RecenzjeRecenzja
RecenzjeArtykuł

Wojownicy z Fódlan po raz kolejny – recenzja Fire Emblem Warriors: Three Hopes

Od ogłoszenia Fire Emblem Warriors: Three Hopes w lutym tego…

2 lipca 2022

Od ogłoszenia Fire Emblem Warriors: Three Hopes w lutym tego roku, wiele osób czekało na ten tytuł z wypiekami na twarzy, chociaż inni woleliby raczej pełnoprawną kontynuację Three Houses z 2019 roku. Zapisy rozgrywki wydawały się jednak obiecywać wiele, w związku z czym wielbiciele mało popularnego gatunku, jakim jest musou, nastawili się na smakowity kąsek. Biorąc pod uwagę, że produkcją zajęło się Omega Force, odpowiedzialne za takie gry, jak Hyrule Warriors: Age of Calamity, Persona 5 Strikers czy też One Piece: Pirate Warriors 4, fani mogli spać spokojnie.

 

 

Seria z długą historią

 

Seria Fire Emblem sięga roku 1990, kiedy na Famiconie (SNES) ukazała się pierwsza część o podtytule Shadow Dragon and the Blade of Light. Od tamtej pory kolejne odsłony zaczęły pojawiać się w sposób regularny na wszystkich generacjach konsol giganta z Kioto. Na Switchu możemy pograć w Fire Emblem Warriors (2017), Fire Emblem: Three Houses (2019), a także luźno nawiązujący do serii Tokyo Mirage Sessions #FE (2020), który jest crossoverem z serią Shin Megami Tensei.

 

 

Chociaż seria FE kojarzona jest przede wszystkim ze strategii taktycznych, to jak widać, w przeszłości dochodziło do „romansów” z innymi gatunkami. W przypadku Three Hopes również mamy do czynienia ze spin–offem będącym przedstawicielem musou, jednakże nie jest to żadna nowość, ponieważ już w 2017 roku na hybrydowej konsoli mogliśmy w spektakularny sposób dziesiątkować całe armie przy pomocy miecza.

 

Musou jakie jest, każdy widzi

 

Osoby, które wiedzą, czym jest musou, mogą sobie darować ten akapit i przejść dalej, natomiast pozostałym wyjaśnię, że jest to specyficzny rodzaj slashera. Wcielamy się w jedną (lub czasem nawet kilka, jak w przypadku recenzowanego tytułu) postaci, zwykle jakichś ważnych generałów, którzy, uczestnicząc w bitwach, samodzielnie eliminują całe oddziały, co zwykle wygląda dosyć widowiskowo, ale niezbyt realistycznie. Mamy do dyspozycji różne moce i umiejętności, a ich wykorzystaniu towarzyszą światła i rozbłyski, natomiast sami przeciwnicy na skutek ciosów wznoszą się wysoko w górę, jak gdyby byli wypchani pianką, po czym opadają na ziemię.

 

 

Cechą charakterystyczną każdego musou jest to, że zwykli szeregowi pełnią rolę statystów, a więc gromadzą się wokół nas, groźnie wymachując mieczami, jednakże nie atakują. Są mięsem armatnim, przez które trzeba się przebić, aby dostać się do głównych przeciwników, będących w stanie zadać nam poważniejsze obrażenia.

 

Powiązania fabularne

 

Trzonem każdej odsłony Fire Emblem jest fabuła, która w tym przypadku częściowo nawiązuje do wątków i postaci znanych z Three Houses, a jednocześnie wprowadza wiele nowości. W Trzech Nadziejach zaprezentowana została alternatywna wersja pewnego konfliktu z hitu sprzed trzech lat, rozgrywającego się na kontynencie Fódlan. Ponownie spotkamy się z takimi bohaterami, jak Eldegard, Dimitri czy Claud, natomiast protagonista pojawia się po raz pierwszy.

 

Z tego powodu lepiej jest się zaznajomić z Three Houses, ponieważ w przypadku niektórych wątków i postaci możemy czuć się zagubieni. Z jednej strony ciągłość opowieści w poszczególnych częściach jest czymś zrozumiałym, jednakże w tym przypadku odrębna historia uczyniłaby Three Hopes bardziej przystępną. Mamy do czynienia z dwoma gatunkami: taktycznym jRPG oraz musou, a niekoniecznie trzeba być fanem jednego i drugiego.

 

Niejednorodna wydajność, ale dopracowana grafika

 

Wydajność przedstawia się w sposób bardzo niejednorodny, ponieważ w spokojniejszych momentach gra działa nawet w 40 klatkach na sekundę, natomiast gdy na ekranie robi się „gorąco”, jest to nawet niewiele ponad 20 klatek. Przez większość gry framerate utrzymuje się w granicach 30 klatek, jednakże liczne spadki mogą przeszkadzać, zwłaszcza w produkcjach charakteryzujących się wysoką dynamiką.

 

 

Biorąc pod uwagę dużą liczbę przeciwników na ekranie, grafika również nie osiąga najwyższej jakości, porównując to do innych gatunków. Ale jak na musou, tytuł prezentuje się bardzo dobrze. Twórcy tym razem stanęli na wysokości zadania, ponieważ pod tym względem jest lepiej niż w recenzowanym jakiś czas temu Dynasty Warriors 9: Empires lub Samurai Warriors 5. Już na pierwszy rzut oka widoczna jest większa szczegółowość poszczególnych obiektów, całość wygląda całkiem schludnie jak na skromne możliwości Switcha.

 

Szeroki wybór poziomów trudności

 

Dużym plusem jest fakt, że twórcy zaoferowali nam spore możliwości związane z personalizowaniem poziomu trudności. W pierwszej kolejności decydujemy się pomiędzy „Easy”, „Normal” i „Hard”. Następnie wybieramy tryb „Casual” (gdzie poległe jednostki odnawiają się po zakończonej walce) lub „Classic” (gdzie poległe jednostki przepadają na zawsze, natomiast każda decyzja niesie za sobą nieodwracalny skutek). Wreszcie możemy wybrać pomiędzy trybem „Slow and Steady” (w którym mamy więcej czasu na przeanalizowanie wyskakujących okienek ze wskazówkami) oraz „Quick and Efficient” (pokazywane są tylko najważniejsze informacje z samouczka).

 

 

Jak wspomniano, zwykli szeregowi, których przyjdzie nam dziesiątkować, nie wykazują się zbyt dużą aktywnością. Dotyczy to zarówno poziomu „Easy”, jak również „Hard”. W przypadku tego drugiego, jeśli nasza postać przez dłuższy czas jest nieaktywna, sporadycznie któryś z członków biednej (wiadomo jakiej) piechoty może do nas podejść, aby dziabnąć mieczem, zadając przy tym ledwie zauważalne obrażenia. Zupełnie inaczej sytuacja przedstawia się, jeśli chodzi o głównych przeciwników oraz bossów, którzy rzeczywiście potrafią dać w kość.

 

Różne style walki

 

W grze możemy wcielić się w kilka postaci i przełączać się pomiędzy nimi. Każda z nich oferuje inny styl walki oraz odmienne umiejętności specjalne. Jest to na tyle istotne, że w zależności od okoliczności warto jest zastosować inną strategię. Jeśli jednak wolimy styl na button–mashera, nic nie stoi na przeszkodzi, ponieważ równie dobrze możemy przejść całą kampanię przy pomocy jednego przycisku. Co prawda rozgrywka może nam wtedy zająć nieco dłużej i być mniej emocjonująca.

 

 

Mechanika jest prosta i typowa dla tego gatunku, mianowicie przedzieramy się przez kolejne lokacje pełne dziesiątek mało znaczących przeciwników. W każdej z nich znajduje się również generał, będący większym wyzwaniem. Trzeba się z nimi zmierzyć, aby przejść dalej. Natomiast na końcu każdego poziomu znajduje się główny boss. Zaliczenie każdego z etapów wiąże się z przerywnikiem filmowym posuwającym fabułę do przodu, po czym następuje podliczenie statystyk, nadanie oceny końcowej i ewentualnych nagród.

 

Każda z dostępnych postaci (można przełączać się między nimi podczas walki) zdobywa osobne doświadczenie i pnie się po drzewku umiejętności, uzyskując kolejne poziomy, a przez to lepsze statystyki. To z kolei wpływa na lepsze osiągi w walce.

 

Miłym dodatkiem jest możliwość przejścia gry w trybie split screen (przy czym nie ma możliwości gry sieciowej), jednakże wówczas wydajność, która już w kampanii dla pojedynczego gracza nie jest najwyższa, zdecydowanie spada.

 

Bill Gates byłby dumny

 

Pewną niedogodnością, jaka rzuciła mi się w oczy już na początku rozgrywki, była przytłaczająco duża liczba wyskakujących okienek ze wskazówkami. Sam należę raczej do osób, które w grach pomijają tutorial i starają się nauczyć wszystkiego samodzielnie podczas gry (a później zacinają się na pewnym etapie i z podkulonym ogonem wracają do samouczka). Jednakże wydaje mi się, że nawet dla osób, które korzystają z tego typu rozwiązań, jest ich po prostu zbyt dużo. Wyskakują dosłownie co kilka sekund (później coraz rzadziej) i bardziej irytują, niż pomagają. Zdarza się nawet, że pojawiają się na ekranie nawet po kilku godzinach rozgrywki.

 

 

Kilka nowych elementów, ale głównie tradycyjne musou

 

Fire Emblem Warriors: Three Hopes to gra bardzo dobra w swoim gatunku, jednakże po tak dużym tytule można by się spodziewać, że twórcy pokuszą się o więcej innowacyjnych rozwiązań. Oczywiście kilka takich można wymienić, jak „papier-nożyczki-kamień”, ogromne zróżnicowanie pod względem klas postaci charakteryzujących się zupełnie odmiennymi zdolnościami, jak również elementy strategicznego planowania. Jednocześnie również wszystkie z wymienionych pojawiły się już wcześniej w grach tego typu, jednakże tutaj wszystko jest podane w dziwnie satysfakcjonującej formie, która sprawia, że aż chce się przeć do przodu, poznawać nowe losy bohaterów, rozwijać bazę, gromadzić surowce i planować.

 

 

W przypadku najnowszego dzieła Omega Force mam ambiwalentne odczucia. Jeszcze przed premierą widziałem wiele bardzo pozytywnych recenzji zagranicznych serwisów, przyznających produkcji notę 9/10. Spodziewałem się nowatorskiego podejścia, nowych rozwiązań, a tym czasem dostałem po prostu bardzo dobrą grę musou, cierpiącą na kilka bolączek, głównie wynikających z ograniczeń sprzętowych Switcha.

 

To tytuł jak najbardziej obowiązkowy zarówno dla wielbicieli gatunku, jak również fanów serii. Dynamiczna, a jednocześnie niewymagająca rozgrywka oraz dobrze prowadzona, ciekawa fabuła może pochłonąć na wiele godzin.

 

Cena w eShopie: 249,80 zł

Podziękowania dla Conquest za dostarczenie gry do recenzji

 


Podsumowanie

Zalety

  • + dobry przedstawiciel swojego gatunku
  • + ładna oprawa graficzna
  • + wciągająca fabuła, rozwijająca opowieść z głównej części
  • + szybka akcja przepleciona niezbyt długimi dialogami

Wady

  • - istotna jest znajomość Three Houses
  • - nierównomierna wydajność
  • - zbyt dużo efektów, przez co momentami nie wiadomo, co się dzieje na ekranie
  • - zbyt dużo wyskakujących okienek

8

Wyświetleń: 706

Redaktor

Paweł Sępioł

Wyznawca Eris z utęsknieniem czekający na powrót Wielkich Przedwiecznych. Na nowo odkrył miłość do Nintendo, chociaż od wielu lat romansuje jeszcze z PlayStation. Fan planszówek, horroru w każdej formie oraz zombie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *