Na salony trafiła kolejna część gry WWE, czyli produkcja skupiona wokół wrestlingu. Nowy rok przyniósł nową odsłonę, w której sprawdzimy, czy na przestrzeni ostatnich miesięcy zaszły realne zmiany. Pytanie jest proste – czy warto ponownie zainteresować się tym tytułem? Do gry podchodziłem dość sceptycznie. Przyznam szczerze, obawiałem się, że dostaniemy typowe kopiuj – wklej poprzedniej wersji z drobnymi poprawkami.

Stary – nowy wrestling
Porównując to, co widziałem w poprzedniej części, tutaj dostajemy w dużej mierze to samo. Cała podstawowa mechanika wyprowadzania ciosów, rzutów czy tak zwanych „finisherów” pozostała praktycznie bez zmian. Do wyboru mamy szeroką gamę kombosów, które pozwalają spersonalizować własnego wrestlera, także pod względem wyglądu. Można tu spędzić naprawdę sporo czasu, szukając idealnego stylu walki. Opcji nie brakuje i pod tym względem gra daje dużą swobodę. Całość ustawień jest przy tym wygodna, bo możemy skorzystać z Joy-Cona 2 jako myszki albo z ekranu dotykowego w trybie mobilnym.
Jednak poza standardowymi technikami pojawiły się też zmiany w gameplayu. Najważniejszą nowością jest mechanika zmęczenia, przez którą przez pewien czas nie możemy się bronić przed atakami przeciwnika. Brzmi niewinnie, ale w praktyce potrafi solidnie namieszać w walce. Poprawiono też realizm starć. Postacie lepiej reagują na kolizje z bronią i przedmiotami leżącymi na macie. System ragdoll radzi sobie z tym zaskakująco dobrze, co pozytywnie wpływa na odbiór walk.

Przed nami stoi mnóstwo trybów gry, choć większość z nich pozostaje bardzo podobna do tego, co oferowało WWE 2K25. Do dyspozycji mamy różne warianty pojedynków oraz kilka ciekawych nowości. Pojawia się między innymi tryb Inferno, w którym wokół ringu pojawiają się coraz większe płomienie, a naszym zadaniem jest wyrzucenie przeciwnika w odpowiednim momencie. Jest też 3 Stages of Hell, czyli trzy walki pod rząd na różnych zasadach. Tryb I Quit zmusza nas do doprowadzenia przeciwnika do poddania się poprzez specjalną minigrę. Do tego dochodzi Dumpster, gdzie celem jest wrzucenie rywala do śmietnika i jego zamknięcie, oraz Brawls, czyli walki poza areną z większą swobodą zadawania obrażeń.
Na koniec dostajemy Motion Mayhem, czyli tryb unikatowy dla Nintendo Switch 2. Wykorzystuje on ruchowe sterowanie Joy-Conami, przez co niektóre akcje wykonujemy fizycznymi ruchami. Do tego dochodzą power-upy wzmacniające naszego zawodnika. Brzmi trochę jak imprezowa wariacja WWE i w sumie dokładnie tym jest. Problem w tym, że tryb działa tylko lokalnie, więc o pojedynkach online można zapomnieć. Trochę szkoda, bo potencjał był spory. Na szczęście całość nadrabia liczbą dostępnych opcji. Mamy tu, aż 32 różnych trybów,, więc raczej trudno narzekać na brak zawartości.

Inne tryby w akcji
Oprócz podstawowych potyczek gra oferuje całkiem spory zestaw dodatkowych trybów. W MyRise wcielamy się w wrestlera, który po dłuższej przerwie wraca na ring. Problem w tym, że musi zaczynać praktycznie od zera. Naszym zadaniem jest rozwijanie postaci poprzez zdobywane w walkach punkty. W trakcie rozgrywki pojawiają się wybory moralne. Możemy zdecydować, czy nasz zawodnik będzie ulubieńcem fanów, czy raczej łamaczem zasad. Wpływa to nie tylko na fabułę, ale też na odblokowywaną zawartość. Tego jest całkiem sporo i gra wręcz zachęca do ponownego przejścia. Ja jednak nie jestem fanem fabularnych wstawek w grze o wrestlingu. Zwłaszcza gdy blokują dostęp do części zawartości.
W tym roku tryb Showcase skupia się na karierze CM Punka. Twórcy poszli w ciekawą stronę, bo jego największe porażki możemy zamienić w zwycięstwa. W trakcie rozgrywki wykonujemy dodatkowe zadania, które odblokowują nowe elementy. Jeśli jednak nie mamy ochoty przechodzić całej historii, a interesują nas tylko nagrody, pojawia się tryb 1 vs 20. To nieustanna walka z kolejnymi przeciwnikami sterowanymi przez sztuczną inteligencję. Tryb jest wymagający i potrafi dać w kość. Sam kilka razy dostałem tu solidną lekcję pokory. To dobre miejsce, żeby sprawdzić swoje umiejętności.

Kiedy zabawa kosztuje więcej
The Island działa bardzo podobnie jak w poprzedniej części. Ponownie rozwijamy naszego zawodnika, zdobywając walutę w grze. Możemy ją zdobywać w walkach albo, niestety, kupować za prawdziwe pieniądze. I tu zaczyna się problem. System wyraźnie zahacza o model P2W, czyli zapłać, aby mieć łatwiej. Można pominąć grind i szybko stworzyć bardzo silną postać. Dla mnie to spory minus, który skutecznie zniechęca do tego trybu. Sama rozgrywka dla jednego gracza jest jednak całkiem przyzwoita. Bez większych rewelacji, ale działa.
MyFaction opiera się na zbieraniu kart zawodników. Wykorzystujemy je w różnych wydarzeniach dostępnych w grze. Na początku mamy ograniczony skład, ale z czasem roster się rozrasta. Oczywiście nie mogło zabraknąć opcji wydania prawdziwych pieniędzy, żeby przyspieszyć postępy. I znowu – nie jestem fanem takiego rozwiązania. Szczególnie, że mówimy o pełnopłatnej grze. Nawet droższe edycje nie oferują wszystkiego na start, co wygląda dość antykonsumencko. Mimo to tryb daje sporo aktywności, o ile spełniamy wymagania poszczególnych wydarzeń.

Universe oraz MyGM wyglądają bardzo znajomo dla osób, które grały w WWE 2K25. Universe pozwala nam kontrolować przebieg gal i pojedynków. Możemy dowolnie wpływać na wydarzenia i tworzyć własne scenariusze. MyGM to z kolei tryb menedżerski, w którym draftujemy zawodników, zarządzamy rosterem i rozwijamy markę. Możemy grać solo albo rywalizować z innymi graczami czy komputerem.
Jak widać, zawartości jest naprawdę dużo. Każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Ja najczęściej wybieram szybkie wejście do walki bez zbędnych dodatków. Dlatego najlepiej bawiłem się w trybie Universe i zwykłych pojedynkach. Jeśli ktoś lubi grzebać w trybach, spędzi tu długie godziny. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że wiele elementów jest bardzo podobnych do poprzedniej części. Zmian jest sporo, ale rewolucji raczej tu nie znajdziemy.

Problem nowego „Ringside Pass”
WWE 2K26 wprowadza przepustki sezonowe, których w ciągu roku ma pojawić się, aż sześć. Trzeba przyznać – to dość odważne (czytaj: chciwe) posunięcie. Kolejna część zawartości została zamknięta za dodatkowymi płatnościami. I to nie jednymi. Musimy zapłacić za ścieżkę premium, która odblokowuje nowe elementy. To jednak dopiero początek, bo później trzeba jeszcze poświęcić sporo czasu, aby faktycznie wszystko zdobyć. To może być policzek dla graczy, którzy sięgnęli po najdroższą edycję gry.
Nawet jeśli wydaliśmy już niemałe pieniądze, gra i tak oczekuje od nas dziesiątek godzin grindu. W moim przypadku to kompletnie nietrafiony system progresji. Lubię wskoczyć na kilka walk, wyłączyć grę i wrócić do niej później. Tutaj niestety czuć presję ciągłego grania. Oczywiście możemy przyspieszyć postępy, wydając kolejne pieniądze. I znowu – wygląda to tak, jakby twórcy chcieli wycisnąć z graczy jak najwięcej. Przypomnę tylko, że takich przepustek jest sześć, a każda kosztuje około 45 zł.

Gra offline? Jesteś ograniczony
Nintendo Switch 2 kusi mobilnością. Możesz zabrać konsolę ze sobą i grać, gdzie tylko chcesz. Niestety WWE 2K26 skutecznie podcina skrzydła. W przypadku braku dostępu do internetu część zawartości zostaje zablokowana. Nie skorzystamy z trybów The Island ani MyFaction. Co gorsza, gra nie zapisuje postępów do Ringside Passa. To szczególnie boli, bo właśnie w trybie przenośnym chciałoby się „nabijać” progres.
Najbardziej rozczarowuje brak jakiejkolwiek formy zapisu offline. Nawet tymczasowego. Wystarczyłoby przechowywać zdobyte punkty lokalnie i zsynchronizować je później. Niestety tego tutaj nie ma. Efekt jest taki, że mobilność konsoli traci sens. Gracz jest karany za brak internetu, co w przypadku Switcha brzmi jak kiepski żart.
Aby w pełni korzystać z gry, potrzebne jest stałe połączenie z siecią. Dzięki temu możemy grać z innymi użytkownikami. Problem w tym, że zabrakło rozgrywki międzyplatformowej. W praktyce oznacza to, że lobby świecą pustkami. Liczba graczy online nie jest zbyt duża, co szybko daje się odczuć. To spory minus, szczególnie gdy inne tytuły, jak Street Fighter 6, pokazują, że da się to zrobić lepiej.
Na pocieszenie zostają kreacje społeczności dostępne między platformami. Możemy pobierać postacie stworzone przez innych graczy i korzystać z nich w grze. Fajny dodatek, ale trudno uznać go za coś, co rekompensuje brak cross-playa i ograniczenia offline.

Technicznie na ringu
Wracając do sedna rozgrywki, czyli wymieniania się ciosami, muszę przyznać, że sama walka jest całkiem przyjemna i potrafi dawać satysfakcję. Prezentacja aren i zawodników jest przyjemna dla oka. Graficznie wygląda w porządku, choć widać pewne kompromisy, głównie w cieniowaniu. Oprawa dźwiękowa również daje radę. Odgłosy z trybun oraz komentarz budują klimat i wciągają w walkę. Na pierwszy rzut oka wszystko zmierza w dobrą stronę. Niestety tylko do momentu, aż zaczniemy zwracać uwagę na płynność.
WWE 2K26 stara się wyświetlać 60 klatek na sekundę, ale w praktyce bywa z tym bardzo różnie. Przy pojedynkach jeden na jednego jest jeszcze w miarę płynnie. Problem zaczyna się, gdy na ekranie pojawia się więcej zawodników. Wtedy wydajność spada i czuć nawet okolice 30 FPS. Szczególnie odbija się to na minigrach, które wymagają precyzji. Raz wszystko działa płynnie, a za chwilę animacja zaczyna „skakać”. To wybija z rytmu i frustruje. Najczęściej dzieje się to przy zmianach ujęcia kamery.

W takim przypadku sam wolałbym, żeby gra działała w stałych 30 klatkach na sekundę. Przynajmniej byłoby przewidywalnie. Skoki płynności są znacznie gorsze, niż niższa, ale stabilna liczba klatek. Zwłaszcza w grze, gdzie liczy się refleks. Mam też wrażenie, że port na Nintendo Switch 2 jest trochę wymuszony. Gra działa, ale nie zawsze daje komfortową zabawę. Po niektórych walkach, szczególnie w tag teamach, czułem bardziej zmęczenie, niż satysfakcję.
Poczuj walkę
Mimo wszystko da się wynieść z tej gry sporo przyjemności. Sterowanie jest intuicyjne, a dołączony przewodnik bardzo dobrze tłumaczy, jak wykonywać poszczególne akcje. Dzięki temu szybko można zrozumieć, jak atakować, bronić się i wykorzystywać elementy otoczenia. Choć obrona przed atakami bywa wymagająca, samo wyprowadzanie ciosów jest bardzo satysfakcjonujące. Czuć ich impakt, a udźwiękowienie dodatkowo to wzmacnia. Łatwo się wkręcić i z czasem korzystać z coraz większej liczby dostępnych opcji.
Jeśli jednak ktoś chciałby nagrać swoją rozgrywkę lub zrobić zrzuty ekranu bezpośrednio z konsoli, pojawia się problem. WWE 2K26 całkowicie blokuje taką możliwość. To dość absurdalne ograniczenie. Na szczęście gra oferuje funkcje GameShare i GameChat, dzięki którym możemy udostępnić rozgrywkę na drugą konsolę i grać razem, mając tylko jedną kopię gry.

Ding Ding Ding! Werdykt
WWE 2K26 to ogromna gra pod względem zawartości. Liczba trybów i roster liczący ponad 400 zawodników robią wrażenie. Można spędzić tu naprawdę mnóstwo czasu. Jednak to wciąż kolejna iteracja serii, która bazuje na sprawdzonych rozwiązaniach. Niestety całość ma swoje bolączki. Brak rozgrywki międzyplatformowej, niestabilna wydajność oraz agresywna monetyzacja mocno psują odbiór. Zwłaszcza w grze, która kosztuje ponad 300 zł.
Gra jednak trochę się broni. Walki są satysfakcjonujące, oprawa audiowizualna stoi na dobrym poziomie i daje frajdę. Największym problemem pozostaje Ringside Pass. Wymusza grind, stałe bycie online i kolejne wydatki. Ostatecznie czuję większe rozczarowanie niż satysfakcję. Liczyłem na krok do przodu, a dostałem więcej tego samego – z dodatkowymi problemami.
Cena w eShopie: 319.00 zł
Podziękowania dla Cenega za dostarczenie gry do recenzji.
Redaktor
Damian "Dadaista" Filipkiewicz
Z zamiłowaniem śledzę wszystkie informacje i pogrywam różne produkcje na Nintendo Switch, PC oraz PlayStation. Nie mam ulubionego gatunku gier, a przez te lata przewinęły się dziesiątki, z którymi świetnie się bawiłem. Zręcznościówki, strzelanki, karcianki, strategie, RPG'i, bijatyki, horrory nie są mi straszne. Na co dzień pracuję jako programista. Lubię kawę z mlekiem, a moim spirit animal jest Gengar.