RecenzjeRecenzja
RecenzjeArtykuł

Za światłem tej pochodni warto podążać – recenzja Torchlight II

Jeżeli pamiętacie lata okropnego oczekiwania na Diablo III, to pewnie…

25 września 2019

Jeżeli pamiętacie lata okropnego oczekiwania na Diablo III, to pewnie z radością zaspokajaliście swój hack’n’slashowy głód przy Torchlight – produkcji stworzonej przez ojców pierwszego Diablo. Momentalnie stała się ona hitem, głównie za sprawą swojej klimatycznej muzyki, nietypowej dla gatunku oprawy audiowizualnej oraz jawnych nawiązań do diabolicznych korzeni. Nic więc dziwnego, że w 2012 roku gra doczekała się swojego sequela, który oferował właściwie to samo, co „Jedynka”, tylko że bardziej. Niedawno wspomniany sequel doczekał się swojego portu na Switchu, konsoli wręcz idealnej do tego typu gier. Czy Torchlight II jest dobrą alternatywą dla przenośnego „Diabełka”?

 

Przykry początek

 

Jeśli sądzicie, że wydając 80 złotych na Torchlight II będziecie mogli rozkoszować się błogo jego zawartością, to… najlepiej uprzedzić was już na samym wstępie o konieczności subskrybcji usługi Nintendo Switch Online. Nieprzyjemny komunikat, wyskakujący tym, którzy członkami klubu nie są, boleśnie dał mi znać, że bez dorzucenia 18 złotych miesięcznie nie zobaczę nawet menu głównego. A szkoda, bo gram głównie w pojedynkę, więc tego typu niesnaski nie nastroiły mnie pozytywnie na nadchodzącą przygodę.

Zanim wskoczymy do tego baśniowego świata, stajemy oczywiście przed wyborem swojej klasy postaci. Dostępne są cztery: Inżynier, walczący wręcz, steampunkowy tank, który może konstruować na polu bitwy przeróżne maszyny; Wędrowiec, klasa dystansowa, która korzysta z broni palnej i niezaawansowanej magii; Żarodziej, który księgi czarów czytał już chyba w kołysce oraz Berserker – narwany barbarzyńca, korzystający z pomocy magii do wykonywania serii szybkich i potężnych ciosów. Poza bohaterem musimy również wybrać swoje zwierzątko – a tych wręcz od groma: od jeleni, przez sowy, lamy, jednorożce i buldogi, aż po wilki. Nasi zwierzęcy towarzysze, podobnie jak w części pierwszej, nie są tylko bezmyślnymi złotojadami, ale o tym potem. Wybrawszy najpiękniejszy z plugawych ryjów dla swojego Berserkera i wilka u boku, ruszyłem podbijać świat.

 

 

Każda z czterech dostępnych postaci dysponuje odmiennym stylem gry i umiejętnościami. Zdobywając poziomy, otrzymujemy kilka punktów do zainwestowania w nasze bazowe statystyki oraz punkty umiejętności. Te pierwsze rozdajemy głównie z myślą o przedmiotach, jakie chcemy założyć. Sprawa bardziej komplikuje się w kwestii zdolności. Każdy bohater ma trzy różne odnogi swojej specjalizacji. Przykładowo, nasz Żarodziej może miotać siłami błyskawic, lodu lub ognia, a Berserker przywoływać różne duchy przodków, które wzmocnią jego ataki siłami żywiołów. Możliwości jest mnóstwo, a gra właściwie nie podpowiada nam, które umiejętności nam się przydadzą, a które przestaniemy rozwijać po paru poziomach. Możemy co prawda odzyskać wydane punkty, ale tylko trzy ostatnie, więc miejsca na popełnianie błędów mamy tu wystarczająco. Zachęcam jednak do eksperymentowania, bo wszystkie gałęzie rozwoju są przydatne i satysfakcjonujące w użyciu.

Świat, jaki przyjdzie nam zwiedzić w Torchlight II, podzielony jest na trzy akty. Przygodę zaczniemy biegając po górskich stepach, aby następnie w pogardzie mieć słońce pustyni, a na końcu zwiedzimy nawiedzony, mroczny las, penetrując ruiny starożytnej, krasnoludzkiej cywilizacji. To dość klasyczna mieszanka lokacji, typowa dla gatunku hack’n’slash, ale na szczęście nie nudzi – do kolejnych aktów przechodzimy w idealnym czasie, aby nie rzygać z przejedzenia aktualną scenerią.

 

 

Towarzyszące nam przez całą grę zwierzątko okaże się bardzo pomocnym w rozgrywce. Oprócz wspomnianego zbierania złota, będzie pomagało nam w walce, a gdy w ekwipunku zgromadzi nam się zbyt dużo beznadziejnych przedmiotów – możemy wysłać je do miasta, aby sprzedało je handlarzom, przy okazji przynosząc nam parę miksturek leczniczych. To mechanika, którą widzieliśmy już w pierwszym Torchlight, ale jest na tyle innowacyjna i urocza, że na szczęście twórcy przenieśli ją również do sequela.

A jeśli szukanie niebieskiego kwiatu z kolcami i rozpłatywanie łbów chwilowo nam się znudzi, możemy się oddać błogiej czynności… wędkowania. W miastach lub określonych miejscach możemy rzucić przynętę do wody i wziąć udział w minigierce. Wyłowić możemy przede wszystkim rybki, które przemienią nasze zwierzątko w potwora, dużo groźniejszego w walce, szybszego lub, po prostu, ładniejszego, jak również przedmioty – choć, oczywiście, nie będą to perfecty z najwyższej półki. Niemniej, taka odskocznia od zwykłej rozgrywki jest niesamowicie przyjemna.

 

 

Młodszy brat Diablo II

 

Jeśli chodzi o fabułę, to nie zdziwię was pewnie mówiąc, że w Torchlight II jest dość szczątkowa. Akcja rozgrywa się parę lat po wydarzeniach z części pierwszej. Alchemik – grywalna postać w „Jedynce” – zostaje opętany przez mroczne siły, rujnuje miasteczko Torchlight i rusza przed siebie, oczywiście niszcząc wszystko po swojej drodze, a naszym zadaniem jest go powstrzymać. Brzmi znajomo? Nic dziwnego – wspominałem już, że za stworzeniem serii stoją ojcowie Diablo, którzy nie fatygowali się nawet, aby ich inspiracje nie były zbyt oczywiste. Historia opowiedziana w drugim Torchlight jest więc kalką tej z Diablo II (duh, nawet kolejność aktów się zgadza). Jest również niestety o wiele mniej angażująca niż ta znana nam z drugiego „Diabełka”. Początkowo starałem się czytać wypowiedzi NPC oraz oglądać porywające przerywniki, ale po jakimś czasie zacząłem je po prostu przewijać. Ostatecznie nie o fabułę w tym gatunku chodzi, z czego Runic Games doskonale zdawało sobie sprawę, tworząc koktajl o idealnych proporcjach gameplay’u i historii.

 

 

Choć rozgrywka w Torchlight II może wydawać się sztampowa, nudna i powtarzalna, to gwarantuję – po uruchomieniu gry nieprędko ją odłożycie. Jest coś w tym schemacie zabijania, wracania do miasta, handlowania i wypełniania questów, co przykleja was do konsoli na długie godziny. Pomaga w tym również bardzo dobry projekt lokacji, które ukrywają w kątach mapy przeróżne skarby lub dodatkowe aktywności, np. oczyszczanie nagrobka z mrocznej klątwy poprzez wyrżnięcie paru fal nadciągających truposzy. Ogromny szacunek mam też do Runic Games za liczne, choć bardzo subtelne nawiązania do popkultury. Byłem w ogromnym szoku, gdy przemierzałem dziwnie znajomy dungeon, na końcu którego plądrowałem rozbity statek i stoczyłem walkę z Jednookim Willym. Wzmianki o kultowym dla mojego dzieciństwa filmie The Goonies w hack’n’slashu się zupełnie nie spodziewałem.

 

Siecz, rąb i podziwiaj

 

Poza wciągającą rozgrywką, niezaprzeczalnym atutem Torchlight II jest jego oprawa graficzna. Konsekwentna dla serii, o określonym, bajkowo-komiksowym stylu, zachwyciła mnie swoją prostotą i jednoczesną dbałością o detale. Sprzyja ponadto Switchowi, który bez większych problemów odtwarza obraz w stałych 60 klatkach na sekundę, a ekrany ładowania trwają co najwyżej parę sekund. Grafika zatem zdecydowanie na plus – to takie Diablo III, ale zrobione dobrze, bez zbędnego przesłodzenia i ujmy na klimacie.

 

 

A skoro o klimacie mowa, to buduje go przede wszystkim wyśmienita ścieżka dźwiękowa. Inspiracje drugim Diablo znowu dają o sobie znać, bo to właśnie z tematem Obozowiska Łotrzyc czy Lut Gholein kojarzą mi się mroczne ambienty, których będziemy słuchać w trakcie rozgrywki. Delikatne gitarowe brzmienia idealnie pasują do wyrzynania setek potworów i rozwiązywania kolejnych questów. Polecam posłuchać sobie w Internecie, bo naprawdę warto.

W Switchowy port Torchlight II grało mi się dużo wygodniej niż w Diablo III. Sterowanie zostało dobrze przystosowane do warunków konsoli. Do wszystkich „głównych” guzików możemy przypisać odpowiednie funkcje czy umiejętności. Uwagi mogę mieć co najwyżej do paru baboli, jak chociażby sytuacji, w której nie możemy podnieść przedmiotów leżących na ziemi, kiedy atakują nas potwory, bo guzik odpowiadający za zbieranie jest również atakiem podstawowym. Brakuje mi również większej ilości ustawień w opcjach, jak chociażby filtru przedmiotów, tak istotnego w hack’n’slashach. Ponownie nie pogramy też na Switchu po polsku, mimo że polska wersja językowa istnieje, co dla wielu osób może być przeszkodą.

 

 

Z kumplami za Alchemikiem

 

W kwestii niesławnego trybu wieloosobowego, który wymusza na wszystkich graczach subskrybcję Nintendo Switch Online, aby w ogóle grę uruchomić, jest całkiem dobrze. Mamy możliwość gry lokalnej (łącząc się z inną konsolą w pobliżu) lub sieciowej do 4 graczy naraz. Nic nie stoi więc na przeszkodzie, aby legiony wrogów pokonywać z kumplami. Brakuje mi tylko opcji grania na dzielonym ekranie, jak to było w przypadku Diablo III, ale ostatecznie nie jest źle.

 

 

Torchlight II to fantastyczny przedstawiciel gatunku hack’n’slash. Choć nie jest pozbawiony wad, gra się w niego niesamowicie przyjemnie, zwłaszcza na Switchu, od którego nie musimy odchodzić nawet na moment. To zabawa na długie godziny – na jednorazowe przejście gry będziemy potrzebować około 30, a potem odblokujemy jeszcze tryb Nowa Gra +, który rozwija się pięciokrotnie… cóż, na nudę na pewno nie będziecie narzekać. Na ten moment w oczy razi najbardziej brak bardziej angażującej fabuły i głupkowaty wymóg subskrybcji Nintendo Switch Online, ale na to już chyba niewiele poradzimy. Jeśli macie zbyt dużo wolnego czasu, to Torchlight II z chęcią wam go zabierze.

Podziękowania dla Perfect World za dostarczenie gry do recenzji.

 


Podsumowanie

Zalety

  • + wciągająca rozgrywka na długie godziny
  • + dobra optymalizacja na Switchu
  • + śliczna grafika i klimatyczne udźwiękowienie
  • + zwierzęcy towarzysze

Wady

  • - wymaga subskrybcji Nintendo Switch Online, bez której gry nawet nie uruchomicie
  • - nieangażująca fabuła
  • - brak polskiej wersji językowej
  • - mało dostępnych ustawień rozgrywki

7.5

Wyświetleń: 1525

Redaktor

Kosma Staszewski

Tak, to imię, a nie pseudonim, choć w świecie gier przedstawiam się jako Szuszuro. „Złapałem je wszystkie” niezliczoną ilość razy, a z produktami Nintendo utrzymuję niezdrową relację od wielu lat. Na co dzień studiuję dziennikarstwo i parzę kawę, aby mieć hajs na gry.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *