Hero RecenzjeRecenzja
Hero RecenzjeArtykuł

Wybiło południe! – recenzja Call of Juarez: Gunslinger

6 lat minęło od premiery Call of Juarez: Gunslinger na…

20 grudnia 2019

6 lat minęło od premiery Call of Juarez: Gunslinger na poprzedniej generacji konsol. To czwarta i jak na razie ostatnia odsłona w popularnej serii westernowych strzelanek. Nie miałem niestety okazji zapoznać się z pozostałymi tytułami, zatem do Gunslinger podszedłem bez żadnych oczekiwań i uprzedzeń. Być może dlatego ze Switchem na Dzikim Zachodzie spędziłem bardzo miłe chwile.

 

Whiskey, poproszę

 

Fabuła śledzi losy Silasa Greavesa – osławionego łowcy głów, którego poznajemy, gdy wkracza do Saloonu w Kansas. Wokół niego gromadzi się natychmiast kilku spragnionych znakomitych opowieści słuchaczy – jeden z nich jeszcze chwilę wcześniej czytał książkę poświęconą naszemu protagoniście. W zamian za darmowe drinki Greaves zgadza się snuć opowieść o swych czynach, co rozpoczyna rozgrywkę w bardzo klimatyczny sposób.

 

 

Motyw wspomnień jest bardzo skutecznie eksploatowany w ciągu całej gry. Sędziwy Greaves sam przyznaje, że pamięć już nie ta i niektóre wydarzenia mogą być nieco podkręcone lub zniekształcone. Tłumaczy to zatem krew wybuchającą z głów pokonywanych przeciwników i dynamiczne strzelaniny, a niekiedy nawet zmuszeni jesteśmy powtórzyć jakiś fragment rozgrywki, gdy protagonista zostaje przyłapany na bajkopisarstwie. Retrospekcje głównego bohatera w świetny sposób przedstawiają graczom fabułę, a przy tym budują wciągający klimat całości.

Silas poprowadzi nas w swoich wspomnieniach przez 14 poziomów, w których zwiedzimy opuszczony pociąg, zabite dechami miasteczko, sieć jaskiń i zachodnią dzicz. Ukończenie trybu fabularnego zajmuje około 6 godzin, co jak na grę FPS jest dość standardowym wynikiem. Sama historia nawiązuje do westernowych klasyków, toteż nie znajdziemy tu pełnych refleksji i zadumy momentów, a głównie dynamiczne zwroty akcji.

 

 

Po trupach do celu

 

Głównym zadaniem gracza w Gunslinger jest karmienie dziesiątek wrogów ołowiem na wszelakie możliwe sposoby. Za te bardziej finezyjne jesteśmy nagradzani – chociażby wykonując satysfakcjonującego headshota lub zabijając wroga w walce wręcz – punktami doświadczenia. Po zebraniu wystarczającej ich ilości otrzymujemy punkt, który możemy zainwestować w jednym z trzech drzewek rozwoju postaci: Desperado (walka dwoma rewolwerami naraz), Łowcy (walka dalekodystansowa) lub Traperze (walka bliskodystansowa). W ten sposób odblokujemy większe zasoby amunicji, większą celność, obrażenia lub dodatkowe umiejętności aktywne. Warto więc rozkręcić niezłą zadymę na polu bitwy, bo gra z radością nagrodzi nas za wyobraźnię. Same zdolności nie mają jednak zbyt dużego wpływu na rozgrywkę, dzięki czemu nie trzeba głowić się nad wyborem jedynej i słusznej ścieżki.

 

 

Greaves do swojej dyspozycji ma dość pokaźny arsenał broni, w skład którego wchodzą rewolwery, karabiny, strzelby i dynamit. Zależnie od misji mamy dostęp do innego wyposażenia, warto więc nauczyć się dobrze wykorzystywać zalety każdej pukawki. Strzelanie jest też niezwykle satysfakcjonujące – nie tylko ze względu na strumienie krwi, jakie wylewają się z pokonanych wrogów, ale każda broń zdaje się mieć swój odpowiedni ciężar i balans, co dodaje walkom wiarygodności.

 

 

Bitew w Call of Juarez jest naprawdę sporo, a niekiedy wrogów może być na tyle dużo, że może wydawać się to przytłaczające. W takich momentach z pomocą przyjdzie tryb Koncentracji – swoiste spowolnienie czasu, dzięki któremu możemy oddać precyzyjne strzały w głowy niemilców i zapoznać się z sytuacją. Koncentracja nie trwa jednak wiecznie – załadujemy ją, a jakże, pokonując wrogów, więc cała rozgrywka jest niezwykle płynna, a wszystkie mechanizmy sprytnie się ze sobą zazębiają.

 

 

W poziomach ukryte zostały tzw. Okruchy Prawdy, czyli znajdźki będące okazją do poznania ciekawostek fabularnych i pretekstem do eksploracji poziomów. Mapki może i nie są zbyt rozległe, ale za to bardzo szczegółowe – polecam czasem zboczyć z proponowanej ścieżki i odsunąć się na moment od bitewnego rozgardiaszu, aby móc nacieszyć się okolicą.

 

 

Najbardziej do gustu przypadły mi jednak Pojedynki. W każdym poziomie będziemy musieli takowy stoczyć, a są to sceny żywcem wyrwane z najgłośniejszych westernów. W ich trakcie Greaves staje oko w oko z „głównym złym” danego poziomu. Rewolwerowców otacza tylko cisza i napięcie. My, jako gracze, musimy w tym czasie zrobić jednak całkiem dużo. Lewa gałka analogowa odpowiada za pozycję ręki Silasa – im bliżej broni, tym szybciej wyciągnie ją z kabury. Prawą gałką musimy natomiast „skupić się” na przeciwniku, co zapewni nam pomocne zbliżenie na jego facjatę. W chwili, gdy słyszymy bicie serca naszego bohatera, możemy jako pierwsi oddać strzał – taki postępek jest jednak uznawany za niehonorowy. Prawdziwą satysfakcję przynosi zastrzelenie przeciwnika w momencie, gdy ten sięga po broń. Jest to jednak dość trudne – nie było Pojedynku, w którym nie umarłbym przynajmniej raz. Te wstawki bardzo mi się jednak podobały i myślę, że pod kątem rozgrywki zostały dobrze przemyślane.

 

 

W ręce graczy oddano trzy tryby rozgrywki: fabularny, akcji (walka z dziesiątkami wrogów w odlobkowanych wcześniej poziomach) lub Pojedynku, w którym możemy wytrenować swoje odruchy do miana najszybszego rewolwerowca na Switchu.

 

 

Dziki (i śliczny) Zachód

 

Mimo upływu 6 lat od premiery, Call of Juarez: Gunslinger może pochwalić się nienaganną szatą graficzną. Cieszy ona oko głównie ze względu na to, że jest utrzymana w nieco komiksowym stylu, przez co starzeje się dużo wolniej. Poziomy są bardzo dopracowane, ekran aż tętni życiem od bogactwa kolorów, a całość jest świetnie zoptymalizowana, dzięki czemu nic nie przeszkadza nam w chłonięciu klimatu produkcji.

 

 

Dużo większe wrażenie zrobiło na mnie jednak udźwiękowienie. Ścieżka dźwiękowa to bardzo klimatyczne ambienty gitarowe, przywodzące na myśl westerny lub serię Borderlands. Króluje jednak przede wszystkim znakomity dubbing. Aktorzy dali z siebie wszystko, oddając wirtualnym postaciom swoje głosy, dzięki czemu podczas gry trudno oprzeć się wrażeniu, że tak naprawdę oglądamy bardzo dobry film akcji. Uroku dodają zwłaszcza wypowiedzi Greavesa podczas przechodzenia poziomów – kiedy robimy coś w grze, mężczyzna nadal snuje opowieść ludziom w Saloonie, komentując na bieżąco nasze poczynania. Coś wspaniałego!

 

 

Wobec tego cieszy mnie, że polska wersja językowa ogranicza się tylko do wersji kinowej. W obliczu tak świetnej pracy aktorów z oryginału prawdopodobnie nawet nie chciałbym włączyć polskich głosów. Sama lokalizacja jest wykonana wzorcowo, co zadowoli z pewnością wielu graczy.

Gra na Switchu jest tak samo płynna w trybie stacjonarnym i przenośnym. Dodatkowo zaimplementowano możliwość celowania za pomocą żyroskopu. Sam nie jestem fanem tego rozwiązania, więc dość szybko przełączyłem się na sterowanie gałką.

 

 

Wyrewolwerowany rewolwerowiec

 

Call of Juarez: Gunslinger był dla mnie wyjątkowo przyjemną podróżą na Dziki Zachód. Pełna akcji rozgrywka, malownicze i różnorodne poziomy, dziesiątki sposobów na zdmuchnięcie wrogów, zdobywanie punktów doświadczenia, szukanie Okruchów Prawdy, rewolwerowe pojedynki, zabawna i wciągająca fabuła – zalety mogę wyliczać całkiem długo, wad jest zdecydowanie mniej. Największą jest fakt, że gra jest bardzo krótka, a dodatkowe tryby niewiele w tej kwestii zmieniają. Brakowało mi też mniejszej liniowości i może jakiegoś większego urozmaicenia – w tak przeciekającej klimatem Dzikiego Zachodu produkcji naprawdę zabrakło jakiegoś konnego pościgu z jednoczesnym wystrzeliwaniem przeciwników. Ale nie zapędzajmy się – na ten moment jest to naprawdę solidna produkcja, warta swojej ceny.

Cena w eShopie: 79.99 zł

Podziękowania dla Techland za dostarczenie gry do recenzji.

 


Podsumowanie

Zalety

  • + dynamiczna i pełna akcji rozgrywka
  • + pojedynki rewolwerowe
  • + przyjemna dla oka grafika i dobra optymalizacja
  • + polska wersja językowa
  • + fantastyczny dubbing
  • + ciekawy pomysł na fabułę

Wady

  • - dość krótka
  • - poziomy, mimo różnorodności, są bardzo liniowe
  • - niektórych może frustrować – ginie się dość często

7.5

Wyświetleń: 7355

Redaktor

Kosma Staszewski

Tak, to imię, a nie pseudonim, choć w świecie gier przedstawiam się jako Szuszuro. „Złapałem je wszystkie” niezliczoną ilość razy, a z produktami Nintendo utrzymuję niezdrową relację od wielu lat. Na co dzień studiuję dziennikarstwo i parzę kawę, aby mieć hajs na gry.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *