SprzętRecenzja
SprzętArtykuł

Lenovo Legion Go Gen 2 – Recenzja. Przepotężny pecet w kieszeni, który uczy pokory do Windowsa

Zastanawialiście się kiedyś, co by było, gdyby wpakować do przenośnego…

2 maja 2026

Zastanawialiście się kiedyś, co by było, gdyby wpakować do przenośnego sprzętu wnętrzności topowego gamingowego laptopa, zmienić system operacyjny na „okienka” i zażądać za to astronomicznej kwoty? Lenovo postanowiło to sprawdzić w praktyce, wchodząc do ringu z zamiarem znokautowania całej konkurencji. Po świetnym i bardzo intuicyjnym modelu Legion Go S, na nasz redakcyjny stół trafiła najnowsza inkarnacja marzenia pecetowca – Lenovo Legion Go Gen 2.

Obecnie rynek handheldów przypomina prawdziwy wyścig zbrojeń. Kiedy Nintendo od lat idzie swoją własną drogą, stawiając na innowacje w rozgrywce, optymalizację i magię ekskluzywnych marek, producenci handheld PC pompują w swoje mobilne urządzenia coraz więcej gigaherców, gigabajtów i watów. Z racji tego, że model Go S (oparty na niesamowicie przyjaznym i „konsolowym” SteamOS) wspominam wyśmienicie, byłem potężnie zaintrygowany najnowszą odsłoną tej serii. Z jednej strony obiecuje ona kosmiczną moc i cudowny ekran OLED. Z drugiej… to wciąż bezlitosne środowisko Windows 11. Spędziłem z tym gigantem trzy tygodnie i muszę przyznać, że jest to sprzęt pełen skrajności, który potrafi rzucić na kolana jakością obrazu, by chwilę później bezlitośnie zirytować swoimi „pecetowymi” fochami.

 

 

Waga superciężka: Handheld, który wyrabia bicepsy

Zacznijmy od tego, co rzuca się w oczy (i ręce) już w sekundę po wyjęciu sprzętu z dołączonego etui. Aaa, słówko o samym etui. Bardzo fajnie, że dostajemy je w zestawie od razu po wyjęciu z pudełka, co u wielu innych producentów wcale nie jest takie oczywiste. Materiał jest jednak dość miękki i brakuje mu tej pancernej twardości, którą znamy z case’ów dedykowanych chociażby Switchowi. Mimo wszystko, dobrze, że sprzęt jest w czym bezpiecznie przenosić, bo to absolutny kolos. Jednak jeśli chcesz zapewnić temu giga-handheldowi jak najlepszą ochronę zalecam zakup jakiegoś konkretniejszego case’a.

 

 

Lenovo Legion Go 2 z przypiętymi kontrolerami waży blisko kilogram (niecałe 930 gramów)! To wartość, która po prostu zmienia definicję słowa „mobilność”. Trzymanie ponad 920 gramów w dłoniach podczas długich, wieczornych sesji na kanapie czy w łóżku to prawdziwy trening siłowy. Dłuższe granie w klasycznym, swobodnym stylu, ze sprzętem uniesionym przed twarzą, szybko odpada. Nadgarstki zaczynają boleśnie drętwieć i mimowolnie szukamy oparcia na udach, stole czy poduszce. Kiedy weźmiecie potem do rąk Nintendo Switcha 2 (ważącego raptem około 535 gramów), poczujecie się, jakbyście trzymali w dłoniach piórko. To jest po prostu fizyczna przepaść.

 

 

Na szczęście, inżynierowie Lenovo zdawali sobie z tego sprawę i ergonomia potrafi uratować sytuację. Gripy samych kontrolerów mają świetną, chropowatą strukturę i są na tyle głęboko wyprofilowane, że sprzęt pewnie leży w łapach. Prawdziwym zbawieniem jest jednak szeroka, niesamowicie stabilna podstawka na plecach konsoli. Działa ona łudząco podobnie do tej ze Switcha OLED i pozwala na ustawienie ekranu pod wieloma kątami. I to właśnie w trybie tabletop (z odpiętymi padami) ten sprzęt sprawdza się absolutnie najlepiej, odciążając nasze zmęczone stawy.

 

Odlotowy ekran OLED: Teatr barw w Twoich dłoniach

Jeśli jest jedna rzecz w tej konsoli, która bezdyskusyjnie uzasadnia jej status premium i potrafi zamknąć usta krytykom, to jest nią wyświetlacz. Lenovo wyciągnęło z rękawa potężnego asa i zaoferowało nam przepiękny, wielki, 8,8-calowy panel OLED z rozdzielczością QHD+ (2560×1600), kinowymi proporcjami i odświeżaniem sięgającym absurdalnych 144 Hz.

 

 

Granie na tym ekranie to czysta, wizualna poezja. Dzięki technologii OLED czerń jest po prostu idealna, smolista i głęboka, co genialnie sprawdza się w mrocznych zaułkach Cyberpunka czy nocnych misjach w AC: Shadows. Kolory są niezwykle nasycone (pełne pokrycie palety DCI-P3), a szczytowa jasność na poziomie 500 nitów pozwala na w miarę komfortowe granie nawet w słoneczny dzień. Odświeżanie 144 Hz to z kolei bajka w przypadku gier niezależnych czy e-sportowych tytułów 2D, gdzie każdy ruch jest gładki jak masło. Zastosowany tu panel robi tak potężną robotę, że powrót do standardowych wyświetlaczy LCD w innych urządzeniach jest bolesnym zderzeniem z szarą rzeczywistością. Obraz jest po prostu ostry jak brzytwa.

W parze z cudownym obrazem idą też świetne głośniki (2x 2W). Dźwięk, który z nich płynie, jest zaskakująco przestrzenny, czysty i ma wyczuwalną głębię. Są one również wystarczająco donośne, co jest tutaj kluczowe, bo muszą nierzadko przebijać się przez hałas układu chłodzenia, ale do tego jeszcze dojdziemy.

 

TrueStrike: Inżynieryjna magia i ergonomiczna frustracja

Lenovo ewidentnie z zapatrzeniem patrzyło na sukces Nintendo, adaptując do swojego giganta ponownie (był w „1” Legion Go, nie Gp S) system odczepianych kontrolerów nazwany TrueStrike. Pomysł na papierze jest absolutnie genialny, daje ogromną swobodę w podróży, ale samo wykonanie mechanizmu jest… zastanawiające. Odpięcie kontrolera wcale nie jest proste. Wymaga mocnego wciśnięcia małego guzika zwalniającego magnesy i wykonania dziwnego, wymuszonego ruchu lekko w górę. Z początku to prawdziwa walka ze sprzętem i wielokrotnie szarpałem się, by mechanizm łaskawie „puścił”. Wpinanie ich z powrotem do tabletu też bywa kapryśne i nie daje tego satysfakcjonującego, pewnego „kliknięcia”, do którego przyzwyczaiło nas „wielkie N”. Przy kilkutygodniowym używaniu wypożyczonej konsoli nie potrafiłem dojść do wprawy z tym systemem.

 

 

Samo wnętrze padów nadrabia jednak te fizyczne bolączki z nawiązką. Wyposażono je w doskonałe gałki analogowe oparte na technologii czujników Halla. Oznacza to brak mechanicznych, ścierających się elementów, a co za tym idzie możemy raz na zawsze zapomnieć o zjawisku dryfujących analogów. Krzyżak (D-Pad) z kolei oparty jest na świetnych mikrostykach. To nie jest zapychacz do zmiany broni, tylko precyzyjne narzędzie, które genialnie sprawdza się w dynamicznych platformówkach 2D czy klasycznych bijatykach.

 

 

Kolejnym potężnym atutem jest wbudowany mały touchpad na prawym kontrolerze. Ponieważ Windows nie jest do końca systemem zaprojektowanym pod dotyk palcem, ten mały gładzik to absolutny „gamechanger”. Korzystałem z niego non-stop podczas nawigowania po pulpicie, minimalizowania okienek czy instalowania launcherów. Ponadto, producent zintegrował w przycisku Power czytnik linii papilarnych, co wybitnie przyspiesza odblokowywanie konsoli, bez konieczności wpisywania pinu na ekranie.

 

 

Wspominałem o inżynieryjnej magii? Prawy kontroler ma swój ukryty talent, nazwany przez twórców „FPS Mode”. W zestawie znajdziemy małą, magnetyczną podstawkę. Po odpięciu pada, wsuwamy go w ów krążek i… staje się on pełnoprawną, pionową myszką optyczną! Spód kontrolera ma wbudowany sensor. Działa to zdumiewająco dobrze, oferując jeszcze lepszy poziom użytkowania, co „mouse mode” w najnowszym Switchu 2. To świetny bajer do ogrywania klasycznych strzelanek na wbudowanej nóżce, czy podczas ogrywania gier strategicznych.

 

 

Jest jednak pewien „haczyk”, który mocno mnie poirytował. Płacicie za ten sprzęt ponad pięć tysięcy złotych, a Lenovo nie dorzuciło do zestawu najprostszego gripa. Mam na myśli kawałka plastiku znanego ze Switcha, w który moglibyśmy wpiąć oba odpięte kontrolery, tworząc z nich jednego, klasycznego pada do gry na kanapie. Takie elementarne akcesorium musimy dokupić sobie osobno. Przy tej cenie to po prostu zakrawa o skąpstwo.

Dodatkowo, kontrolery mogą przytłoczyć układem klawiszy. Inżynierowie wrzucili tu wszystko, co się dało. Mamy kółko przewijania (zupełnie jak rolka w myszce komputerowej), mamy dodatkowe, mapowalne przyciski „Y” z tyłu obudowy (co gorsza, o asymetrycznym układzie: na jednym padzie ułożone są pionowo, na drugim poziomo), mamy przyciski boczne i całą masę guziczków na froncie. Zdarzało mi się, że chciałem intuicyjnie wcisnąć odpowiednik „Start”, a myląc guziki w ułamku sekundy wychodziłem z gry do pulpitu. Czasami mniej znaczy więcej.

 

 

 

Dwa porty USB4, podzespoły z kosmosu i surowy test wydajności

Zaglądając pod maskę Legiona Go Gen 2, można poczuć respekt. Znajdziemy tu dedykowany dla najwyższej klasy handheldów układ AMD Ryzen Z2 Extreme (8 potężnych rdzeni Zen 4, 16 wątków, wchodzących w trybie boost na taktowanie do 5.0 GHz) wsparty zintegrowanym układem graficznym Radeon 780M. Ale największy „efekt wow” robi tutaj zasób pamięci operacyjnej. Konsola otrzymała potężne 32 GB ultraszybkiej pamięci RAM w standardzie LPDDR5X-7500! W środowisku Windows to absolutny przełom, bo pozwala systemowi swobodnie zarządzać grami, nie „dusząc” przy tym zasobów przydzielanych układowi graficznemu (VRAM).

Egzemplarz, który trafił w moje ręce, miał na pokładzie 1TB dysk SSD na złączu PCIe Gen 4.0. System ładuje się błyskawicznie, gry odpalają w mgnieniu oka, a jeśli zabraknie wam miejsca to na dole znajdziecie slot na karty microSD o pojemności do 2TB. Co prawda nie jest to najnowszy i najszybszy standard Micro SD Express, z którego korzysta Switch 2, ale jako magazyn na sprawdzi się idealnie.

 

 

Prawdziwym błogosławieństwem dla komfortu użytkowania jest to, co Lenovo zrobiło z łącznością przewodową. Sprzęt posiada aż dwa pełnoprawne porty USB-C wspierające standard USB4! Jeden umieszczono na szczycie konsoli, drugi na samym dole. Oznacza to ogromną wolność: jeśli gracie leżąc na plecach, podpinacie ładowarkę od góry, by kabel nie wbijał się w brzuch. Jeśli korzystacie z podstawki, ładujecie od dołu. Ale to nie wszystko, bo standard USB4 pozwala na zrobienie z tej maszynki istnego potwora. Możecie podpiąć zewnętrzny, ogromny dysk SSD, wieloportowy HUB z monitorem, a nawet stację eGPU z wielką, desktopową kartą graficzną.

 

 

Jak jednak ten potwór wypada w „surowych” warunkach mobilnych bez kabla zasilającego? Przetestowałem go na dwóch „zabójcach”: Cyberpunk 2077 oraz Assassin’s Creed: Shadows. Nie jestem typem gracza, który będzie tracił godzinę przed rozpoczęciem zabawy na żonglowanie pluginami, suwakami i aplikacjami firm trzecich, żeby wycisnąć dodatkową klatkę. Chcę włączyć sprzęt, wybrać rozsądny profil i grać. W obu grach ustawiłem pobór mocy (TDP) na „środkowe”, zrównoważone 20W.

Dlaczego 20W? Ustawienie pełnej, maksymalnej mocy w tym sprzęcie gwarantuje bardzo dobre osiągi, ale bateria wbudowana w Legiona (mimo że urosła względem „jedynki” do potężnych 74 Wh) po prostu znika w szalonym tempie i wystarcza na około półtorej godziny grania w gry AAA. Oczywiście, zawsze możemy dodatkowo zmniejszyć rozdzielczość ekranu czy pobawić się kilkoma innymi ustawieniami, aby wydłużyć działanie konsoli o kolejne kilkanaście minut. Sęk w tym, że dla mnie ciągłe dłubanie w opcjach w celu uzyskania kilku FPS-ów więcej czy ugrania paru dodatkowych minut z dala od ładowarki jest czymś, czego po prostu nienawidzę. Kiedy biorę konsolę do rąk, chcę poświęcić ten czas na czyste granie, a nie na żmudne przygotowywanie do grania i walkę z suwakami. Właśnie dlatego TDP rzędu „20” to dla mnie taki złoty środek, pozwalający dobić w wymagających tytułach do około 2 i pół – 3 godzin z dala od gniazdka, z zachowaniem sensownego balansu.

 

  • Assassin’s Creed: Shadows: W tym tytule wspierałem się wbudowanym upscalerem FSR 3.1. Przy takich ustawieniach polecam zjechać z detalami na gotowe pre-sety „Ultraniskie”  lub „Niskie”. Gra na obu wariantach działa znakomicie i bez problemu uzyskiwałem ponad 60 FPS, a średnie wahania zamykały się w płynnych 50-60 klatkach na sekundę. Apetyt jednak rośnie w miarę jedzenia. Wbicie na „Wysokie” powodowało wyraźne cięcia do ok. 44 FPS, a „Ultrawysokie” sprawiało, że gra stawała się mało grywalna, dramatycznie spadając poniżej granicy 30 FPS-ów.

  • Cyberpunk 2077: Tutaj postanowiłem zagrać bez opcji generowania sztucznych klatek, opierając się jedynie na skalowaniu rozdzielczości, czyli AMD Fidelity FS 2.1. Niestety, przy TDP 20W marzenia o idealnych 60 FPS trzeba odłożyć na półkę. Tryb przygotowany pod handheldy (Steam Deck) dawał stabilne, konsolowe 36 klatek. Zjazd na najniższe ustawienia podbijał licznik do 42 FPS, a wejście na „średnie” obniżało go do 32 FPS. Oczywiście wrzucenie do tego Ray Tracingu zarzynało zasilany bateryjnie procesor, dławiąc Night City do poziomu 22-24 klatek na sekundę. Pamiętajcie, że jeśli odkręcicie TDP do oporu to zagracie na „niskich” z upscalerem w upragnionych 60 FPS-ach i nawet więcej.

Jest w tym wszystkim jeden bardzo głośny i wietrzny minus. Jeśli dacie układowi Z2 Extreme wolną rękę i zmusicie go do pacy, zastosowany tu system chłodzenia wyje jak odrzutowiec przy starcie. Wiatraki wkręcają się na absurdalnie głośne obroty. O ile wibracje potrafią zbudować immersję, o tyle tutaj bez porządnych, wygłuszających słuchawek na uszach nie ma mowy o komforcie. Gra w nocy, gdy w pomieszczeniu śpi inna osoba? Całkowicie wykluczona.

 

Windows 11: Zmora podróżującego gracza 

Dochodzimy do punktu, który dla mnie, jako wielkiego fana wygody „włącz i graj” od Nintendo, jest najtrudniejszy do przełknięcia. Windows 11 na małym ekranie.

Owszem, daje on potężne możliwości. Odpalicie każdy popularny launcher z PC (Steam, GOG, Epic, Xbox Game Pass, czy appki streamingowe) bez uciekania się do hakerskich sztuczek i instalowania linuksowych protez. Możecie podpiąć zewnętrzną klawiaturę i napisać na tym tekst do pracy. Ogromnie ułatwia to autorska nakładka Lenovo (Legion Space / Quick Settings) wywoływana błyskawicznie jednym z frontowych przycisków. Pozwala ona w locie „w locie” zmodyfikować kolory RGB wokół analogów (lub je całkowicie wygasić), zmienić rozdzielczość, zarządzać wiatrakami czy odświeżaniem – naprawdę super funkcja.

 

 

Mimo to, Windows to po prostu wciąż Windows. System operacyjny, który nie rozumie, że znajduje się w przenośnym gadżecie. Najbardziej bolesnym tego dowodem jest tryb uśpienia. Przerobiłem to brutalnie na własnej skórze: grasz w świetny tytuł, zamykasz grę w tryb uśpienia (jak na Switchu), chowasz do etui i wrzucasz do plecaka, by dokończyć zabawę w wolnej chwili. Wyciągasz go godzinę później i co? Wyciągasz martwą, rozładowaną do zera bryłę gorącego, parzącego w dłonie plastiku! Windows potrafi się w ułamku sekundy losowo wybudzić w zamkniętym etui, bo „uzna”, że np. potrzebuje pobrać łatkę bezpieczeństwa, albo przypadkowo wciśnie się z boku obudowy przycisk wybudzania. System ten nie ma pojęcia o energooszczędności przy hibernacji. To kompletnie rujnuje samą ideę zaufania do przenośnej konsoli i sprawia, że tęsknię za dopieszczonym i bezproblemowym SteamOS z modelu Go S, który po prostu rozumiał, czym jest pauza w grze. Oczywiście można bawić się w instalację alternatywnych nakładek na tego Legiona, ale płacąc tak wielkie pieniądze oczekuję wygody prosto z pudełka, a nie domowego warsztatu IT. Jedynym pocieszeniem po takim incydencie pozostaje fakt, że naładowanie konsoli od absolutnego zera do 100% zajmuje w okolicach zaledwie jednej godziny. Zanim zdążycie na dobre wkurzyć się na Microsoft, sprzęt znów jest gotowy do akcji.

 

Zderzenie ze ścianą, czyli cena

Na sam koniec zostawiłem ten najboleśniejszy aspekt. Lenovo Legion Go Gen 2 został wyceniony potężnie, bo jego cena mieści się w przedziale od 5000 do nawet 5500 zł w zależności od sklepu!

Bądźmy absolutnie szczerzy, to jest wręcz abstrakcyjna kwota jak na sprzęt, który po godzinie z hakiem trzeba podpinać do gniazdka. Moja wewnętrzna, psychologiczna bariera dla zakupu jakiegokolwiek handhelda zamyka się w okolicach trzech tysięcy złotych. Owszem, doskonale rozumiem, z czego wynika ta góra pieniędzy w przypadku najnowszego modelu Lenovo. Dostajemy tutaj najnowocześniejszy ekran OLED, topowe chłodzenie, 32 GB ultraszybkiego RAM-u, innowacyjne kontrolery TrueStrike i układ Ryzen zdolny uciągnąć hity z PC. Niemniej, to wciąż konsola przenośna, a kosztuje więcej niż średnio mocny komputer stacjonarny czy zestaw składający się z Nintendo Switcha 2 i Lenovo Legion Go S + zestaw akcesoriów dla obu systemów.

 

Podsumowanie

Lenovo Legion Go Gen 2 to niesamowicie imponujący, ale niesłychanie specyficzny pokaz technologicznej potęgi w „małym” wydaniu. Cudowny, gładki jak lustro ekran OLED, genialne wręcz porty USB4 i czysta, brutalna moc imponują na każdym kroku. Odpinane kontrolery z trybem myszki i wbudowanym touchpadem to ukłon w stronę innowacji, a szybkie ładowanie ratuje tyłek, gdy zapędzimy się w grze.

Jednak nie sposób przymknąć oczu na jego wady. Gigantyczna, męcząca waga przekreślająca prawdziwą mobilność, beznadziejnie zepsuty przez Windowsa tryb uśpienia budzący w torbie małego potwora, dziwnie zacinający się mechanizm wymiany kontrolerów, brak gripa w tak drogim zestawie, wycie małych wiatraczków i w końcu… przytłaczająca cena, zniechęcą niejednego zapaleńca.

Jeśli szukacie bezstresowej i czystej zabawy z grami w dowolnym miejscu z rewelacyjną kulturą pracy i genialnym trybem standby – sprzęt od „wielkiego N” czy inne rozwiązania oparte na systemach linuksowych to nadal najlepszy kierunek. Jeśli jednak Wasz budżet z łatwością przyjmie wyrwę na 5 tysiący złotych, zależy Wam na bezkompromisowej jakości obrazu, dostępie do pełnej, „windowsowej” biblioteki platform PC, a w granie handheldowe wpiszecie opieranie konsoli na biurku za pomocą stopki, to Legion Go 2 absolutnie was pochłonie. Nazywajmy rzeczy po imieniu: to mikroskopijny laptop o ogromnej mocy, do którego ktoś sprytnie dokleił kontrolery.

Ocena: 7/10

 

 

 

 

Podziękowania dla Lenovo Polska za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego!

 


Podsumowanie

Zalety

  • + Absolutnie zjawiskowy, 8,8-calowy wielki ekran OLED 144 Hz (QHD+)
  • + Ryzen Z2 Extreme połączony z 32 GB szybkiego RAM-u DDR5, pozwalające zagrać we wszystko co na rynku
  • + Błyskawicznie szybkie ładowanie potężną kostką zasilającą 65W oraz czytnik linii papilarnych.
  • + Niezwykle sprawnie przemyślana autorska nakładka Legion Space (Szybkie Ustawienia) ratująca okienkowy bałagan.
  • + Znakomicie zaprojektowane analogi bazujące na czujnikach Halla (żegnajcie obawy o stick drift!).
  • + Rewelacyjny i sprawdzający się w bijatykach "switchowy" krzyżak (D-Pad).
  • + Aż dwa użyteczne, szybkie porty w standardzie USB4 (górny i dolny), które dają masę wolności i umożliwiają podłączenie eGPU.
  • + Kapitalny tryb "FPS Mode" robiący z odpiętego, prawego kontrolera czułą myszkę optyczną oraz niezwykle użyteczny gładzik.
  • + Wbudowana stabilna "nóżka", umożliwiająca wygodne granie w trybie stołowym.
  • + W zestawie otrzymujemy podstawowe etui na PC Handheld

Wady

  • - Windows 11...
  • - Tragedia o imieniu  tryb uśpienia potrafi zawieść, a sprzęt lubi włączyć się w plecaku, gotując sam siebie.
  • - Kosmicznie wręcz wysoka, często zaporowa cena (od 5000 do 5500 złotych za wariant 1TB!).
  • - Kolosalna waga zbliżająca się do 1 kilograma, co definitywnie wyklucza komfortowe granie trzymając sprzęt w powietrzu.
  • - Krótki czas działania na baterii przy wymagających tytułach
  • - Bardzo agresywne, głośne wentylatory załączające się z impetem podczas gry w tytuły AAA
  • - Zbyt duże przeładowanie przyciskami dodatkowymi, rolkami czy symetrycznymi "M-kami" na obudowie pada, prowadzące do mylenia guzików.
  • - Wyjątkowo nieintuicyjny mechanizm wypinania kontrolerów TrueStrike, brakuje mu nintendowskiej lekkości łączenia
  • - Brak dołączonego w pudełku klasycznego akcesorium "gripa" pozwalającego złożyć dwa odpięte pady w jeden wygodny kontroler.
Wyświetleń: 543

Redaktor

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *