Hero RecenzjeRecenzja
Hero RecenzjeArtykuł

Amerykański sen – recenzja Assassin’s Creed III: Remastered

Recenzja powstała w oparciu o grę Assassin’s Creed III: Remastered…

3 czerwca 2019

Recenzja powstała w oparciu o grę Assassin’s Creed III: Remastered na konsolę Nintendo Switch. Jest to dzieło jak najbardziej prawdziwe, stworzone przez głębokiego fana serii, dostrzegającego liczne wady, niedociągnięcia i potknięcia, z którymi spotkała się omawiana produkcja w trakcie procesu konwersji.

 

Koniec świata

 

Spoglądając przez pryzmat czasu na serię Assassin’s Creed, można bez zastanowienia uznać ją za jedno z dzieł przecierających szlak wielu gatunkom, po którym do dzisiaj bezpiecznie kroczą. Nie dziwią więc już, spotykane w licznych produkcjach wspinaczki na punkty synchronizacyjne czy widowiskowe biegi w stylu parkour po dachach budynków, które to właśnie na ołtarze wynieśli sami asasyni.

Dlatego też ogrywając wydanego niedawno, zremasterowanego Assassin’s Creed III, obawiałem się, że po upływie siedmiu lat od debiutu, gra zdążyła odejść nieco od poziomu, do którego przyzwyczaiły nas obecne produkcje. Jednak ku mojemu zaskoczeniu, w dalszym ciągu dobrze się przy grze bawiłem, gdyby nie… ech, no właśnie. O tym za chwilę.

 

 

O tym, jak w dobry sposób wykorzystano medium gry jako środek narracyjny w serii Assassin’s Creed, mogę opowiadać godzinami. Dlatego, aby nie zajmować niepotrzebnego miejsca w recenzji, jedynie napomnę, że od strony fabularnej, na barkach AC III spoczęło naprawdę trudne zadanie, polegające na domknięciu kilku wątków z teraźniejszego arc’a historii.  Debiut serii na Switchu nie przekreśla wcale osób niezaznajomionych z poprzednimi odsłonami. Na samym początku gry zostajemy poczęstowani solidnym streszczeniem całej historii serii. W miarę klarownie przedstawione zostają losy dotychczas poznanych przodków – Altaira i Ezia oraz ten pokręcony współczesny, z końcem świata na czele. No ale właśnie, kogo tak po prawdzie interesuje teraźniejszość, gdy tak naprawdę liczy się bycie zakapturzonym zabójcą w przeszłości, prawda?

 

Wolność, wolność, wolność

 

Zgadza się, tak właśnie brzmiały słowa piosenki Georga Michaela. Ale i również błąkały się po głowie głównego bohatera Assassin’s Creed III – Connora, który to w trakcie swojego burzliwego życia, odbędzie walkę o wolność przy barku takiej osobistości, jak sam George Washington. Tak, tym razem przyjdzie nam pokierować losami Amerykanina, który zostaje wplątany w odwieczny konflikt pomiędzy tytułowymi Asasynami a Templariuszami. Historia w AC III stara się nieco wyróżnić od poprzedników, dając graczowi możliwość szerszego spojrzenia oraz, przede wszystkim, lepszego poznania motywów Templariuszy. I jak początkowe sekwencje, układające się w pierwszy akt historii, dają ku temu szansę, tak na późniejszych etapach gry początkowe założenia spotykają się z licznymi uproszczeniami. Autorzy ewidentnie nie chcieli, aby gracz uruchomił myślenie i nie daj Boże się nie pogubił, kto w zasadzie jest tym złym, aby nie odebrać chęci mordowania napotykanych na swojej drodze członków Zakonu Krzyżowców. Ponieważ faktycznie, grając taką postacią jak Connor, wyłącznie osoby z predyspozycjami socjopatycznymi potrafiłaby stworzyć z nim solidną więź.

 

 

Autorzy najwidoczniej byli świadomi tworzenia bohatera o dosyć płaskim profilu psychologicznym. Zdecydowano się ponownie na zabieg z drugiej części cyklu, oddając w ręce gracza możliwość pokierowania losami Connora od czasów jego dzieciństwa. Niestety, zamiast doznać trudów życia rdzennych Amerykanów, co zdecydowanie pomogłoby w utożsamieniu się z protagonistą, otrzymaliśmy przedłużony samouczek, w którym bawimy się z kolegami w chowanego oraz uczymy się polować na zwierzynę. Trud życia Connora, można mimo wszystko ubrać w schemat „Zabili mu rodzinę, teraz on zabije tych, którzy pozbawili go wszystkiego, co kochał”. Na całe szczęście, w historii nie ginie ani jeden pies.

 

Przepraszam, czy mówisz po angielsku?

 

Tak jak wspomniałem wcześniej, w AC III wcielimy się w rdzennego mieszkańca Ameryki, czyli Indianina. Ratonhnhaké:ton (czyt. Ratonagkedon), to oryginalne imię protagonisty, który podobnie jak jego następcy, robiący karierę w Ameryce, został zmuszony do przyjęcia chwytliwego imienia – Connor. Wcielenie się w bohatera z kręgu kulturalnego, posługującego się innym językiem oraz wyznającego „różne wierzenia i religie” pełni rolę bardzo ciekawej lekcji historii. Zapoczątkowane w drugiej części wzmianki w ojczystym języku bohaterów, urozmaicające profil bohatera, znalazły również miejsce w omawianej produkcji. No, czy jest jakaś osoba, która grając w Assassin’s Creed II nie zapamiętała słynnego „Requiescat in Pace”? Normalnie „Molto Bene!” Ale, wracając… W AC III, autorzy zdecydowali się na wykonanie koku dalej, pozostawiając w oryginalnym języku Indian wszystkie rozmowy między członkami plemienia. Nieraz Connor powie do siebie kilka zdań w ojczystym języku, jednak ze względu na ich wyjątkową długość, nie są tak chwytliwe jak powiedzonka jego włoskiego przodka.

 

 

Connor przez całą historię pozostaje wierny swojemu pochodzeniu, co objawia się w stylu jego mówienia oraz zachowaniu. W historii niestety nie znalazły miejsca sytuacje, w których obserwowalibyśmy emocjonalne reakcje bohatera. Oczywiście te, w których nie chwyta za topór i rozwiązuje konflikty przemocą. Nie chcę tu obwiniać scenarzystów za wykluczenie wątku miłosnego, ale ten zdecydowanie pomógłby w pogłębieniu więzi z bohaterem, dając graczowi możliwość emocjonalnego angażu w budowaniu relacji z innymi postaciami w grze. Connor jest zdecydowanie bohaterem czynu z klapkami na oczach, przysłaniającymi inne punkty widzenia. W pamięć nie zapadają również pojedynki z kluczowymi przeciwnikami. Zabójstwo ostatniego członka bractwa Templariuszy przebiega w strasznie ślamazarny i przedłużony sposób. Wyglądało to tak, jakby za wszelką cenę starano się przyćmić zdolności Connora, tylko po to, aby wyeksponować potęgę wroga, który na tle protagonisty wypada dosyć blado. No bo, proszę państwa! Ratonhnhaké:ton to prawdziwa maszyna do zabijania.

 

Connor vs świat

 

Oj tak, walka w Assassin’s Creed III jest… banalna. W trakcie przechodzenia całej gry nie zdarzyło mi się zginąć w trakcie starcia. Najwięcej „zgonów” zaliczyłem podczas wykryć w trakcie podsłuchiwania czy innych niepowodzeń, związanych z aktualnym celem – po prostu godna śmierć wojownika. Ale, wracając do walki. Ta opiera się na rozwiniętej koncepcji z Assassin’s Creed II, czyli systemie bloku, ataku oraz wykonywania w odpowiednim momencie kontry, pozwalającej na zabicie przeciwnika przy pomocy jednego ciosu. Nie należał on do trudnych w opanowaniu, dlatego uproszczenie, zastosowane w AC III, stworzyło z Connora prawdziwą jednoosobową armię.

 

Zdecydowano się na pozbawienie możliwości wykonywania ciągłego bloku, na rzecz ułatwienia wykonania śmiertelnego kontrataku. Pomoc ta objawia się w formie czerwonego trójkąta, wyświetlającego się nad głową przeciwnika, informującego o naciśnięciu odpowiedniego guzika. Znaczek jest na tyle widoczny i pojawia się przy każdym ciosie wroga, że naprawdę trzeba się postarać, aby go nie zauważyć. Uproszczenie to powoduje powstawanie komicznych sytuacji, w których Connor zmiata z ziemi nacierającą na niego armię wyszkolonych żołnierzy, zabijając każdego, kto podniesie na niego rękę. Dosłownie. Oczywiście, przeciwnicy to wielcy dżentelmeni (w końcu Brytyjczycy) i cierpliwie czekają na swoją kolej, więc nie ma co liczyć na zmasowany atak. A jak ten nawet będzie miał miejsce, to nasz dzielny Indianin wykorzysta go, powalając dwóch oponentów w widowiskowej animacji. Liczne uproszczenia w systemie walki czynią ją naprawdę przyjemną dla oka i jednocześnie kompletnie niesatysfakcjonującą.

 

 

W walce skorzystamy z różnego rodzaju broni białej, jak tomahawki czy znanych w całej serii – ukrytych ostrzy. Poza tym, Connor dysponuje również kilkoma broniami dystansowymi. W cichych eliminacjach pomocny okaże się łuk, natomiast do szybkiego kończenia pościgów wykorzystać można pistolety. Nasi przeciwnicy również wyposażeni zostali w broń palną. Dzierżone w rękach wroga muszkiety sprawdzają się bardzo dobrze w walce w zwarciu, przy pomocy doczepionych bagnetów, ale i również dystansowo, mogąc przedziurawić śrutem protagonistę jak ser szwajcarski. Connor jest jednak w stanie chwytać przeciwników, robiąc z nich żywe tarcze. Najwidoczniej dobiera tych o największej tkance tłuszczowej, skoro są w stanie pochłonąć nawet salwę wymierzoną prosto w bohatera. Nic nie jest w stanie zatrzymać Connora na drodze zemsty.

 

Amerykańskie wakacje

 

Przemierzając pochłonięte konfliktem ziemie Ameryki, przyjdzie nam zwiedzić kilka całkiem pokaźnych lokacji. Zapolujemy na zwierzęta w lasach, pozwiedzamy Boston oraz Nowy York i wypłyniemy kilka razy na wody oceanu. Niestety, miasta nie różnią się za bardzo od siebie. Każde składa się z korytarzy tych samych domów (przez które – co prawda – możemy widowiskowo przebiegać, gubiąc przy tym pościg) oraz kilku „charakterystycznych miejsc”. Ale tak całkiem szczerze, gdyby nie informacje na mapie, to nie potrafiłbym określić, gdzie aktualnie się znajduję.

 

W trakcie całej opowieści, będziemy świadkami oraz uczestnikami kilku znanych wydarzeń historycznych. Zatopimy słynną „Herbatkę bostońską”, czy zmierzymy się z siłami wrogich templariuszy w trakcie bitwy na Bunker Hill. Zainteresowane osoby jak zwykle będą mogły poczytać więcej o historii miast i innych historycznych momentach w obszernej bazie Animusa.

 

W metropoliach przyjdzie nam wspinać się na znane punkty widokowe, sprzedawać skóry z upolowanych zwierząt, czy rekrutować nowych członków do swojego bractwa. Powracający element przewodzenia gildią zabójców pełni wyłącznie element dodatku i gdyby nie przypadkowe kliknięcie przycisku, to nawet bym z niego nie skorzystał.

 

 

Ze względu na intensywne zalesienie terenów ówczesnej Ameryki oraz indiańskie pochodzenie protagonisty, poszerzono mobilność bohatera o możliwość wspinaczki po drzewach. Pokonywanie kolejnych koron drzew jest bardzo satysfakcjonujące oraz niesamowicie dynamizuje pościgi za człowiekiem czy zwierzyną, poruszającą się po gruncie. Nieraz rezygnowałem z poruszania się konno na rzecz spełniania swoich dziecięcych marzeń o bieganiu po gałęziach i wspinaniu się na szczyty drzew. To jest cudne.

 

Obszary, które przyjdzie nam zwiedzić, są naprawdę ogromne. Autorzy włożyli kawał pracy w tworzenie wielkich, dzikich terenów, na których osiedlali się przyjezdni z różnych stron świata. Dlatego też starali się za wszelką cenę zachęcić gracza do ich podziwiania. A jak to zrobili? No cóż. Zdecydowano się na najbardziej irytujący zabieg, czyli oddalenie od siebie kolejnych znaczników, rozpoczynających zadania fabularne. Oczywiście, w miejscach oddalonych od punktów szybkiej podróży, które na całe szczęście znalazły się w grze. Rozumiem, że była to próba zaproponowania graczowi zagrania w misję poboczną czy skorzystania z aktywności dodatkowej, których w grze jest naprawdę sporo. Mimo wszystko, zabieg ten zaburzał nieco płynność historii.

 

American Beauty

 

Och… Soundtrack z każdej części Assassin’s Creed to prawdziwa uczta dla fana muzyki filmowej i growej. Od pierwszych chwil jesteśmy częstowani pięknymi kompozycjami autorstwa Lorne Balfe’a, w których pięknie brzmiące skrzypce są w stanie uwieść chyba każdego. Tym razem otrzymujemy interesujący miraż elektronicznego brzmienia i indiańskich rytmów, zagrzewających do walki. Utwory dobrane są bardzo dobrze pod sceny, wprowadzając gracza w odpowiedni nastrój. Interesująco również prezentują się melodie nawiązujące stylem do pirackiego brzmienia, przywodzące na myśl Piratów z Karaibów, które towarzyszą nam w trakcie bitew morskich. Assassin’s Creed III pod względem oprawy audio trzyma wysoki poziom, do którego przyzwyczaiły nas poprzednie części. Na pochwałę zasługuje również dobór aktorów dubbingowych, którzy ponownie odwalili kawał dobrej roboty, nadając swoim głosem ducha postaciom na ekranie.

 

No i w końcu musiał nadejść ten moment, prawda? Czas opowiedzieć nieco o grafice. No cóż… Nie jest najlepiej.  Mimo tego, że dzisiejsza recenzja dotyczy gry o podtytule „Remastered”, trudno doszukać się w niej elementów wskazujących na proces odświeżenia. Oprawa wizualna nie różni się niczym od odsłon z poprzedniej generacji konsol (Wii U). Poprawiono jedynie rozdzielczość wyświetlanego obrazu z 720p do 1080p w trybie zadokowanym. Switch niestety nie radzi sobie za dobrze z połączeniem: rozdzielczość full HD i płynność. Grając w trybie zadokowanym można ze świeczką szukać scen, w których tytuł utrzymuje 30 klatek na sekundę. Spadki zdarzają się w zasadzie w każdym miejscu, bez względu na gęstość zaludnienia czy rodzaj przestrzeni. Tekstury i modele postaci nie doczekały się żadnego podrasowania. W niektórych bardziej zaludnionych obszarach, na porządku dziennym jest nagłe pojawianie się niedoczytanych modeli.

 

 

Nieco lepiej gra prezentuje się w trybie przenośnym. Spadek rozdzielczości do 720p działa na zdecydowaną korzyść płynności. Gra mobilnie nie cierpi na tak drastyczne spadki FPSów, utrzymując przez większość gry klatkarz na stabilnym poziomie 30. Nawet w bardziej zaludnionych obszarach oraz barach, które w trybie zadokowanym są istnym mordercą płynności (!). Rzadko mi się to zdarza, ale większość czasu spędziłem przy Assassin’s Creed III właśnie mobilnie. Wam również to polecam.

 

Może to tylko zbieg okoliczności – w grze znalazły się zmienne efekty pogodowe oraz pory roku – ale odniosłem wrażenie, że w grając w trybie przenośnym, przez większość czasu w miastach oraz większych lokacjach pojawiała się gęsta mgła, znacznie ograniczająca widoczność. Czy był to zabieg odciążający konsolę, czy po prostu brzydka pogoda? Liczę, że po prostu miałem pecha do warunków atmosferycznych.

 

Jak brat z siostrą

 

Omawiając Assassin’s Creed III: Remastered, trudno nie wspomnieć o zamieszczonej w zestawie, odświeżonej Assassin’s Creed: Liberation HD. Tu forma żeńska nie pojawia się bez powodu. W Liberation przyjdzie nam pokierować losami Aveline, młodej asasynki francuskiego i amerykańskiego pochodzenia. Gra została początkowo wydana na przenośną konsolę Sony PS Vita, przez co łatwo dostrzec naleciałości z mobilnego trybu gry. Misje są krótkie, grafika nie jest na takim poziomie jak w AC III oraz cała historia do najambitniejszych nie należy. Starano się ukazać problem niewolnictwa oraz rasizmu.

 

Mimo wszystko, gra wyróżnia się kilkoma interesującymi mechanikami. Na zdecydowane wyróżnienie zasługuje możliwość przebierania się w stroje należące do różnych klas społecznych, dzięki którym Aveline jest w stanie wnikać w ich struktury. Jako niewolnica, bez problemu ominie strażników, niosąc w rękach ciężką skrzynię, dama natomiast uwiedzie wroga, wkupując się na krótki czas w jego łaski. Zabieg ten urozmaica w dużym stopniu wykonywanie misji, które można zrealizować na kilka sposobów.

 

 

To, co przede wszystkim Liberation wychodzi lepiej niż AC III, to płynność odświeżanego obrazu. W trybie zadokowanym, mimo rozdzielczości 900p, w grze zostaje odblokowany framerate, objawiający się momentami nierówną płynnością. Zdarzają się chwile, gdy FPSy spadną poniżej 30, ale przez większość czasu gra stara się oscylować wokół 40. Jeżeli jednak zależy wam na stabilności, to zalecane jest granie w trybie przenośnym. Mimo spadku rozdziałki do 720p, tytuł utrzymuje bardzo stabilne 30 klatek. W trakcie gry, nie zdarzyła mi się sytuacja, by te spadły poniżej ustalonego progu.

 

Podsumowanie

 

W samym Assassin’s Creed III: Remastered, główny bohater – Desmond Miles, odbywa podróż w przeszłość za pomocą Animusa, by poznać losy swojego przodka Connora. Te może nie okazują się oszałamiające, ale bardzo satysfakcjonujące gameplay’owo. Gra cierpi na niestabilny klatkarz, który można pominąć, grając w tytuł mobilnie. Mimo wszystko, jest to wspomnienie, dla którego warto wsiąść w Animusa… znaczy, kupić grę. Ale poczekajcie. Na razie szalone 150 zł to zdecydowanie za dużo na bilet do interaktywnego muzeum historii Ameryki. Lepiej poczekać na promocyjną cenę. Uwaga! W menu muzeum dostępny jest przewodnik w języku polskim. Życzymy udanego zwiedzania!

 

Podziękowania dla Ubisoft za dostarczenie gry do recenzji.


Podsumowanie

Zalety

  • + pierwszy akt historii
  • + doskonały OST
  • + voice acting
  • + oryginalny język Indian
  • + wspinaczka po drzewach
  • + dwie gry w zestawie
  • + polska wersja językowa
  • + widowiskowa walka…

Wady

  • - … jednocześnie zbyt prosta
  • - mało interesujący główny bohater
  • - niestabilny klatkarz i spadki poniżej 30 fps w trybie zadokowanym
  • - grafika mogłaby wyglądać lepiej

7

Wyświetleń: 1085

Redaktor

Mikołaj "Syn Kury" Stryczyński

Legenda głosi, że wykluł się z jaja i od tego czasu pałęta się po świecie, ucząc się języka ludzi. Ze względu na dosyć ubogi system porozumiewania się homo sapiens, preferuje synergiczne doznania komunikacyjne, płynące z gier wideo. Poza tym studiuje, pisze scenariusze, kocha filmy i inne czynności będące czystą synekurą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *