Fallout to seria która miała ogromny, namacalny wpływ na moje życie. Jeszcze jako uczeń szkoły podstawowej dorwałem się do załączonej do CD Action płytki z Falloutem 1, który kompletnie mnie pochłonął. To, że gra nie była przetłumaczona na język polski, sprawiło, że z wypiekami na twarzy i słownikiem w ręku przemierzałem mroczny postapokaliptyczny świat. Od tego czasu minęło ponad 20 lat, a ja zmotywowany do nauki języka aby zrozumieć gry w tym stylu, ukończyłem studia językowe i przez wiele lat pracowałem w branży z tym związanej. W międzyczasie seria przeszła daleko sięgającą ewolucję. Oczywiście, największą zmianą było przejście z izometrycznego CRPG w 2D na akcyjniaka 3D, ale każda kolejna odsłona znacznie zmieniała to, czym tak naprawdę jest Fallout. Muszę przyznać, że kiedy parę lat temu pierwszy raz wpadł mi w łapy Fallout 4, nie zakochałem się w nim – wiele uproszczeń w stosunku do poprzedniczek pozostawiło pewien niesmak. Jednak przy drugim podejściu spędziłem w nim ponad 100 godzin. Jak to się mówi, do trzech razy sztuka – a nie wiem czy może być lepsza okazja do odświeżenia tego tytułu niż to, że poraz pierwszy Fallout pojawił się na mojej ulubionej konsoli!
Into Each Life Some Rain Must Fall

Jednym z moich ulubionych elementów Fallouta 4 jest to, że po raz pierwszy mamy okazję zobaczyć wycinek świata zanim zmiotła go z planszy nuklearna apokalipsa. Wcielamy się w postać byłego żołnierza, weterana który brał udział w aneksji Kanady. Dzień w którym spadły bomby spędza w domu ze swoją żoną i nowonarodzonym synem. Szybko sielanka zmienia się w koszmar – musimy jak najszybciej dostać się do jednego z przeciwatomowych schronów firmy VaultTec, który na szczęście znajduje się w naszym sąsiedztwie. Ratunek jest jednak pozorny – nieznani bandyci mordują naszą małżonkę i porywają nasze dziecko, a my sami budzimy się świecie spustoszonym przez nuklearne wybuchy, pełnym zmutownych potworów i frakcji, które walczą o wpływy w tym, co pozostało z Bostonu. Naszym zadaniem będzie odnalezienie i uratowanie swojego syna, niezależnie od ceny jaką przyjdzie nam za to zapłacić.
Anything Goes

Są gry, które prowadzą gracza za rękę, i są takie, które po prostu rzucają go w sam środek chaosu, mówiąc: „radź sobie”. Fallout 4 zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii. Postapokaliptyczne Boston nie próbuje być przyjazne, ale robi wiele, żeby obudzić w graczu chuć eksploracji. Już od pierwszych godzin produkcja Bethesda Game Studios buduje poczucie skali i wolności. To świat, który żyje własnym rytmem, pełen zniszczonych budynków, dziwacznych postaci i historii ukrytych w ruinach. Każdy kierunek wydaje się dobry, a każdy zakątek może skrywać coś interesującego – od pobocznego zadania po całkowicie nieoczekiwane spotkanie. To właśnie rozbudowany, gęsty świat jest największą siłą gry. Eksploracja nie jest tu dodatkiem – jest fundamentem całego doświadczenia. Warto dodać, że ogromnym atutem wersji na Switcha jest to, że zawiera ona 2 dodatkowe DLC: “horrorowy” Far Harbor i skupiający się na poczynaniach raiders w opuszczonym parku rozrywki Nuka World.
Big Iron

Jedną z największych zmian względem poprzednich odsłon serii jest system walki. I trzeba przyznać – Fallout 4 w końcu działa jak porządna strzelanka, w odróżnieniu od jego poprzedników. Broń ma odczuwalną “wagę”, przeciwnicy reagują na trafienia, a starcia są dynamiczne i przyjemne. Nie zabrakło też kultowego, choć lekko odświeżonego systemu V.A.T.S., który nadal świetnie uzupełnia klasyczne strzelanie, pozwalając na bardziej taktyczne podejście do walki. Całość tworzy hybrydę RPG-a i shootera, która – mimo uproszczeń – daje sporo frajdy. Do tego dochodzi rozbudowany crafting, modyfikacje broni oraz pancerzy, a także ikoniczne Power Armors, które teraz bardziej przypominają mobilne czołgi niż zwykły pancerz. Każdy element wyposażenia można ulepszyć, przerobić lub wykorzystać do stworzenia czegoś nowego, co dodatkowo napędza eksplorację. Zupełnie zmieniony został też system rozwoju postaci, zamiast klasycznych S.P.E.C.I.A.L, skills i perks mamy do czynienia z mocno uproszczonym systemie opartym jedynie na głównych atrybutach i perks. Tą ostatnia część akurat uważam za pewien błąd – oczywiście, jest on bardziej przystępny, ale prawdziwi fani RPG będą raczej na niego kręcić nosem.
Heartaches by the Number

Jeśli istnieje coś, czego Falloutowi 4 nie można odmówić, to jest to ogrom zawartości. Setki lokacji, dziesiątki godzin fabuły i niezliczone zadania poboczne sprawiają, że łatwo tu „utknąć” na długie tygodnie. System budowy osad, rozwój postaci, eksploracja i ciągłe znajdowanie nowego sprzętu gwarantują uzależniającą rozgrywkę. Gra niemal bez przerwy nagradza gracza – nową misją, lootem lub odkryciem. To produkcja, która potrafi pochłonąć – czasem nawet bardziej niż powinna. Niestety, im więcej czasu spędzamy w tym świecie, tym wyraźniej widać jego ograniczenia. Największym problemem są powtarzalne questy, które często sprowadzają się do schematu: idź w dane miejsce i wyczyść je z przeciwników. Na początku nie przeszkadza to aż tak bardzo – mechanika walki jest na tyle przyjemna, że wykonuje się je z satysfakcją. Z czasem jednak zaczyna brakować różnorodności i głębi. Nie pomaga również system dialogów. Choć gra oferuje ogromną liczbę kwestii, same rozmowy często okazują się mało angażujące i uproszczone, a wybory dialogowe nie zawsze przekładają się na realne konsekwencje. Same frakcje które napotkamy na swojej drodze też często są niemal karykaturalne w swoim uproszczonym widzeniu świata. To krok wstecz względem bardziej rozbudowanych RPG-ów i, przede wszystkim, poprzednich odsłon serii.
Nowoczesność tylko na papierze

Fallout 4 na Switch 2 to gra pełna sprzeczności. Z jednej strony oferuje ogromny świat i dopracowaną pętlę rozgrywki, z drugiej – momentami sprawia wrażenie portu z poprzedniej epoki. Brakuje rozwiązań, które dziś stały się na konsoli Nintendo standardem. Jednym z najbardziej odczuwalnych braków jest brak celowania żyroskopowego, które idealnie pasowałoby do modelu strzelania i znacząco poprawiłoby precyzję. Na darmo też szukać obsługi trybu myszki z Nintendo Switch 2. Co prawda Bethesda obiecała dodanie obu tych elementów po wydaniu gry, ale nie wiadomo jak długo będziemy musieli na nie czekać. Ogromna szkoda, bo celowanie na padzie nie jest nadmiernie wygodne. Graficznie jest znacznie lepiej – mamy do wyboru 3 tryby: performance z 60 FPS, 30 FPSowy quality i „środkowy” 40 FPS. W dniu wydania nie wyglądały one wspaniale, parę dni temu został wydany patch który dodaje DLSS, co znacznie poprawiło jakość grafiki i płynność.
Fallout 4 to gra, którą łatwo krytykować – ale jeszcze łatwiej w niej przepaść. To tytuł pełen niedoskonałości, który jednocześnie oferuje coś, czego wielu produkcjom brakuje: prawdziwe poczucie przygody. To nie jest najlepszy RPG tego pokolenia. To nie jest też najbardziej ambitna gra w serii. Ale to wciąż produkcja, która potrafi wciągnąć na dziesiątki godzin i sprawić, że każda kolejna wyprawa w pustkowia będzie miała sens.
Cena w eshopie: 259,00 PLN
Podziękowania dla Bethesda/Zenimax za dostarczenie gry do recenzji.
Redaktor
Zimny
Fan gier indie, strategii, RPG, Nintendo i wszystkiego co ma związek z retro gamingiem. Swego czasu współtworzyłem jedną z największych polskich stron o jRPG. Z wykształcenia jestem anglistą, a w “prawdziwym życiu” pracuję nad przeróżnymi projektami IT.