RecenzjeRecenzja
RecenzjeArtykuł

Wyginam śmiało ciało – recenzja Shantae and the Seven Sirens

„Lubię, gdy w moich grach stery przejmują kobiety” – słowa…

20 października 2020

„Lubię, gdy w moich grach stery przejmują kobiety” – słowa te miał wypowiedzieć w jednym z wywiadów twórca produkcji – Matt Bozon. Wykreowana przez niego postać Shantae obchodzi w tym roku osiemnaste urodziny. Z tej okazji przyjrzymy się z bliska nowej odsłonie przygód dżinki, która przy pomocy tańca brzucha walczy z hordami przeciwników.

 

Za każdym sukcesem mężczyzny stoi kobieta?

 

Historia postaci sięga roku 1994, gdy Erin Bell wpadła na genialny pomysł stworzenia wojowniczki o nieprzeciętnych umiejętnościach. Następnie została powołana do życia przez jej męża – Matta Bozona. Bohaterką serii jest urocza Shantae – hybryda człowieka i dżina (półdżinka). To profesjonalna tancerka brzucha, która zamieszkuje latarnię morską na wyspie Scuttle Town. Jej świat wypełniony jest tańcem, złotą biżuterią, cycatymi bohaterkami i humorem. Twórca gry nie uważa jednak, że to produkcja feministyczna. Po prostu lubi, gdy w jego produkcjach kobiety pełnią dominującą rolą, a mężczyźni prezentują przede wszystkim słabości. Gdy w 2002 roku produkcja zadebiutowała na konsoli Game Boy Color, od samego początku zebrała grono wiernych i oddanych fanów.

 

 

You can dance?

 

Shantae przyzwyczaiła graczy do tego, że musi borykać się z zakusami Risky Boots – głównej antagonistki serii. W Seven Sirens opuszczamy jednak Scuttle Town i wraz z bohaterką przenosimy się do jednego z rajskich kurortów. Urlop w cudownym zakątku świata brzmi  na tyle wyśmienicie, że niczego nieświadoma dżinka postanawia wziąć udział w zawodach tanecznych. Jednak podczas występu dzieje się coś nieprzewidywalnego.  Światła gasną, a chwilę później okazuje się, że wszystkie rywalki znikają. Shantae ma silne poczucie sprawiedliwości, dlatego nie zastanawia się nawet chwilę i postanawia wyruszyć na poszukiwanie zaginionych osób. Podejrzewa, że za wszystkim może stać jej długoletnia przeciwniczka i rywalka.

 

 

Tańcem brzucha we wroga!

 

W porównaniu z wcześniejszą odsłoną pt. Half-Genie Hero, niewiele się zmieniło. Mapa jest tak skonstruowana, że możemy płynnie przechodzić między poszczególnymi fragmentami. Światy są urozmaicone. Uderzają paletą barw i potrafią zachwycić gracza pomysłowością. Fragmenty plansz odkrywamy z biegiem fabuły za sprawą nowych umiejętności naszej bohaterki. Shantae wykorzystuje taniec brzucha, żeby korzystać z zaklęć. Pokonuje platformy, eksploruje i porusza się po świecie połączonych ze sobą poziomów i labiryntów. W wolnych chwilach chłoszcze przeciwników przy pomocy długiego warkocza.

Gra w dużej mierze przypomina gatunek metroidvanii. Bohaterka przemierza świat w poszukiwaniu zaginionych dżinek. Część mapy w początkowych chwilach rozgrywki jest niedostępna, ze względu na brak odpowiednich do tego umiejętności. Wszystko się zmienia z biegiem czasu, gdy mamy możliwość przyjmowania zwierzęcych form. Dzięki nim będziemy mogli przekopać się przez część trasy lub np. przepłynąć do wcześniej niedostępnych rejonów. Tutaj pojawia się drobna ciekawostka w porównaniu z wcześniejszą odsłoną. W Half-Genie Hero byliśmy zmuszeni wykonać sekwencję tańca, żeby uruchomić przemianę. Obecnie jest to możliwe za sprawą jednego przycisku.

 

 

Punktami kulminacyjnymi są pojedynki z bossami, które znacząco popychają produkcję do przodu. Shantae za pomocą swoich włosów demoluje wrogów, którzy nie stanowią większego problemu dla zaawansowanego gracza. Z poległych wypadają liczne nagrody w postaci przedmiotów i kart, które wspierają nasz podręczny bagaż. Możemy go później wykorzystać w celu chwilowego podkręcenia umiejętności: szybsze przemieszczanie się, czołganie, bądź większa siła zadawanych ciosów. Warto jednak nadmienić, że w ferworze walki rzadko korzystałem z tych możliwości. Tłumaczę to jednak faktem, że gra sprawia na tyle dużo przyjemności, że wszelkie dodatkowe ułatwienia znacząco mogą wpływać na i tak niski poziom trudności.

 

Jak to wszystko pięknie wygląda!

 

Produkcja rozpoczyna się trzydziestosekundową animacją, której nie powstydziłyby się największe studia produkujące anime. Przyznam szczerze, że początkowo sądziłem, że jest to wyłącznie wycinek z pełnoprawnego produktu. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że fani od dłuższego czasu pragną obejrzeć przygody Shantae. Na razie można jedynie nacieszyć się cut-scenkami, które wypadają obłędnie. Największą zmianę, jaką można było zaobserwować, to ta między trzecią a czwartą odsłoną produkcji. Wytwórnia WayForward, odpowiedzialna m.in. za Ducktales: Remastered, w 2018 roku rozpoczęła kampanię na Kickstarterze, której celem było powołanie do życia nowych przygód Shantae. Efektem jest nie tylko zebranie odpowiednich funduszy, ale stworzenie produkcji, która zachwyca lokacjami tętniącymi życiem, kolorowym światem, płynną animacją, świetnie wyglądającymi postaciami i nowym silnikiem gry.

 

 

Poziom trudności to nie wszystko?

 

Jednym z największych mankamentów produkcji jest niski poziom trudności. Nie wpływa to znacząco na frajdę z gry, ale nie jest to produkcja, przy której spędzimy długie wieczory. Rozgrywka zamyka się w ośmiu godzinach. Wrogowie nie stanowią większego wyzwania. Bossowie początkowo potrafią sprawić trudność, ale wystarczy znaleźć na nich patent, żeby później ekspresowo się z nimi uporać. Pasek zdrowia naszej bohaterki szybko się regeneruje. Z wrogów wypadają liczne nagrody, które możemy wykorzystać później w walce bądź poratować się dodatkowym zdrowiem. Jest tego zdecydowanie za dużo. Jaki jest tego efekt? Gra nie stanowi większego wyzwania. Ekwipunek pęka w szwach, a i tak trudno jest wszystko wykorzystać w trakcie rozgrywki. Warto również dodać, że jeżeli jednak jakimś cudem zabraknie nam przedmiotów, na mapie można znaleźć sprzedawcę, który oferuje odpowiednie mikstury.  Za dużo, za dużo!

 

 

Chillout w rajskim klimacie

 

Shantae and the Seven Sirens nie jest produkcją dla wymagających graczy. Jej cel to relaksować, odprężać i wywoływać pozytywne emocje. Duża w tym zasługa niekonwencjonalnego humoru i postaci, które zapadają w pamięć. Rajska wyspa, którą zwiedzamy, przywodzi na myśl odpoczynek i błogi spokój. I chociaż pokonujemy zastępy wrogów, żeby dorwać się do Risky Boots, prawda jest taka, że w tle unosi się duch dewizy „wszystko będzie dobrze”.  O taki chillout przy grze walczyłem!

Cena w eShopie: 112,00 zł

Podziękowania dla WayForward za dostarczenie gry do recenzji.

 


Podsumowanie

Zalety

  • + humor, który wylewa się z ekranu
  • + wciągająca historia, która zachęca do poznania zakończenia
  • + świetnie wyglądające przerywniki
  • + panteon ciekawych bohaterów, z Shantae na czele
  • + mapa

Wady

  • - niski poziom trudności
  • - zdecydowanie za krótka
  • - mało satysfakcjonujące zakończenie

7.5

Wyświetleń: 650

Redaktor

Witkowsky

Fan Stranger Things i piwa kraftowego. W wolnych chwilach biega i tapla się w błocie podczas imprez przeszkodowych. Kolekcjoner figurek Funko POP i konsol. Do dziś lubi pograć w Pokémon Red na Game Boya. Nie rozumie, dlaczego Ash jest młodszy od niego. Podobno byli rówieśnikami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *