RecenzjeRecenzja
RecenzjeArtykuł

Horror w kieszeni! – recenzja Resident Evil 7: Biohazard Gold Edition

Nintendo wchodzi w mroczne rejony. Konsola kojarzona głównie z radosnymi…

7 marca 2026

Nintendo wchodzi w mroczne rejony. Konsola kojarzona głównie z radosnymi światami wąsatego hydraulika, krawatów noszonych przez goryle czy różowej, wszystkożernej kulki, staje się domem dla czegoś znacznie mroczniejszego. Choć widok tak drastycznych obrazów na tej kolorowej konsoli wciąż wywołuje pewien dysonans, Nintendo coraz śmielej otwiera się na dojrzałych graczy. Zapowiedziana we wrześniu 2025 roku „horrorowa trójca” od Capcomu w końcu uderzyła na rynek, robiąc niemałe zamieszanie. Dziś na tapet bierzemy Resident Evil 7: Biohazard Gold Edition – sprawdzamy, czy strach smakuje równie dobrze w trybie przenośnym!

 

 

Rollercoaster Emocji!

 

Nie trzeba nikomu przypominać, że recenzowany tytuł to pełnoprawny horror. Jeśli w Twoich oczach Nintendo Switch 2 wciąż jest wyłącznie „zabawką dla dzieci”, po tej lekturze diametralnie zmienisz zdanie. Resident Evil 7: Biohazard to pozycja, która w swoim repertuarze oznaczeń (PEGI) wyraźnie podkreśla: tylko dla dorosłych. Wulgarny język, brutalna przemoc i gęsty, duszny klimat – Capcom od pierwszych minut pokazuje, że nie zamierza brać jeńców.

Niemniej jednak, jeśli tak jak ja jesteście przyzwyczajeni do kolorowych światów Nintendo, gdzie eksploracja koi i wciąga w stylu cozy, tutaj przeżyjecie szok. Odczucia z rozgrywki są biegunowo inne. Niepokój towarzyszący przemierzaniu wąskich korytarzy domostwa Bakerów wręcz zniechęca do zaglądania w każdy kąt. Z drugiej strony – ta makabryczna ciekawość gra tu pierwsze skrzypce, zmuszając nas do pchania fabuły naprzód, mimo drżących dłoni na Joy-Conach.

 

 

Horror pełną gębą?

 

Jako amator horrorów – raczej tych kinowych niż growych – byłem ciekaw, jak Resident Evil rozwiązuje pewne gatunkowe mechaniki. Jeśli obejrzeliście choć jeden slasher, znacie to uczucie, gdy przez głowę przemyka myśl: „Nie wchodź tam!”. To klasyczna podpowiedź dla bohatera, której ten oczywiście nie słyszy, bo scenariusz musi przecież gnać naprzód.

W RE7 sytuacja jest niemal identyczna, z jednym „małym” smaczkiem – to my jesteśmy tym nieporadnym bohaterem. Historia zaczyna się od enigmatycznej wiadomości od żony, która zaginęła ponad trzy lata temu. Czy Ethan dzwoni na policję? Skądże! Wspomina koledze, że dostał maila i jedzie na wskazany adres. Na miejscu zastaje gigantyczny, gnijący pensjonat na totalnym odludziu. Czy to budzi podejrzenia? Owszem, dlatego… szukamy wejścia do środka.

 

 

Poziom absurdu sięga zenitu, gdy wreszcie znajdujemy partnerkę zamkniętą w brudnej celi. Reakcja bohatera na pytanie Mii: „Czy ktoś cię widział?”, to czyste złoto. Ethan wydaje się szczerze zaskoczony sugestią, że w tym domu może przebywać ktoś jeszcze. Serio, Ethan? Odnajdujesz żonę zaryglowaną za kratami po trzech latach zaginięcia i dziwisz się, że dom może mieć „gospodarza”? Ktoś przecież musiał te kraty zamknąć! Ten brak elementarnej logiki u protagonisty jest nader komiczny, a jednak – o dziwo – nie zabija to poczucia osaczenia, które towarzyszy nam podczas eksploracji.

 

Klimat wylewa się z ekranu

 

W Resident Evil 7 całą przygodę śledzimy nie zza pleców bohatera, lecz jego własnymi oczami. To znakomicie potęguje immersję – zwłaszcza w tytule, który horrorem stoi. Moja rada: uzbrójcie się w dobre słuchawki. Dźwięki trzeszczących desek i oddechów czających się w mroku sprawiają, że przemierzanie ciasnych korytarzy pensjonatu na nowym Switchu staje się niemal fizycznym doświadczeniem. A w formie przenośnej wcale nie traci na wartości!

Lokacje to małe arcydzieła grozy. Odwiedzane pomieszczenia i znajdowane w nich przedmioty tworzą gęstą sieć mikro-historii, w które warto się zagłębić. Genialnym patentem są kasety wideo – odnajdując je, na chwilę „wchodzimy w buty” innych postaci, przeżywając wydarzenia z przeszłości. To nie tylko buduje fabułę, ale i sprytnie uczy nas mechanik, pokazuje ukryte przejścia czy lokalizację kluczowych przedmiotów, które wykorzystamy już jako Ethan.

Resident Evil 7 ma iście filmowy charakter, co niesie ze sobą pewne konsekwencje. Scenariusz jest bezlitosny – jeśli jedyna droga prowadzi prosto w paszczę szaleństwa, musisz tam wejść. Czasem gra zmusi Cię do zaciśnięcia zębów i podjęcia decyzji, która boli, jak choćby utrata jedynej skutecznej broni w imię pchnięcia akcji do przodu. Tu nie ma miejsca na kompromisy.

 

 

Techniczny skok w mrok

 

Najważniejsze pytanie brzmi: jak Switch 2 radzi sobie z silnikiem RE Engine? Podczas testów nie doświadczyłem żadnych opóźnień, a dzięki technologii Nvidia DLSS krawędzie są ostre, a tekstury wyraźne. Wysoką jakość oprawy potęguje sposób, w jaki twórcy skonstruowali postać – kiedy stoimy bezruchu, wpatrując się w obiekty, obraz nie jest „sztywny”. Czujemy, jak wzrok bohatera subtelnie i naturalnie „pływa” wraz z jego oddechem, co na nowym ekranie wygląda niezwykle realistycznie.

 

 

W trybie przenośnym Resident Evil 7 prezentuje się zaskakująco dobrze. Głęboka czerń sprawia, że ciemne kąty piwnicy są naprawdę nieprzeniknione, a detale takie jak gnijące jedzenie na stole czy kurz unoszący się w świetle latarki budują realizm, o którym na poprzedniej generacji mogliśmy tylko pomarzyć. Co najważniejsze – płynność rozgrywki nie spada nawet w najbardziej dynamicznych starciach, choć trzeba przyznać, że tytuł stawia raczej na gęstą atmosferę i powolną eksplorację niż nieustanną akcję.

 

 

Taki hardcorowy escape room

 

Cała ta liniowość fabuły wzbudza konkretne skojarzenia. Przechodząc kolejne etapy gry, stajemy przed zadaniami wymagającymi znalezienia dwóch części tego czy trzech elementów tamtego. I choć lokacje się zmieniają, mechanika pozostaje zgoła ta sama. Naszym zadaniem jest – nierzadko unikając zagrożenia lub walcząc o życie – szukanie elementów układanki, które pozwolą pchnąć fabułę dalej.

 

 

Działa to niczym w klasycznych escape roomach, tyle że w wersji ekstremalnej. Nie jest to w żadnym wypadku wadą tytułu. Taka struktura pozwala dzielić historię na konkretne akty i trzymać nas na ograniczonym obszarze. Dzięki temu, mimo gęstwiny przejść i mrocznych korytarzy, rzadko czujemy się zagubieni bez pomysłu na to, „co dalej?”. To gra, która prowadzi nas za rękę, ale robi to w sposób tak klimatyczny, że chętnie dajemy się jej więzić.

 

 

Czy warto wybrać się do Luizjany?

 

Resident Evil 7: Biohazard Gold Edition na Switcha 2 to pozycja obowiązkowa dla każdego fana horrorów. Poza budzącymi niepokój lokacjami, jump-scare’ami i obrzydliwą otoczką domostwa rodziny Bakerów, dostajemy do rąk jeden z najlepszych horrorów dostępnych na konsolę Nintendo. Mimo scenariuszowych uproszczeń i czasem „drewnianych” reakcji głównego bohatera, to wciąż ścisła czołówka gatunku ostatnich lat.

Na szczególną uwagę zasługuje – podkreślę to raz jeszcze – iście filmowy charakter tytułu. Nie raz przyszło mi powtarzać sekwencję walki z jednym z głównych przeciwników. Kiedy po dwóch próbach byłem pewien, że wyuczyłem się jego zachowań, ten kompletnie mnie zaskoczył, wykonując całkowicie inną serię ataków. Mimo liniowości i spodziewanego na każdym rogu zagrożenia, tytuł potrafi zbić z pantałyku. I choć rozgrywka nieustannie wzbudza niepokój oraz strach, ostatecznie ocenicie ten powrót do Luizjany bardzo pozytywnie.

 

Cena w eShopie: 169,00 zł

Podziękowania dla Cenega za dostarczenie gry do recenzji.


Podsumowanie

Zalety

  • + Widok z oczu bohatera sprawia, że czujemy się, jakbyśmy tam byli
  • + Brak opóźnień i płynna rozgrywka
  • + Bardzo gęsty klimat
  • + Gra wygląda naprawdę dobrze na Switchu!
  • + Polska wersja językowa (napisy)

Wady

  • - Klasyczne, horrorowe absurdy scenariuszowe
  • - Czasem możemy się czuć zbyt mocno prowadzeni za rękę
  • - Nierówne tempo rozgrywki

8.0

Wyświetleń: 705

Redaktor

Jakub Malik

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *