania.

 

Cena luksusu. AYANEO 3 kontra Switch 2

Powyższa mnogość konfiguracji bezpośrednio przekłada się na cennik, który potrafi przyprawić o zawroty głowy. Biorąc pod uwagę całą tę drabinkę, model, który otrzymaliśmy do testów (Ryzen 7 8840U / 32GB / 1TB / OLED) jest de facto wersją celującą w „średnią/niższą półkę” możliwości tego sprzętu. Na oficjalnej stronie producenta wyceniono go na 1099 dolarów (i to bez zestawu wspomnianych wymiennych modułów, za które trzeba zapłacić osobno!). Najtańsza, najbardziej okrojona wersja z ekranem LCD zaczyna się od 699 dolarów, podczas gdy absolutnie topowy „potwór” z procesorem HX 370 i 4TB dysku kosztuje astronomiczne 1799 dolarów.

 

 

Jak to wygląda na polskim podwórku? Cóż, oficjalna dystrybucja sklepowa w naszym kraju to temat trudny i bolesny. Opcje zakupu są mocno ograniczone, narzuty pośredników wysokie, a żeby stać się posiadaczem testowanego przez nas wariantu (wzbogaconego o zestaw „Magic Modules”), trzeba przygotować się na wydatek rzędu około 5000 złotych. Sam zestaw sześciu wymiennych modułów sterujących to koszt niemal 600 złotych! Tak, 6 stówek za małą walizeczkę z plastikowymi krzyżakami i gałkami.

Dla nas, fanów Nintendo, ta perspektywa jest wręcz miażdżąca. Oczekujemy, że nadchodzący wielkimi krokami Switch 2 będzie wyceniony na około 2000 złotych za samą konsolę (nie licząc cyklicznych promocji, które pozwolą zbić tę cenę jeszcze o 200 czy 300 złotych). Mówimy więc o sytuacji, w której za jedno AYANEO 3 możemy kupić co najmniej dwa, a może i dwa i pół Switcha 2. Oczywiście, musimy mieć świadomość, że najnowsze, wysokobudżetowe gry z segmentu AAA będą na sprzęcie Nintendo wyglądać o wiele gorzej – jeśli w ogóle na niego trafią – ale przeskok cenowy między oboma światami jest gigantyczny. Płacimy tu za miniaturyzację technologii PC do rozmiarów przenośnych. Pytanie tylko, czy na pewno chcemy tyle płacić.

 

Pierwsze wrażenia: Szklana pułapka i ergonomiczny raj

Wyjmując AYANEO 3 z pudełka, od razu czuć, że trzymamy w dłoniach produkt klasy premium. Konsola jest spora – jej dokładne wymiary to 289.8 x 115 x 22.4 mm – i naprawdę masywna, bo waży około 690 gramów. W porównaniu do oryginalnego Switcha to prawdziwy wagi ciężkiej kolos.

Zanim przejdziemy do tego, jak sprzęt leży w dłoniach, warto wspomnieć o samym unboxingu. W eleganckim kartonie, poza samą konsolą (która już na starcie robi wrażenie swoimi gabarytami), znajdziemy standardowy zestaw akcesoriów. Producent dorzuca do pudełka zasilacz (65W) wspierający szybkie ładowanie wraz z zestawem wymiennych końcówek do gniazdek z różnych regionów świata (ładowarka jest UK i musimy zamontować adapter EU) oraz solidny kabel USB-C do USB-C. Znajdziemy tam również krótką instrukcję obsługi. W przypadku naszego, droższego wariantu recenzenckiego, w osobnym, zgrabnym plastikowym futerale (przypominającym nieco etui na drogie okulary) znajduje się oczywiście wspomniany zestaw sześciu wymiennych „Magic Modules” z dodatkowym narzędziem do ich wyciągania i zapasowymi nakładkami. Ot, solidny standard bez zbędnych fajerwerków.

 

 

Front urządzenia został przykryty w całości taflą szkła. Wygląda to niesamowicie elegancko, wręcz onieśmielająco, zacierając granice między ekranem a ramkami. Przypomina to najdroższe flagowe smartfony lub nowoczesne tablety. Niestety, w głowie od razu włącza się lampka ostrzegawcza (szczególnie jeśli macie w domu dzieci, lub po prostu zdarza Wam się upuścić Switcha na podłogę). Cały ten piękny, szklany front wręcz „straszy”, że przy pierwszym, nawet drobnym i niefortunnym upadku z rąk na kafelki, coś może tu spektakularnie pęknąć i rozsypać się w drobny mak. Dodatkowo testowany przeze mnie kolor „Starry Black” to absolutny i bezlitosny magnes na odciski palców. Po godzinie grania konsola wygląda, jakbyście jedli nad nią frytki.

Jeśli jednak przymkniemy oko na kwestie utrzymania czystości, to AYANEO 3 w temacie ergonomii odrabia lekcje z nawiązką i deklasuje większość konkurencji. Bok urządzenia – czyli miejsca, gdzie trzymamy dłonie, popularnie zwane „gripami” – zostały wyprofilowane po prostu genialnie. Ręce idealnie wpasowują się w obudowę, a dzięki tej krągłości dłonie nie drętwieją i nie męczą się nawet po wielogodzinnych sesjach. Przypomnijcie sobie, jak to wygląda w przypadku Switcha, który jest płaski jak deska do krojenia – bez zewnętrznych nakładek (np. od JSAUX czy Skull & Co.) dłuższe granie w trybie przenośnym bywa po prostu bolesne. Tutaj ten problem nie istnieje.

W AYANEO 3 zaimplementowano świetny żyroskop oraz bardzo wyraziste, silne wibracje, które doskonale podbijają immersję w grach akcji. Zarówno gałki analogowe, jak i tylne spusty (triggery) działają w oparciu o technologię czujników z efektem Halla. Oznacza to, że nie uświadczymy tu żadnego mechanicznego tarcia, a co za tym idzie – możemy pożegnać znienawidzone przez wszystkich posiadaczy Switcha zjawisko „driftowania” analogów. To sprzęt na lata.

Prawdziwym błyskiem geniuszu na polu ergonomii są jednak dwa małe przełączniki umieszczone na pleckach obudowy. Pozwalają one na fizyczne, sprzętowe zablokowanie skoku triggerów. Kiedy przełączymy blokadę, spusty nie wciskają się już gładko do samego końca (co jest idealne do dozowania gazu w grach wyścigowych), lecz stawiają opór po bardzo płytkim, niemal natychmiastowym „kliku”. To rozwiązanie żywcem wyjęte z profesjonalnych padów e-sportowych (tzw. hair-triggers), które fani dynamicznych strzelanek FPS absolutnie pokochają. Szybkość reakcji w takim „Cyberpunku 2077” czy „Call of Duty” wzrasta diametralnie.

 

 

Z tyłu, tuż pod naszymi środkowymi palcami, znajdziemy dodatkowo dwa programowalne przyciski makro. Na górnej krawędzi umieszczono przycisk zasilania zintegrowany z bardzo szybkim czytnikiem linii papilarnych, potężny port OCuLink (zastępujący drugie złącze USB na górze, służący do podłączenia zewnętrznych kart graficznych eGPU), standardowe złącze USB4. Na dolnej krawędzi mamy kolejne złącze USB4, gniazdo słuchawkowe 3.5 mm oraz ukryty za zaślepką slot na karty MicroSD. Bogactwo portów to zdecydowany plus.

 

 

Ekran OLED 144Hz i potężne nagłośnienie

Głównym aktorem na froncie jest 7-calowy ekran dotykowy. W moim egzemplarzu jest to matryca OLED o rozdzielczości 1920×1080 (Full HD). I szczerze mówiąc, brakuje mi słów, by opisać, jak fantastycznie to wygląda na żywo. Odświeżanie na poziomie 144Hz sprawia, że poruszanie się po systemie czy granie w dynamiczne, mniej wymagające tytuły to czysta poezja płynności. Kolory wręcz wylewają się z wyświetlacza, kontrast jest nieskończony (dzięki idealnej, OLED-owej czerni), a ekran wspiera pełen zakres HDR. Gry, w które na Switchu graliśmy w wypłowiałych barwach (np. „The Witcher 3” czy indyki oparte na mocnym kontraście), tutaj zyskują absolutnie nowe, wspaniałe życie.

 

 

Oczywiście ten przepiękny wyświetlacz ma swoją mroczną stronę – jest straszliwie prądożerny. Jeśli podkręcimy jasność na maksimum i odpalimy grę w 144 klatkach, bateria znika dosłownie w oczach. Warto też nadmienić mały szczegół techniczny: paradoksalnie, to tańsza wersja konsoli z ekranem LCD obsługuje technologię VRR (Variable Refresh Rate), która świetnie niweluje rwanie obrazu przy niestabilnych klatkach. Wersja OLED, którą testujemy, tej funkcji nie posiada, nad czym można tylko ubolewać.

Dźwięk, który wydobywa się z konsoli, to kolejna wielka zaleta. AYANEO 3 korzysta z frontowych głośników z systemem o nazwie „HyperSound 2.0”. Są niezwykle potężne, grają czysto, mają zadowalający bas i potrafią skutecznie zagłuszyć (co będzie kluczowe, o czym za chwilę) głośną pracę systemu chłodzenia.

 

Magic Modules: Rewolucja z poważnym błędem projektowym

Przechodzimy do gwoździa programu, czyli zestawu „Magic Modules”. To właśnie to rozwiązanie miało odróżnić AYANEO 3 od Steama Decka, ROG Ally czy legionu Go. W praktyce to funkcja wybitna, ale naznaczona ogromnym, wręcz niewybaczalnym błędem inżynieryjnym.

 

 

W plastikowym opakowaniu przypominającym futerał na drogie okulary otrzymujemy zestaw sześciu różnych modułów, z których możemy „budować” nasz idealny układ sterowania na froncie konsoli. Producent z dumą chwali się, że daje nam to aż 56 możliwych kombinacji. Możemy swobodnie wymieniać klasycznego, krzyżakowego D-Pada na okrągły dysk, podobny do tego z pada Xbox Elite. Co ważniejsze – wszystkie moduły (poza jednym) możemy obracać o 180 stopni! Denerwuje Cię asymetryczny układ w stylu Xboxa i wolisz, gdy obie gałki analogowe są na dole, jak w padach od PlayStation? Żaden problem. Chcesz mieć D-Pad na samej górze? Proszę bardzo. Możesz nawet fizycznie wyciągać nakładki przycisków A, B, X, Y i zamieniać je miejscami, aby dopasować układ pod peceta lub pod styl Nintendo. Ta swoboda jest uzależniająca.

Absolutnym hitem dla fanów bijatyk i retro gamingu jest moduł zawierający układ sześciu przycisków akcji (dwa rzędy po trzy guziki). Jeśli chcecie pograć w Street Fighter 6 na krzyżaku i sześciu frontowych przyciskach, albo odpalić emulator Segi Saturn i zagrać w klasyki tak, jak twórcy to sobie zaplanowali – AYANEO 3 daje Wam taką możliwość. Żaden inny PC Handheld na rynku tego nie oferuje.

 

 

W zestawie znajdziemy też dwa małe trackpady, mające stanowić odpowiedź na touchpady ze Steama Decka. Niestety, w praktyce spisują się bardzo słabo. Mają niezwykle płytki skok kliknięcia, są niewygodne w użyciu, a znalezienie w systemie optymalnego punktu czułości (sweet spotu) graniczy z cudem. Zazwyczaj po kilku minutach wracałem do klasycznych analogów.

Muszę też wspomnieć o jeszcze jednej, dość absurdalnej decyzji producenta. Dziwnym zagraniem jest to, że zestaw „Magic Modules” – za który dopłacamy przecież niemałe pieniądze – zawiera jeden moduł będący praktycznie kalką tego, co mamy już fabrycznie zamontowane na konsoli. Owszem, na papierze i w palcach różnią się one technologią kliku: te domyślne to miękkie „Conductive Adhesive Button Version” (gumki stykowe), a te z walizeczki działają jako „Thin-film Micro-action Buttons” (nieco bardziej „klikające” mikroprzełączniki). Niemniej jednak wizualnie i funkcjonalnie to wciąż dublowanie dokładnie tego samego układu. Uważam, że to bezsensowne rozwiązanie i najzwyczajniej w świecie zmarnowany potencjał. Twórcy powinni bardziej się postarać i dorzucić w to miejsce jakiś zupełnie inny, unikalny wariant – przy tak modułowej konstrukcji możliwości jest przecież masa. Zamiast kolejnej innowacji, dostajemy powtórkę z rozrywki. Trochę smutek.

 

 

Teraz najgorsze. Sam proces wymiany modułów na początku wywołuje „efekt WOW”. Z poziomu oprogramowania AYANEO (AyaSpace) lub długim naciśnięciem przycisku na dolnej krawędzi obudowy wywołujemy proces „wyrzutu”. Małe, wbudowane w konsolę silniczki ze specyficznym brzęczeniem same wypychają wybrane moduły do góry, zwalniając blokady. Uczucie jest świetne, wręcz futurystyczne.

Niestety, to rozwiązanie skrywa ogromną pułapkę. Fizyczny przycisk na dole konsoli nie jest w stanie mechanicznie odblokować modułów bez włączonego oprogramowania AyaSpace! To kompletny absurd. AYANEO oddało pełną kontrolę nad fizycznym osprzętem w ręce awaryjnego software’u. Jeśli Windows się zawiesi, jeśli wyskoczy blue screen, jeśli z jakiegoś powodu nakładka AyaSpace się nie uruchomi – zostaniecie z zablokowanymi na stałe modułami, których nie da się wyszarpać palcami bez ryzyka połamania obudowy. Brak awaryjnego, całkowicie mechanicznego zwalniacza zaczepów (np. ukrytego głęboko w obudowie na szpilkę) to ogromne niedopatrzenie.

 

 

Wydajność w praniu. Dwa tygodnie w świecie AAA i chmurze

Odłóżmy na bok sprzętowe bajery i skupmy się na tym, do czego to urządzenie zostało stworzone – do grania. Procesor AMD Ryzen 7 8840U w połączeniu z układem graficznym Radeon 780M i 32 GB RAM to potężna machina, choć warto pamiętać, że nowszy wariant HX 370 z Radeonem 890M radzi sobie z najcięższymi grami jeszcze lepiej (i kosztuje odpowiednio więcej).

Z konsolą spędziłem blisko 14 dni intensywnych testów. Oczywiście, odpalanie gier niezależnych (indyków) takich jak Hades, Dead Cells czy Hollow Knight to dla tego sprzętu kaszka z mlekiem. Prawie w każdej z tych gier ekran mógł rozwinąć skrzydła, osiągając z łatwością 120-144 klatki na sekundę bez konieczności ruszania suwaków detali, a my mogliśmy cieszyć się przepiękną, płynną rozgrywką.

 

 

Równie perfekcyjnie wypada granie w chmurze. Przetestowałem na AYANEO 3 usługę Amazon Luna i urządzenie spisuje się znakomicie. Karta sieciowa Wi-Fi 6 robi świetną robotę w utrzymywaniu stabilnego połączenia, co przy tak genialnym ekranie OLED daje złudzenie grania w gry w sposób natywny.

Prawdziwy test dla tego maleństwa stanowią jednak najnowsze, wysokobudżetowe produkcje AAA. Tutaj AYANEO 3 musi już mocno rozkręcić wentylatory i pobierać sporo prądu (testowałem gry głównie przy wysokim TDP na poziomie 20-30 W). Wyniki, jak na sprzęt mobilny, są bardzo dobre, ale wymagają pójścia na kompromisy wizualne i szerokiego korzystania z technologii upscalingu (AMD FSR), aby utrzymać natywną rozdzielczość 1080p na 7-calowym ekranie.

Oto uśrednione wyniki, jakie udało mi się uzyskać w moich trzech głównych grach testowych:

  • Cyberpunk 2077: Tutaj postanowiłem sprawdzić czystą moc konsoli i całkowicie wyłączyłem programy do upscalingu. Wyniki są wręcz imponujące. Odpalając specjalny preset „Steam Deck Mode” uzyskujemy stabilne 64 FPS. Na ustawieniach Niskich wyciągnąłem 67 FPS, a na Średnich nadal rewelacyjne i bardzo płynne 62 FPS. Schody i spadki zaczynają się wyżej: detale Wysokie to już 42 klatki, a Ultra 37 FPS. Z czystej ciekawości rzuciłem też konsolę na pożarcie Ray Tracingowi. O ile RT Niski (37 FPS) dało się jeszcze jakoś przełknąć, tak RT Średni (22 FPS) był już klatkowaniem. Odpalenie RT Ultra okazało się gwoździem do trumny – licznik pokazał około 15 klatek, po czym konsola wywiesiła białą flagę i gra po prostu wywaliła mnie do pulpitu z informacją, że CP2077 się „wypłaszczył”.

  • Assassin’s Creed Shadows: To niesamowicie wymagający tytuł, więc tutaj wsparcie technologii upscalingu było już niezbędne. Z włączonym AMD FSR w wersji 2.1 gra staje się bardzo przyjemna w odbiorze. W trybie Wydajnościowym (Performance) sprzęt generował 48 FPS. Przejście na tryb Zrównoważony (Balanced) obniżyło wynik do 43 FPS, natomiast tryb stawiający na Jakość (Quality) zaoferował równe 40 klatek na sekundę. Jak na ogromny, otwarty świat w nowożytnej grze AAA – to świetne, w pełni grywalne wartości.

 

Oczywiście, wracając perspektywą do naszego kochanego, poczciwego Switcha – każda z tych gier, o ile w ogóle dałaby radę na nim odpalić, działałaby w 15klatkach w rozdzielczości niższej niż 720p i wyglądałaby jak ziemniak. Różnica mocy między architekturą mobilną Nintendo (Tegra) a pełnoprawnym komputerem x86 w AYANEO 3 to technologiczna przepaść. Jednak porównując tego PC Handhelda z nowym Switchem 2 to różnica wydajność/cena między tymi dwoma platformami niewątpliwie jest na korzyść NS2 kosztującym 2k i dającym sobie bez problemu z kultowym Cyberpunkiem 2077 czy najnowszym Assassinem.

 

Windows 11 i AyaSpace 3.0 – Zmora konsolowego gracza

Tym samym dochodzimy do największego punktu zapalnego, miejsca, w którym jako „Nintendowiec” najczęściej mam ochotę rzucić tym drogim sprzętem przez okno. Mowa o oprogramowaniu.

AYANEO 3 działa pod kontrolą systemu operacyjnego Microsoft Windows 11. Nakładką, która ma ułatwić nam poruszanie się po tym „okienkowym” koszmarze za pomocą padów i dotyku, jest autorski program producenta – AyaSpace w wersji 3.0. Co prawda  oprogramowanie to przeszło długą drogę, jest znacznie lepsze, szybsze i bardziej przejrzyste niż to, z czym gracze mierzyli się w poprzednich wersjach.

 

 

AyaSpace 3 daje nam wprost niewyobrażalną swobodę w kalibracji niemal każdego aspektu urządzenia. Możemy z jego poziomu sterować poborem mocy (od cichego trybu Power Saving po agresywny tryb Extreme), kontrolować krzywą wentylatorów, podświetleniem RGB ukrytym pod gałkami (które wygląda świetnie, ale można je też całkowicie wyłączyć) czy zarządzać zainstalowanymi grami ze Steam, Epic Games czy Xbox Game Pass. Ba, oprogramowanie ma wbudowaną funkcję „w locie”, która pozwala przeznaczyć część pamięci RAM dla układu graficznego (VRAM) – mając na pokładzie 32 GB RAM, mogłem bez problemu przypisać aż 16 GB na poczet pamięci wideo, co w najnowszych hitach AAA potrafiło realnie „odblokować” brakującą wydajność przy najwyższych ustawieniach i uratować kilka klatek na sekundę. To absolutny mokry sen komputerowego inżyniera.

 

 

Tylko że… ja nie chcę być inżynierem. Ja chcę być graczem konsolowym. Filozofia Nintendo czy Sony jest prosta: wkładasz kartridż lub płytę i grasz. System robi wszystko za Ciebie. AYANEO 3 tego „Plug & Play” po prostu nie posiada. Zanim zacząłem cieszyć się grą, często łapałem się na tym, że spędzam 20/30 minut grzebiąc w paskach poboru mocy, dobierając mapowanie przycisków, ustawiając dedykowany układ modułów w AyaSpace i walcząc z FSR w opcjach samej gry, aby znaleźć złoty środek między płynnością a czasem pracy na baterii.

 

 

Przy okazji omawiania nakładki AyaSpace 3.0, musimy uderzyć w jeszcze jeden, bardzo czuły dla polskiego gracza punkt. Oprogramowanie to dostępne jest wyłącznie w dwóch językach: angielskim oraz chińskim. O wsparciu dla innych wiodących języków europejskich (nie wspominając już o polskim) możemy na ten moment całkowicie zapomnieć. I jasne, my – fani Nintendo – jesteśmy zaprawieni w bojach i od lat przyzwyczajeni do faktu, że nasz sprzęt z wielkim „N” omija język polski w menu szerokim łukiem. Jednak w przypadku AYANEO 3 mówimy o zupełnie innej skali. Tutaj menu to nie są tylko proste kafelki z grami, ale ściana zaawansowanych, technicznych pojęć, ustawień zasilania (TDP), kalibracji żyroskopu czy krzywych wentylatorów. Konieczność przebijania się przez ten gąszcz inżynieryjnych opcji w obcym języku przy sprzęcie za 5000 złotych potrafi mocno zniechęcić i drastycznie podnosi próg wejścia dla mniej zaawansowanych użytkowników.

 

 

Co gorsza, nakładka wciąż bywa kapryśna. Zdarzyło mi się, że AyaSpace 3.0 postanowił siłą przejąć kontrolę nad nakładką Steam Input, przez co trackpady nagle przestały działać jako myszka, a gra przestała wykrywać mojego pada. Czasami całe oprogramowanie AYANEO całkowicie się „zawieszało” (zamrażając przy okazji funkcję wypluwania modułów), zmuszając mnie do resetu całego systemu. Owszem, można obejść ten problem używając potężnego trybu Big Picture od Steam, który robi ze sprzętu wirtualnego Steama Decka, ale z tyłu głowy wciąż mamy pod spodem zaborczego, ciężkiego Windowsa.

 

Koszmar trybu uśpienia i irytująca bateria

Największą i najbardziej niewybaczalną zbrodnią Windowsa 11 na tego typu urządzeniach jest jednak całkowite zepsucie „konsolowego doświadczenia” związanego ze wstrzymywaniem rozgrywki. Każdy posiadacz Switcha wie, jak to działa: grasz w Zeldę, dzwoni kurier do drzwi, wciskasz przycisk zasilania. Konsola w ułamku sekundy idzie spać, gra się pauzuje, bateria niemal nie spada. Wracasz za 5 godzin, wciskasz guzik i w ułamku sekundy grasz dokładnie w miejscu, w którym przerwałeś.

 

 

Na AYANEO 3 ta podstawowa funkcjonalność jest kompletnie zdruzgotana, a uśpienie tego sprzętu przypomina grę w rosyjską ruletkę. Wciskałem przycisk Power. Sprzęt teoretycznie szedł spać. Chowałem go do czarnego etui ochronnego. Jeśli jakiś program w tle, jakaś usługa Windows Update, albo nawet sama aplikacja ze sklepu zdecydowała, że musi zakomunikować się ze sprzętem, konsola wybudzała się sama w zamkniętym pokrowcu! Otwierając etui po piętnastu minutach odnosiłem wrażenie, że wyjąłem sprzęt z piekarnika – na rozgrzanej obudowie można było dosłownie usmażyć jajko, a chłodzenie wyło na 100% możliwości. Zdarzało się, że zostawiona na szafce nocnej konsola budziła mnie o 3 nad ranem blaskiem przepięknego ekranu OLED, bo „Windows postanowił wstać”. Bateria w trybie uśpienia potrafiła stopnieć do zera przez jedną noc. Zdecydowanie łatwiej, bezpieczniej i pewniej jest po prostu AYANEO 3 brutalnie, całkowicie wyłączać poprzez procedurę „Zamknij system”, co niestety zmusza nas do zapisywania postępów i każdorazowego, żmudnego uruchamiania gier od nowa. To boli.

A skoro o zasilaniu mowa, to bateria stanowi tu piętę achillesową. Wewnątrz tej ważącej 690 gramów bryły producent upchnął ogniwo o pojemności 49 WHr. Brzmi solidnie, ale w konfrontacji z procesorem pobierającym nawet 30W pod obciążeniem i prądożernym 7-calowym ekranem OLED, liczby bywają bezlitosne. Przy odpalonym Cyberpunku 2077 czy Assassin’s Creed, procenty na wskaźniku naładowania dosłownie topnieją w oczach. Średni czas rozgrywki na maksymalnych obrotach wynosi zdecydowanie poniżej jednej godziny od odłączenia od ładowarki. Tyle jeśli chodzi o mobilność. Oczywiście, w tytułach indie ze zmniejszonym poborem mocy (TDP) ten czas drastycznie rośnie i możemy pograć kilka godzin, ale w produkcjach AAA konsola ta sprawdza się najlepiej, będąc wpiętą przewodem do gniazdka.

 

 

 

Aktywne chłodzenie również potrafi dać o sobie znać. Gdy konsola wejdzie na najwyższe obroty, niewielki wentylator w środku pracuje niesamowicie głośno. Na szczęście, tak jak wspomniałem wcześniej, rewelacyjne głośniki HyperSound na przednim panelu są w stanie w dużym stopniu zagłuszyć ten irytujący szum podczas samej rozgrywki.

 

Werdykt Nintendowca: Potęga i ból głowy

AYANEO 3 to urządzenie absolutnie z innej planety, pełne niesamowitych sprzeczności i skrajnych emocji. Jeśli miałbym odpowiedzieć na pytanie, co podoba mi się w nim najbardziej, bez sekundy wahania odpowiedziałbym: absolutna swoboda i nieskończone możliwości. Dla gracza pecetowego, który kocha grzebać w ustawieniach, sprawdzać suwaki poboru mocy, alokować własnoręcznie VRAM i układać na obudowie swoje autorskie kombinacje „Magic Modules” (jak ten cudowny, 6-przyciskowy wariant do bijatyk) – to sprzęt marzeń i technologiczne dzieło sztuki. Czysta, brutalna wydajność zmieszczona w czymś, co da się trzymać w dłoni, imponuje z każdym uruchomieniem wymagającego tytułu, a ekran OLED 144Hz sprawia, że oczy wręcz chłoną kolory.

 

 

Z perspektywy konsolowca wychowanego na ekosystemie Nintendo, jest to jednak droga przez mękę. Konieczność spędzania długich minut przed każdą nową grą na jej odpowiednim „ustawieniu”, użeranie się ze sztywnym, źle przystosowanym do dotyku systemem Windows 11, irytująco słaby czas pracy na baterii w dużych grach AAA oraz tragicznie zaprojektowany, wręcz zepsuty tryb uśpienia uświadamiają mi, dlaczego tak bardzo kocham swojego „Switcha”. Kiedy dodamy do tego kosmiczną cenę w okolicach 5000 złotych za wariant testowany w Polsce, opadają wszystkie złudzenia – to nie jest zabawka dla każdego. To luksusowy sprzęt dla wyjątkowo świadomego entuzjasty.

Konsola, choć genialna w wielu inżynieryjnych aspektach, gubi się w swoich własnych możliwościach i oprogramowaniu.

Ocena końcowa Nintendowca: 7/10 (Z małą gwiazdką: Jeśli jesteś maniakiem majsterkowania w Windowsie, lub po prostu grasz daily na PC to dolicz sobie jedno oczko do oceny w górę).

 

 

 

 

Podziękowania dla firmy Dilectro za wypożyczenie egzemplarza konsoli do testów.

 


Podsumowanie

Zalety

  • + Potężna wydajność: Układ Ryzen 7 8840U, Radeon 780M i 32 GB RAM radzą sobie z najnowszymi grami AAA.
  • + Obłędny ekran OLED 144Hz: Głęboka czerń, piękne kolory, wsparcie HDR i niesamowita płynność.
  • + Magic Modules: Genialny system wymiennych modułów (aż 56 kombinacji, w tym kapitalny układ 6-przyciskowy).
  • + Wzorowa ergonomia: Świetnie wyprofilowane uchwyty ("gripy") – dłonie nie drętwieją mimo dużej wagi sprzętu.
  • + Trwałe komponenty: Analogi i triggery z efektem Halla całkowicie eliminują problem driftowania.
  • + Blokady triggerów: Fizyczne skrócenie skoku spustów – idealne rozwiązanie do dynamicznych strzelanek.
  • + Nakładka AyaSpace 3.0: Potężne narzędzie, pozwalające m.in. na ręczne przydzielanie RAM-u pod układ graficzny (VRAM).
  • + Bogactwo złączy: Dwa porty USB4, slot MicroSD, jack audio oraz OCuLink (pod zewnętrzne karty graficzne).
  • + Mocne nagłośnienie: Głośniki HyperSound 2.0 grają czysto i skutecznie maskują szum chłodzenia.

Wady

  • - Brak "Plug & Play": Toporny Windows 11 wymusza ciągłe grzebanie w ustawieniach i suwakach zamiast po prostu grać.
  • - Mizerna bateria pod obciążeniem: Przy wymagających produkcjach AAA czas gry spada do niespełna godziny.
  • - Zepsuty tryb uśpienia: Przez system Windows konsola potrafi wybudzić się w torbie, przegrzać i rozładować baterię.
  • - Zaporowa cena: Koszt około 5000 zł to równowartość kilku konsol Nintendo.
  • - Brak wsparcia VRR w OLED: Zmienna częstotliwość odświeżania dostępna jest paradoksalnie tylko w tańszych ekranach LCD.
  • - Głośne chłodzenie: Przy najwyższym poborze mocy wentylatory zaczynają nieprzyjemnie wyć.
  • - Szklany front: Wygląda pięknie, ale jest ekstremalnie podatny na odciski palców i stłuczenia przy upadku.
  • - Chaos decyzyjny: Producent wypuścił aż 12 różnych wariantów tego sprzętu, co wprowadza ogromne zamieszanie przy zakupie.
Wyświetleń: 511

Redaktor

Donat

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *